Psycholog sportu o kryzysie w drużynie: Największą siłę przekazu zawsze ma trener

Psycholog nie jest zbawcą, ale sięganie do jego wiedzy i adaptowanie jej w sporcie jest bardzo przydatne. Jednak najlepszym psychologiem jest trener, to on w szatni wciąż posiada największą siłę przekazu - analizuje Kamil Wódka, psycholog sportu, który pracował z kadrą skoczków narciarskich, piłkarską Cracovią, a obecnie wykłada w szkole trenerów przy PZPN.
Dariusz Łuciów: Piłkarze Śląska nie wygrywali meczów, a mimo to trener Tadeusz Pawłowski chwalił ich za ładną grę. To dobra metoda motywacyjna?

Kamil Wódka: Jestem daleki od tego, żeby dawać proste sądy. Z prostego powodu - nie jestem pracownikiem klubu i nie ma mnie przy drużynie. Nie mając odpowiednich "danych", trudno tworzyć wiarygodne opinie. Nie zamierzam też wchodzić w czyjeś kompetencje.

Ale czy ciągłe klepanie po plecach, nawet w przypadku niepowodzeń, to słuszna metoda?

- Wszystko zależy od strategii przyjętej w klubie przez trenera. Zależy, czy drużyna jest rozliczana za wynik, czy za zrealizowanie założeń, głównie taktycznych. Jestem daleki od stwierdzenia, że "nie ważne, jak gramy, ale ważne, że wygrywamy". Najważniejsza jest koncentracja na elementach, które zależą od zawodnika. Trudno bowiem wpłynąć na takie czynniki jak na dyspozycję rywala, sędziego, stan murawy czy warunki atmosferyczne. Na to trenerzy i zawodnicy nie mają wpływu, tak samo jak na szczęście, które w sporcie także jest potrzebne. Jeśli więc zawodnik ma być za coś rozliczany, to tylko za rzeczy, na które ma realny wpływ. Mam tu na myśli np. realizację zadań na boisku, nastawienie na walkę, agresywność, pewność siebie czy koncentrację. W myśleniu długofalowym, jeśli trener zdecyduje się na jakąś filozofię, a prezes klubu będzie miał wystarczająco dużo cierpliwości, to ten mechanizm powinien działać płynniej. To daje drużynie stabilność, a forma jest mniej falująca.

A może trener czasami powinien warknąć na swoich zawodników i nie być dla nich tylko dobrym wujkiem?

- W psychologii - również sportu - nie ma jednego kanonu działania. Wydaje się, że trener powinien być elastyczny, powinien wiedzieć, kiedy docisnąć, kiedy mocno tupnąć nogą, rzucić mocnym słowem, a kiedy być partnerskim. Jeden szkoleniowiec prezentuje styl "zamordysty", jeszcze inny będzie chciał być demokratyczny i przyjacielski. Wierzę w to, że są również trenerzy, którzy potrafią to łączyć i wybierać właściwy styl reagowania w zależności od tego, z jakim zadaniem się mierzą.

Niedawno Marco Paixao skrytykował kolegów z drużyny, zarzucając im brak wiary w zwycięstwa. Był wtedy kapitanem zespołu. Czy kapitanowi wolno więcej?

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na takie pytanie. Wszystko zależy od stylu i filozofii prowadzenia drużyny. Przecież trener doskonale wie, co i kiedy mówią zawodnicy. Oczywiście może się na to zgodzić i nie wtrącać. Skłaniałbym się jednak do stwierdzenia, że od oceny dyspozycji zawodników - zwłaszcza tej publicznie wygłaszanej - jest trener, a nie zawodnicy.

Pozytywnym nastawieniem można przemotywować? Kiedy mamy z tym do czynienia?

- Wszystko zależy od założeń, czego oczekujemy od zawodników na meczu i treningu. Trening jest kluczowy - to rzecz święta. Tutaj koncentracja i porządność wykonywania ćwiczeń musi być na najwyższym poziomie. Niestety, część zawodników kalkuluje na treningu, bo na przykład nie chce, żeby im się coś stało, lub też - z jeszcze prostszej przyczyny - bo nie są przyzwyczajeni do pracy na sto procent. Niektórzy trenerzy starają się prostować takie zachowanie. Jeżeli zawodnik poważnie podchodzi do treningu pod względem zaangażowania i koncentracji, to w meczu nie będzie trzeba wiele zmieniać. Jeśli ktoś mówi, że w meczu trzeba dać z siebie 150 lub 200 procent, to wtedy powinna zapalić się lampka kontrolna. A przynajmniej mnie się zapala. Jak zawodnik daje z siebie na co dzień 100 procent, to wystarczy to zachować i przełożyć na boisko. Piłkarz, który ma w głowie, że na boisku musi wykonać plan nigdy do tej pory nierealizowany, jest na świetnej drodze do tego, aby stres związał mu nogi. Jest takie hasło, które funkcjonuje w skokach narciarskich i wdrożył je Mika Kojonkoski - "normal is enough" [normalnie jest wystarczająco - przyp.]. Kiedy prowadziłem szkolenie dla trenerów, to mówili, że to jest podejście minimalistyczne. Uważam inaczej. Kiedy jest za dużo chęci, łatwo się pogubić, zapomnieć o instrukcjach, trudno zaprezentować w meczu umiejętności.

