Sport.pl

Nie tylko Robert Lewandowski: Nasi sportowcy także grali w maskach

Robert Lewandowski w meczu półfinału Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem Monachium i FC Barceloną zagra w specjalnej masce, która będzie chroniła jego złamany nos. Z podobnymi kontuzjami zmagali się także piłkarze i koszykarze Śląska Wrocław, którzy także musieli grać w maskach.


Przypadki złamania nosa zdecydowanie częściej zdarzają się w piłce nożnej. Tylko w ostatnich kilku latach z tego typu kontuzjami borykało się aż sześciu piłkarzy Śląska.

Pechowiec Celeban

Największym pechowcem jest niewątpliwie Piotr Celeban. Stoper Śląska "zaliczył" dwa złamania w ciągu roku. Po raz pierwszy popularnemu "Celikowi" kontuzja nosa przytrafiła się w sezonie 2008/2009 w meczu z Polonią Warszawa (przegrane przez Śląsk 0:1). Defensor ucierpiał po starciu z napastnikiem rywali Danielem Gołębiewskim. Celeban został wtedy opatrzony przez sztab medyczny Śląska i wrócił na boisko. Przez trzy kolejne spotkania grał w masce ochronnej.

Grę w specjalnej masce wspominał w rozmowie dla portalu "weszlo.com": - Do szpitala nie pojechaliśmy w trakcie meczu, ale dużo później. Dałem radę grać ze złamanym nosem dzięki adrenalinie. Lekarka mówiła mi, że konieczne są dwa tygodnie przerwy, ale ja od razu stwierdziłem, że nie ma mowy i idę na trening. Trener Tarasiewicz pozwolił mi zagrać w następnym meczu. Grałem ze złamanym nosem, w masce. Była bariera i strach, żeby nie uderzyć w ten nos, ale od razu kazałem zagrać sobie piłkę na głowę. W ten sposób przełamałem się psychicznie - mówił Celeban.

Drugi raz stoper Śląska złamania nosa doznał w listopadzie 2010 roku w meczu z Ruchem Chorzów. Tamto spotkanie będzie jednak wspominał chętniej niż to z 2009 z warszawską Polonią. W pojedynku przeciwko Ruchowi 29-letni piłkarz zdobył bowiem zwycięską bramkę.

Obolały Mila

Dwa sezony temu ból po złamaniu nosa na własnej skórze odczuł również Sebastian Mila, choć jemu akurat nie przytrafiło się to podczas meczu, ale na treningu, gdy został trafiony piłką przez jednego z kolegów. "Milowy" do gry wrócił po tygodniu przerwy. W masce pożyczonej od obrońcy Rafała Grodzickiego kilka razy trenował, ale na grę w niej ostatecznie się nie zdecydował.

- Wyszedłem z założenia, że będę starał się uważać podczas meczu, chyba że miałbym dobrą passę i znowu dostałbym w nos. Wygodniej jest mi grać bez maski. Mam dzięki temu większą swobodę i więcej widzę na boisku. W masce ma się dyskomfort, a to mi przeszkadza. Pozycja, którą zajmuję na boisku, wymaga ode mnie podejmowania decyzji w ułamkach sekund i nie mogę pozwolić na to, że maska będzie mnie ograniczała - tłumaczył wówczas Mila.

Poza tym złamania nosa doznali też czterej inni zawodnicy Śląska, m.in.: Marek Wasiluk, Sebastian Dudek czy Rafał Grodzicki. Ostatnim pechowcem w Śląsku był jednak Juan Calahorro. Hiszpan kontuzji doznał w trakcie przedsezonowego zgrupowania w Żaganiu. W sparingu z Miedzią Legnica najpierw strzelił bramkę, a w jednej z ostatnich akcji meczu został przypadkowo trafiony przez rywala w twarz. Calahorro przez długi czas grał i trenował w masce ochronnej.

Nos Szlachtowicza

W koszykówce złamane nosy i urazy twarzy zdarzają się rzadko. W 2005 roku taka pechowa kontuzja [złamanie nosa z przemieszczeniem - przyp.] przytrafiła się grającemu wówczas w Śląsku - Maciejowi Szlachtowiczowi, który obecnie jest menedżerem wrocławskiego klubu. Szlachtowicz przez kilka tygodni musiał grać i trenować w specjalnej masce, która chroniła jego twarz.

- Pamiętam, że po moją maskę jechałem z tatą aż do Trójmiasta, bo to było wówczas jedyne miejsce, w którym można było ją zamówić. Na miejscu najpierw zrobiono mi odlew twarzy, a po kilku godzinach maska była już gotowa. Była tańsza od tych używanych obecnie. Z tego co pamiętam, to kosztowała 400 albo 500 zł - wspomina Szlachtowicz.

Dyskomfort z maską

I kontynuuje: - Maska, w której grałem, różniła się od tej, w której będzie występował Robert Lewandowski. To było bardzo dawno temu, więc siłą rzeczy technologia też nie była na takim poziomie jak teraz - podkreśla Szlachtowicz.

Jak podkreśla, maska powodowała u niego duży dyskomfort. - Moja maska była ciężka. Mocno opinała twarz i uciskała nos, co powodowało lekki dyskomfort, bo czułem ból. Poza tym miałem wrażenie, jakbym miał na twarzy dodatkową, dwu-, trzycentymetrową warstwę skóry. Wycięcia na oczy nie były zbyt duże, miałem więc ograniczone pole widzenia, co utrudniało mi rzut, bo zmieniało perspektywę. Do tego maska cały czas przesuwała się po spoconej twarzy i co jakiś czas musiałem ją poprawiać, co przeszkadzało w grze. Żadnego urazu psychicznego jednak nie miałem, bo wiedziałem, że jestem chroniony - tłumaczy Szlachtowicz.

30-letni wychowanek Śląska z powodu licznych urazów, niespełna 10 lat temu musiał przedwcześnie zakończyć karierę. Jak przekonuje, gdyby drugi raz przytrafił mu się podobny uraz, to grałby bez maski, gdyż powoduje ona zbyt duży dyskomfort. - Zrobiłbym to na własną odpowiedzialność - kończy.

Więcej o: