Sport.pl

Bramkarz Śląska Mariusz Pawełek: Nie mam kolegów w telewizji, więc łatwo mnie krytykować

- Pogodziłem się już z łatką, którą przyczepiono mi kilka lat temu. Odnoszę wrażenie, że komentatorzy sportowi dobrze mówią tylko o tych, z którymi po meczu przybijają ?piątki?, a jeśli kogoś nie znają, to łatwo go obśmiać. Nie mam w telewizji kolegów, więc łatwiej mnie skrytykować - mówi Mariusz Pawełek, bramkarz Śląska
Znajdź nas na Facebook'u | Ćwierkamy też na Twitterze


Dawid Antecki: Jest pan jednym z bardziej utytułowanych polskich bramkarzy ostatnich lat w naszej lidze: trzy mistrzostwa kraju, występy w reprezentacji Polski, gra za granicą. Ale niektórzy Mariusza Pawełka kojarzą głównie z kuriozalnie puszczonymi bramkami.

Mariusz Pawełek: Przyzwyczaiłem się do złośliwości. Żyjemy w kraju, w którym zawsze chętniej wyśmiewano, niż chwalono. Wstydliwe wpadki zdarzały się najlepszym. Artur Boruc czy nawet Manuel Neuer też mają kilka na swoim koncie, ale za granicą takim tematem żyje się najwyżej tydzień. W Polsce błędy wytyka się przez całą karierę. Nauczyłem się z tym żyć.

Było łatwo?

- Jestem pogodnym człowiekiem i mam poczucie humoru, więc niektóre momenty potrafię skwitować uśmiechem. Jednak przy każdej takiej sytuacji pojawiała się frustracja, bo wiedziałem, że zaraz znów zacznie się serial "co narobił Pawełek". Dawniej błąd towarzyszył mi w myślach do końca meczu. W takich przypadkach najlepszym psychologiem był trener. Z czasem jednak pozbyłem się tego uczucia. Dziś po czymś takim staram się jeszcze bardziej skoncentrować i nie dopuścić do podobnej sytuacji.

Jak teraz traktuje pan ironiczne uwagi pod swoim adresem?

- Nie interesują mnie. Dla mnie liczy się tylko zdanie trenera i rodziny. Choć bywa, że i z żoną się nie zgodzę (śmiech ). Czasami słyszę od niej: "A po co tam biegasz? A dlaczego pobiegłeś do sędziego? Niepotrzebnie dostałeś żółtą kartkę".

Pogodziłem się już z łatką, którą przyczepiono mi kilka lat temu. Poza tym czasami odnoszę wrażenie, że komentatorzy sportowi dobrze mówią tylko o tych, z którymi po meczu przybijają "piątki", a jeśli kogoś nie znają, to łatwo go obśmiać. Nie mam w telewizji kolegów, więc łatwiej mnie skrytykować. Mam teraz spory dystans do uwag na swój temat, mimo to czasami zastanawiam się, jak można wygadywać pewne rzeczy. Np. komentarze w mediach po meczu, gdy wpuściłem piłkę do bramki, po tym jak ta trafiła w słupek i odbiła się od moich pleców. Strzał był mocny, a wszyscy przez tydzień mówili "co za klops Pawełka". Jaki klops? To zwykły pech.

Z czego wynikały pana pomyłki?

- Najbanalniej wytłumaczyć się niewystarczającą koncentracją, ale w moim przypadku zwykle wpadki były spowodowane słabą komunikacją z partnerami z defensywy.

Współpraca z kolegami ze Śląska jest lepsza?

- Chyba świadczą o tym nasze wyniki. Choć dobre rezultaty i wysoka pozycja w tabeli to nie tylko efekt defensywy. To wynik ciężkiej pracy całego sztabu szkoleniowego i wszystkich piłkarzy. Spory udział w naszych sukcesach ma też zarząd klubu. To władze Śląska okazały się bardzo cierpliwe i dały trenerowi Pawłowskiemu wielkie wotum zaufania. Znam kluby w Polsce, w których po dwóch słabszych występach prezesi siadają do pierwszych rozmów z kandydatami na nowego szkoleniowca.