Wciąż pokutuje przekonanie, że trenerzy wiedzą najlepiej?

- Trenerzy coraz częściej starają się sięgać po specjalistów, sami się doskonalą, ale są również i tacy, którzy mają mocne przekonanie, nie zawsze wynikające z kwestii ograniczeń budżetowych w klubie, że trener jest wszechwiedzący i zna się na wszystkim. Prawdą jest, że coraz częściej sięgają po fachową lekturę, dokształcają się, lecz będą w wyniku tego trenerami z dobrym podejściem psychologicznym, ale nie kwalifikowanymi psychologami. I to nie tylko w myśl zasady, że nie można być specjalistą do wszystkiego. Dowodem na to są pojawiający się w sztabach dietetycy, statystycy czy fizjolodzy. Ich pracę docenia się jednak bardziej, ale może dlatego, że jest bardziej "mierzalna". Np. jeśli drużyna słabo wygląda fizycznie, to od tego jest fizjolog, żeby postawić diagnozę i dać sugestie co do ewentualnej korekty planów treningowych. Natomiast jeżeli zawodnik zgłosi, że jest źle skoncentrowany, to najczęściej słyszy "skoncentruj się lepiej". A z psychologiem jest na zasadzie "kto chce, niech korzysta" i w ten sposób tworzy się obraz psychologa jako osoby "być może przydatnej". Jeśli zawodnik sam decyduje się na współpracę, to taki ruch wynikający z jego poziomu świadomości, motywacji i determinacji bardzo usprawnia pracę.

Piłkarze chętnie korzystają z porad psychologa?

- Piłkarze coraz częściej pojawiają się w gabinetach psychologów. To już nie jest przekonanie, że to "obciach", że go do niego wysłano. Niektórzy piłkarze na hasło "psycholog" wciąż jednak reagują alergicznie, podkreślając, że "ze mną wszystko jest OK". Tak jak już mówiłem, kiedy zawodnicy sami przychodzą, to wtedy jest łatwiej. Dużo trudniej, kiedy zarząd chce psychologa, a trener nie jest przekonany do takiej współpracy. Ja na taki układ nigdy bym się nie zgodził. Dla zawodnika najważniejszym autorytetem spośród sztabu szkoleniowego jest trener. A przynajmniej tak powinno być. Jeśli więc on nie jest przekonany do zasadności pracy z psychologiem, zawodnicy wyczują to i wpłynie to na ich własne nastawienie do takiej współpracy.

Jest różnica w pracy ze sportowcem uprawiającym dyscypliny indywidualne i zespołowe. Z jednej strony i tutaj, i tutaj mamy do czynienia z człowiekiem. Ale motywy czy sposoby, które wprowadzają efektywne działanie, często nie są takie same. Powiedziałbym, że w dyscyplinach zespołowych klimat panujący często potrafi być decydujący. To wpływa na pewność siebie, która zawsze jest kluczem.

Coraz więcej klubów decyduje się na zatrudnienie psychologa. To źle świadczy o piłkarzach? Dla kogoś z zewnątrz to znak, że dzieje się coś niedobrego?

- Z wprowadzeniem psychologów narosło wiele mitów. Największym jest to, że psycholog to osoba, która pracuje z ludźmi, którzy mają jakieś problemy. To jednak jest psychologia kliniczna, a nie sportowa. Psycholog nie jest zbawcą, ale sięganie do jego wiedzy i adaptowanie jej w sporcie jest bardzo przydatne. Psycholog powinien być jednym z doradców i współpracowników pierwszego trenera. Jest kilka osób w sztabie, więc jest i miejsce dla psychologa. Najlepszym psychologiem jest trener, tak się nauczyli zawodnicy. On powinien być autorytetem, ale otwartym na dialog. Mam jednak świadomość tego, że w szatni wciąż największa jest siła przekazu trenera.

Czy w psychologii sportu jest coś takiego jak efekt nowej miotły?

- Jak się patrzy na polską ligę, to rzeczywiście można czasem dojść do takiego wniosku. Nowy trener to dla drużyny zawsze nowa motywacja i inspiracja, możliwość złapania świeżości. Można się jednak zastanawiać, dlaczego zawodnicy wcześniej nie zasuwali dla innego trenera, a tak naprawdę dlaczego nie robili tego dla siebie i opinii o nich samych jako o profesjonalistach.

Utrwalanie mitu nowej miotły byłoby argumentem do wymiany trenera w sytuacji, gdy drużyna jest w dołku. Takie myślenie to nie jest coś, co pozwala wypracować jakiś system i kulturę pracy. Wydaje się, że w Polsce za mało jest cierpliwości w stosunku do poczynań trenerów. Za mało dawanego czasu na wprowadzenie ich filozofii pracy, a za dużo oczekiwań odnośnie do wyniku od zaraz.