Stary dług nie rdzewieje: Piłkarski Śląsk musi oddać 12 milionów pożyczki z czasów Solorza

Piłkarski Śląsk musi spłacić 12 milionów złotych pożyczki udzielonej trzy lata temu przez miasto. Skąd klub weźmie na to pieniądze?
Śląsk jest w trakcie spłacania starego długu. Wiosną 2012 roku sytuacja finansowa klubu była zła, dlatego ratowano się pożyczką od gminy Wrocław.

- Decyzję o udzieleniu Śląskowi pożyczki podjęła wówczas rada miasta - przypomina Arkadiusz Filipowski, rzecznik wrocławskiego magistratu. - Ale klub musi oddać pieniądze, dlatego podpisano aneks do umowy z 2012 roku i ustalono harmonogram spłat. Już pod koniec minionego roku Śląsk oddał gminie milion złotych. W tym oraz w następnym roku Śląsk musi spłacić po trzy miliony. Najwyższa rata, bo pięciomilionowa, przypada na 2017 rok - wylicza Filipowski.

Cięcie kosztów

Śląsk teraz ścina koszty, gdyż od pewnego czasu do klubu wpływa znacznie mniej pieniędzy. Po kilku latach współpracy kontraktu reklamowego ze Śląskiem nie przedłużył główny sponsor - firma Tauron. Koncern energetyczny przekazywał do klubu nawet ponad 4 mln zł rocznie. Nowego sponsora klub na razie nie pozyskał.

Dofinansowanie Śląska zmniejsza też miasto, współwłaściciel klubu. W 2014 roku gmina przekazała do spółki piłkarskiej 16 mln zł. W tym roku przeleje już tylko 6 mln zł. A trzej inni współwłaściciele Śląska: PB Inter-System SA, Hasco-Lek oraz Supra Invest SA w zasadzie nie finansują drużyny.

Śląsk nie zarabia też wielkich pieniędzy na biletach, gdyż frekwencja na meczach nie jest wysoka. Wielkich dochodów nie przynosi sprzedaż klubowych pamiątek czy gadżetów. Pod tym względem wrocławski klub nie ma czym zaimponować.

Prezes Paweł Żelem od roku wprowadza też ogromne oszczędności w kontraktach zawodników. Śląsk rozwiązywał umowy lub nie przedłużał ich z piłkarzami zarabiającymi kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, m.in.: Kelemenem, Kokoszką, Stevanoviciem, Kaźmierczakiem czy Grodzickim.

Poza tym Śląsk sprowadza zawodników tylko bezgotówkowo, a także próbuje sprzedawać graczy. Dlatego za 1,3 mln zł zimą transferowano do Lechii Gdańsk reprezentanta Polski Sebastiana Milę. Szukano też kupca na napastnika Marco Paixao, któremu w czerwcu kończy się kontrakt - na razie bez efektu. Latem Portugalczyk będzie mógł odejść za darmo.

Sprzedawać młode talenty

W kontekście tych problemów chcieliśmy zapytać prezesa Żelema: skąd Śląsk weźmie miliony na spłatę starego długu? Jednak otrzymaliśmy tylko krótką wypowiedź rzecznika prasowego Michała Mazura, informującą: "Gmina Wrocław udzieliła spółce w 2012 roku pożyczki w kwocie 12 mln zł - 6 mln za siebie i 6 mln za grupę Polsat. I Śląsk spłaca swoje zobowiązania, zgodnie z umową i aneksem do umowy pożyczki".

W takiej sytuacji nie można wykluczyć, że w najbliższej przyszłości Śląsk będzie zmuszony zdecydowanie postawić na promocję młodych piłkarzy. Skarbem Śląsk jest niespełna 19-letni bramkarz Jakub Wrąbel, którego można kupić za 2 mln euro. Jeśli znajdzie się chętny, Śląsk raczej nie będzie robił problemów. Potrzebuje przecież pieniędzy na bieżące funkcjonowanie i spłacenie długu.

Wobec problemów trzeba podkreślić fakt - mniejsze wpływy pieniędzy i oszczędności na szczęście nie wpłynęły negatywnie na poziom sportowy zespołu. W 2014 roku prowadzeni przez Tadeusza Pawłowskiego wrocławianie byli rewelacją rozgrywek. Są wiceliderem tabeli i z Legią walczą o półfinał Pucharu Polski.

Pozostałość po Solorzu

A historia pożyczki 12 mln udzielonych Śląskowi była niezwykle burzliwa i skomplikowana. Wiosną 2012 roku większościowym akcjonariuszem klubu był Zygmunt Solorz. Z początkiem 2012 roku biznesmen przestał wydawać pieniądze na zespół. Klub miał długi - 6 mln wobec różnych podmiotów, a zawodnikom należało wypłacić 2,2 mln zł za zdobycie wicemistrzostwa Polski oraz premie za mecze.

Dodatkowo Śląsk powinien wówczas oddać miastu 3,8 mln zł za dzierżawę gruntu, na którym miała powstać galeria handlowa. Zysk z galerii miał trafiać do klubu, jednak Śląsk nie dostał 150 mln euro kredytu i Solorz wycofał się z inwestycji. A także przestał finansować drużynę.

Ratunek przyszedł z ratusza. Opracowano plan pomocy finansowej dla klubu polegający na tym, że dostał on 12 mln zł wsparcia z budżetu Wrocławia. Połowę miasto dało za siebie, drugą za Solorza. Do końca 2012 roku cała ta kwota miała zostać zamieniona na dokapitalizowanie spółki - po 6 mln po stronie każdego z właścicieli. A Solorz miał wtedy oddać miastu 6 mln.

Koncepcja wywołała spory w radzie miasta. Ostatecznie pożyczka została udzielona głosami radnych prezydenta. Platforma się wstrzymała, a PiS był przeciwko.

Później okazało się, że Solorz wprowadził do umowy zabezpieczenie - odda dług pod warunkiem, że wcześniej miasto zwróci mu pieniądze, jakie zainwestował w prace na działce położonej obok Stadionu Miejskiego. W 2012 roku tak się nie stało i biznesmen nie oddał 6 mln zł założonych za niego przez gminę.

Definitywne rozliczenie miasta i Solorza nastąpiło dopiero pod koniec 2013 roku, gdy biznesmen sprzedał gminie udziały w piłkarskiej spółce.