Trener Pawłowski po tym, co zrobił w rundzie jesiennej, powinien otrzymać pseudonim "cudotwórca".

- Na pewno jest mu łatwiej niż innym trenerom. On przyszedł do Śląska już z pewną wizją swojej drużyny. Wielu szkoleniowców pracę z nowym zespołem zaczyna od poszukiwania stylu, odpowiedniego dobierania taktyki do piłkarzy, których mają. We Wrocławiu to zawodnicy muszą dostosować się do oczekiwań sztabu szkoleniowego. Przykładem może być chociażby poradzenie sobie z kontuzją Marco Paixao. Drużyna straciła kluczowego zawodnika, który decyduje o jej sile, a trener Pawłowski nie załamuje się, tylko szuka innych możliwości.

Załamany stratą Marco Paixao trener chyba jednak był, bo w wywiadzie dla "Wyborczej" przyznał, że o pomysły na zastąpienie Portugalczyka zwróci się do Ducha Świętego.

- Wszyscy znamy poczucie humoru trenera. Poza tym każdy z nas trochę przeżył kontuzję Marco. Kiedy tak ważny zawodnik parę dni przed inauguracją sezonu wypada ci na kilka miesięcy, to nie sposób nie zastanawiać się, co teraz będzie. Myślisz sobie, że to, co wypracowałeś wcześniej w okresie przygotowawczym, może nadawać się do wyrzucenia, bo nastaje nowa rzeczywistość. Trener może przyznawał na konferencjach, że drużynie przydałby się nowy snajper, jednocześnie zaznaczał, że stanie się tak tylko wtedy, gdy pojawi się godny zastępca. Zamiast lamentować, radził sobie, korzystając z tych zawodników, którymi aktualnie dysponował. I udało się.

Współpraca z trenerem Pawłowskim to sama przyjemność?

- Tak, bo gra w takim zespole jest przyjemnością. Śląsk jest teraz przede wszystkim nowoczesny. W naszej drużynie nie ma miejsca na prymitywny futbol. Chcemy grać szybką piłkę, utrzymywać się przy niej, rozpoczynać akcje od bramkarza, tworzyć kombinacyjne ataki. Era wykopywania piłki przed siebie już minęła. Jak nie cieszyć się z gry pod wodzą trenera z taką wizją futbolu? Trener Pawłowski sprawia, że człowiek chce nadal trenować na pełnych obrotach i coś w piłce jeszcze osiągnąć.

Dużo z pana ust pada komplementów pod adresem trenera Śląska.

- Miałem w swojej karierze kilku szkoleniowców z Polski i zagranicy. Maciej Skorża, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka, Dragomir Okuka, Dan Petrescu, Robert Maaskant - pewnie jeszcze kilku bym wymienił. Mogę więc porównać ich pracę z tym, jak swój zespół prowadzi trener Pawłowski. Gdybym miał wskazać jakieś podobieństwa, to najbliżej mu do trenera Skorży. Obaj to dobrzy taktycy. Atutem Pawłowskiego jest to, że ma za sobą udaną karierę jako piłkarz. Dzięki temu doskonale wie, kiedy trochę odpuścić, a kiedy drużynie dokręcić śrubę.

Petrescu po zakończeniu pracy w Polsce mówił w wywiadach, że nasi piłkarze to lenie.

