A jeszcze niedawno Śląsk chciał się pozbyć Sebastiana Mili...

Jeszcze niedawno wrocławianie bardzo chcieli zrezygnować z 32-letniego rozgrywającego. W październiku Sebastian Mila został bohaterem reprezentacji: dzięki bramce w zwycięskim meczu z Niemcami przeszedł do historii polskiego futbolu.
Mila był co najmniej trzy razy bliski odejścia ze Śląska. W połowie 2013 r. kończył mu się kontrakt, a zawodnik ogłaszał, że go nie przedłuży. Od lat utrzymywany z miejskich pieniędzy klub ciął koszty, a Mila zarabiał około 70 tys. zł miesięcznie, co drażniło wiele osób w ratuszu.

Pożegnanie ze stadionem

Szukający oszczędności przedstawiciele władz Wrocławia naciskali na szefów klubu, aby z mającym jeden z najwyższych kontraktów pomocnikiem nie podpisywać nowej umowy. Ówczesny trener Stanislav Levý też specjalnie nie nalegał, by lider i kapitan drużyny został w klubie.

Mila wiedział o wszystkim i sam chciał odejść. Po meczu z Lechem Poznań - ostatnim w sezonie 2012/13 we Wrocławiu - pożegnał się ze stadionem i kibicami. Wziął na ręce córkę Michalinę i przeszedł się wokół trybun, przekonany, że robi to ostatni raz jako piłkarz Śląska.

Nieoczekiwanie, w ciągu kilkudziesięciu godzin wszystko się zmieniło. Nagle Śląsk ogłosił, że doszedł do porozumienia z Milą i podpisał kontrakt na trzy sezony. Na warunkach zbliżonych do wcześniejszej umowy. Piłkarz dyplomatycznie tłumaczył, że decydujący wpływ na jego decyzję miała osoba, której nazwiska nie ujawni. Nieoficjalnie wiadomo, że do pozostania przekonał Milę obecny minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna. Polityk jest kibicem Śląska i doradzał w prowadzeniu klubu w czasach, gdy jego większościowym akcjonariuszem był Zygmunt Solorz.

Wycinanie po Solorzu

Ale to były ostatnie miesiące miliardera w Śląsku. Między prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem i Solorzem panowała wtedy niechęć, zakończona sprawą w sądzie. Na boisku też było kiepsko. Po zdobyciu mistrzostwa i wicemistrzostwa, Superpucharu, po awansie do finału Pucharu Polski czy rywalizacji w europejskich pucharach Śląsk popadał w marazm. Pozbawiony charyzmy, wiecznie narzekający trener Levý stracił panowanie nad zespołem, który grał słabo. Kryzys pogłębiały problemy finansowe - zaległości wobec piłkarzy sięgały kilku milionów złotych.

Na przełomie 2013 i 2014 r. Solorz sprzedał akcje Śląska. Jego miejsce zajęło trzech lokalnych biznesmenów zaprzyjaźnionych z władzami Wrocławia. To był początek personalnego trzęsienia ziemi w klubie. Czas "wycinania" wszystkich kojarzonych z Solorzem i Schetyną. Odeszli m.in. prezes, dyrektor sportowy, szef marketingu. W kolejce czekali niektórzy piłkarze.

Wciąż cięto koszty w zespole i było pewne, że po sezonie odejdą zawodnicy, którym kończą się kontrakty. W większości ci zarabiający powyżej 50 tys. zł miesięcznie: Kelemen, Kaźmierczak, Stevanovie, Kokoszka. Problem był z Milą. Zarabiał dużo, ale miał nowy, ważny do 2015 r. kontrakt.

- Nowe władze klubu otwarcie przyznają, że nie stać ich na utrzymywanie niektórych zawodników. W tym gronie jest między innymi Sebastian - mówił w styczniu "Przeglądowi Sportowemu" menedżer zawodnika Daniel Weber.

Wolna droga do transferu

Śląsk wydał wówczas Mili pismo, w którym zgadzał się - mimo ważnego kontraktu - na jego bezgotówkowe odejście, jeśli piłkarz znalazłby nowego pracodawcę. Menedżer zawodnika wspominał o ofertach kilku klubów, w tym Apoelu Nikozja. Ostatecznie rozmowy zakończyły się fiaskiem. Mila został.

Ale w Śląsku nadal było gorąco i nerwowo. Do kolejnego przesilenia doszło pod koniec lutego 2014 r. W nocy po przegranym meczu z Ruchem zwolniono trenera Levý'ego i zatrudniono Tadeusza Pawłowskiego. Śląsk grał słabo, gubił punkty i wisiało nad nim widmo gry w grupie spadkowej. Dla niedawnego mistrza Polski to była kompromitacja. Narzekano, że zespół pogrążył się w marazmie, czekający na zaległe premie zawodnicy imitowali grę i lekceważyli trenera Levý'ego. Szatnią miała rządzić grupa bankietowo-imprezowa.

Pawłowski wstrząsnął zespołem. A najbardziej Milą. Odebrał mu opaskę kapitana, usunął z rady drużyny i posadził na ławce rezerwowych. A podczas konferencji poinformował, że gracz ma 10 kg nadwagi. Od Mili odwrócili się też fanatycy Śląska. Obrazili się, kiedy zawodnik przyszedł na stadion w dresie Valencii.

Mila przeżył te upokorzenia. Zamknął się w sobie, nie rozmawiał z dziennikarzami. On, lider, który niedawno poprowadził Śląsk do największych sukcesów w historii klubu, został zmarginalizowany. Znów rozważał odejście, co pewnie byłoby na rękę niektórym działaczom Śląska. Miał przecież kontrakt znacznie wyższy niż zakładano.

Prawdziwy profesjonalista

Ale Mila zachował się jak profesjonalista - podjął wyzwanie. Nie poszedł się żalić do mediów, nie rozbijał drużyny od wewnątrz, nie buntował innych przeciwko Pawłowskiemu. Schudł, nabrał dynamiki i wrócił do dawnej, świetnej formy. Od początku sezonu imponował doskonałą grą - strzelał gole i miał asysty, Śląsk wrócił do czołówki, a on dostał powołanie od selekcjonera Adama Nawałki.

Kiedy przyjechał na zgrupowanie przed meczami z Niemcami i Szkocją, nikt nie wierzył, że może się okazać kluczową postacią. Przed treningami największy gwiazdorzy kadry unikali mediów. A otwarty i szczęśliwy z powodu powołania Mila chętnie z nimi rozmawiał.

Polska dziękuje Mili

I zadziwił wszystkich. W meczu z Niemcami przypieczętował historyczne zwycięstwo, a w pojedynku ze Szkocją wszedł po przerwie i odmienił losy rozgrywki. W dwóch meczach zagrał niespełna 45 minut i stał się bohaterem. Razem z Glikiem był gościem programu "Kropka nad i". Jakub Rzeźniczak z Legii napisał na Twitterze, że "w Śląsku powinni oddać mu opaskę kapitana". Komplementował go prezes PZPN Zbigniew Boniek, a były selekcjoner Jerzy Engel podkreślał, że "Mila jest liderem tej reprezentacji". Mila otrzymał tyle SMS-ów i telefonów z propozycją udzielenia wywiadu, że wyłączył aparat. We Wrocławiu sąsiedzi udekorowali jego miejsce garażowe, wieszając nad nim baloniki i biało-czerwoną flagę z napisem: "Dziękujemy. Sąsiedzi".

W Śląsku chyba też nie żałują, że się go nie pozbyli przy okazji cięcia kosztów.