- Byłem zdziwiony, gdy pierwszy raz usłyszałem, co powiedział Petrescu. Cenię tego trenera, choć jeśli chodzi o jego filozofię gry, znacznie odbiegała od tej aktualnej w Śląsku. Wywiady Rumuna, w których narzeka na polskich piłkarzy, są tym bardziej dziwne, że w Wiśle nigdy nie narzekaliśmy na jego treningi. Tamten czas w Krakowie za kadencji Petrescu w ogóle był specyficzny. Pamiętam, jak trener zabrał nas do firmy właściciela klubu Bogusława Cupiała i pokazywał, jak ciężko ludzie pracują na maszynach. Problem w tym, że to maszyny pracowały za ludzi. Nikt nie wiedział, co trener chciał nam tą wizytą przekazać. Nie potrafił stworzyć odpowiedniej atmosfery zwycięstw, więc pewnie niepowodzeniami chciał obarczyć piłkarzy.

W Śląsku atmosfera wydaje się wyjątkowa - podkreśla to każdy piłkarz wrocławskiej drużyny.

- Faktycznie jest rewelacyjna. Tym bardziej cieszę się, że tutaj trafiłem. To dobry fundament pod sukces.

Sezon w bramce rozpoczął Wojciech Pawłowski, pan miał być początkowo rezerwowym.

- Nieważne, w jakiej roli przyszedłem do klubu. Już pierwszego dnia powiedziałem, że przyjechałem tutaj walczyć o miejsce w składzie. Do bramki trafiłem szybciej, niż się spodziewałem, i to mnie cieszy. A że było to związane z czerwoną kartką Wojtka Pawłowskiego? Tak już bywa w sporcie. Ten chłopak naprawdę ma przed sobą fajną karierę, musi tylko więcej wymagać od siebie i skupić się na grze. Jako bardziej doświadczony kolega mogę mu jedynie poradzić, aby zaczął słuchać innych.

Od pana pierwszego wyjazdu za granicę minęły cztery lata. Polska ekstraklasa w tym czasie bardzo się zmieniła?

- Styl gry Śląska to dowód, że tak. Cieszę się, gdy koledzy z byłych drużyn dzwonią i mówią: "Świetnie się ogląda wasze mecze, nareszcie polska piłka może się podobać". Coraz więcej jest drużyn chcących grać w piłkę, a nie tylko wykopywać byle dalej i liczyć na szczęście. Teraz podczas ligowej kolejki nie brakuje niespodzianek. Kiedyś w ekstraklasie było ich znacznie mniej. Przyznam nawet, że pod względem taktycznym Polska wygląda bardziej imponująco niż np. Turcja, w której grałem. W tamtejszej lidze poza Galatasarayem, Besiktasem i Fenerbahce reszta nie przywiązuje wielkiej wagi do taktyki. Od Turków moglibyśmy się jedynie nauczyć przygotowania fizycznego. Podczas przedsezonowych treningów potrafią wycisnąć cię do ostatniej kropli.

Wyjazd do Turcji był dobrym wyborem?

- Nie ukrywam, że gdy wyjeżdżałem z Polski, w dużej mierze myślałem o swojej rodzinie. Przekonały mnie korzyści finansowe. Kariera piłkarza nie trwa wiecznie, kiedyś się skończy. Do wyboru miałem jeszcze Herthę Berlin, ale niemiecki klub długo zwlekał z konkretną ofertą, a Turcy chcieli odpowiedź jak najszybciej. Później okazało się, że dokonałem właściwego wyboru, bo kontuzja podstawowego bramkarza Herthy nie okazała się tak groźna, więc o występy byłoby trudno. W Turcji skorzystałem nie tylko finansowo, ale i sportowo. Konieczność poradzenia sobie w nowym otoczeniu bez znajomości języka z pewnością zaprocentuje w przyszłości. W Turcji chyba mnie cenią, bo już po miesiącu gry w Śląsku dostałem telefon z jednego z klubów tamtejszej drugiej ligi.

Liga turecka znana jest przede wszystkim z fanatycznych kibiców.

- Wiele w tym przesady, bo znajdziemy ich w każdym kraju. Przyznam jednak, że niektóre przypadki trudno wyobrazić sobie w zachodnich ligach. Pamiętam sytuację w Adanasporze, gdzie agresywny tłum kibiców czekał na nas dwie godziny po meczu pod stadionem. Później fani dowiedzieli się, że wina leżała nie po stronie drużyny, ale prezesa, który kłamał, mówiąc o doskonałej kondycji finansowej klubu. Na kolejnym meczu kibice wywiesili wielki transparent z przeprosinami dla zespołu.

Lubi pan pomagać innym? Rękawice bramkarskie przekazane młodym golkiperom z Akademii Śląska to niecodzienny pomysł.

- To była spontaniczna akcja. Później trochę niepotrzebnie rozdmuchana. Uznałem, że zrobię młodym chłopakom prezent i każdy dostanie parę rękawic. Pamiętam swoje początki, gdy broniłem w rękawicach, z których wystawały palce. Jeśli są możliwości, to dlaczego nie ułatwić im startu. Przyznam, że przez moment bałem się, czy rękawice się spodobają, ale słyszałem, że wszyscy byli bardzo zadowoleni. Tak już mam, że lubię pomagać. Z medali, które zdobyłem, został mi już tylko jeden - za zdobyte mistrzostwo z Wisłą. Zostawiłem go na pamiątkę. Pozostałe trofea porozdawałem na aukcje charytatywne.

Ciekawa jest historia szalika, który na każdym meczu wiesza pan na siatce w bramce.

- To mój talizman. Dostałem go od Dawidka, mojego największego kibica, nieuleczalnie chorego chłopaka, który zmarł dwa lata temu. Największego fana reprezentacji Hiszpanii, Ikera Casillasa i Mariusza Pawełka. Obiecałem, że będę to robił do końca kariery, i słowa dotrzymam.

Jest pan spełnionym piłkarzem?

- Jakiś czas temu pojawiały się w mojej głowie wątpliwości, czy niektóre decyzje w karierze nie były błędne. Jeden z trenerów, z którym ćwiczyłem indywidualnie przed wyjazdem do Turcji, powiedział mi: "Chłopie, czego ty jeszcze chcesz? Grałeś w jednej z najlepszych drużyn w kraju, byłeś reprezentantem kraju, zdobywałeś mistrzowskie tytuły. Grałeś z Barceloną czy Tottenhamem. Niektórzy trenują całe życie i szczytem ich marzeń jest druga liga". To prawda, nie mam czego żałować. Choć ambicji jeszcze mi nie brakuje. Moim celem jest teraz gra ze Śląskiem Wrocław w europejskich pucharach.

Więcej o:
Komentarze (6)
Bramkarz Śląska Mariusz Pawełek: Nie mam kolegów w telewizji, więc łatwo mnie krytykować
Zaloguj się
  • qznia

    Oceniono 39 razy 37

    Pawełek to bardzo profesjonalny piłkarz, ilość baboli poniżej przeciętnej i bardzo miły człowiek, zarówno w kontaktach z kibicami jak i zwykłymi ludźmi.
    Piszę to odnośnie jego gry w barwach Polonii Warszawa.

  • lol76

    Oceniono 29 razy 19

    Takiej wpadki jaka mial np Puszczak z Kolumbia (czy Boruc, ktory wpuscil ostatnio cos podobnego) to chyba Pawlek nie zaliczyl...

  • zbycho52

    Oceniono 14 razy 12

    Wpadki bramkarzy sie dlugo pamieta,ale ile okazj do zdobycia bramki marnuja zawodnicy ,to sie nie pamieta.bramkarz psci babola,to sie go czepiaja,bo przegrali,ale napastnicy jakby nie zmarnowali x sytuacji,toby druzyna wygrala i byloby po sprawie.

  • fody2811

    0

    co tam wleci I wyleci....

  • takisobiejac

    Oceniono 40 razy -26

    Pawełek & Cabaj to dwójka największych patałachów w bramkach. Niezależnie od tego czy jest to prywatnie miły facet czy nie.
    Wisła miała jednego gorszego bramkarza. Tylko jednego. Nazywał się Angelo Hughes i był białym Francuzem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX