Kompromitujące decyzje, ośmieszanie legend, sterowanie marionetkami: Sorry, ale taki mamy Śląsk [OPINIA]

W piłkarskim Śląsku najpierw nie miał znaczenia trener, a teraz prezes. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce dla Wrocławia i polskiej piłki znaczenia nie będzie miał już sam Śląsk.
Wrocław i Śląsk jeszcze niedawno w naszym futbolu były synonimem sukcesu - tak wielkiego jak nieco zaskakującego. Drużyna z ekipy błąkającej się po ligowych peryferiach w kilka lat przeistoczyła się w regularnego reprezentanta Polski w pucharach, mistrza kraju z 2012 roku, klub, który trzeba było szanować.

Niestety, dziś piłkarski Śląsk w szokującym tempie resztki tego wypracowanego wizerunku traci.

Niepewność Śląska

Dzieje się tak nie tylko dlatego, że zespół nie wygrał 11 meczów z rzędu, zarył właśnie o dno tabeli ekstraklasy, a liczba widzów na jego spotkaniach stanowi ułamek gigantycznego stadionu. Problemy sportowe dotykały drużyny już wcześniej - dwa sezony temu piłkarze nie awansowali nawet do pierwszej ósemki i walczyli o utrzymanie. 

Dziś degrengolada jest jednak głębsza - dotyka już nie tylko zespołu, ale klubu jako całości. Śląsk nie ma jasnej przyszłości, bo nie wiadomo, czy trójka prywatnych właścicieli kupi ponad 43 proc. akcji piłkarskiej spółki od miasta. Rozmowy na temat wykupu trwają już prawie pół roku, a efektów brak.

Wrocławianie nie radzą sobie również z teraźniejszością. Klub nadal nie pozyskał sponsora strategicznego, kolejni pracownicy się z niego zwalniają, a również większość piłkarzy sprawia wrażenie, jakby chciała uciec stąd przy najbliższej okazji.

Uderzenie w legendę

Śląsk jako klub skompromitował się właśnie przy zmianie trenera. W ciągu pięciu dni - najpierw urlopowano Tadeusza Pawłowskiego, zastępując go Grzegorzem Kowalskim, by następnie - po jednej porażce - postawić na Romualda Szukiełowicza.

Pawłowskiego będącego klubową legendą postawiono przy tym w sytuacji kompletnie żenującej. Opinii publicznej próbowano wmówić, że nie został zwolniony z powodu słabych wyników, a jedynie urlopowany w związku z kłopotami rodzinnymi.

Legendarny Liverpool na Stadionie Olimpijskim. Historia dwumeczu sprzed 40 lat [UNIKATOWE FOTOGRAFIE, WYCINKI PRASOWE, WIDEO]

Czytaj więcej

Skoro tak, to można zapytać - co takiego w trakcie swojego tzw. urlopu zrobił Tadeusz Pawłowski, że należało go ze stanowiska wyrzucić? Czy Śląskowi nie jest wstyd odwracać się od szkoleniowca w takiej sytuacji?

To pytania retoryczne. Faktycznym powodem odsunięcia trenera były fatalne wyniki sportowe, tylko nikomu nie starczyło klasy, by to publicznie przyznać. W efekcie - przez próbę zamglenia sytuacji - Śląsk uderzył we własną legendę - jedynego człowieka, który grał z wrocławskim klubem w europejskich pucharach jako piłkarz i jako trener.

Sytuacja doszła do takiego absurdu, że prezes Paweł Żelem nie odważył się zaprezentować dziennikarzom następcy Pawłowskiego - trenera Szukiełowicza. Wysłał tylko rzecznika prasowego. To wyjątkowy afront wobec nowego szkoleniowca, biorąc pod uwagę, że wcześniej trenerów Oresta Lenczyka czy Stanislava Levego witał prezydent miasta Rafał Dutkiewicz. Dziś sporo się zmieniło.

Parafrazując byłą polską wicepremier, można powiedzieć: sorry, taki mamy Śląsk.

Kolejna marionetka

Tadeuszowi Pawłowskiemu po ludzku współczuję, ale uważam, że sam jest sobie trochę winien. W ostatnich miesiącach szkoleniowiec w obawie przed utratą pracy dał się zupełnie zdominować prezesowi Pawłowi Żelemowi. Utracił konieczną autonomię i autorytet. Pawłowski pozwolił wymienić niemal wszystkich współpracowników, choć jeszcze niedawno twierdził, że ma najlepszy sztab szkoleniowy w Polsce.

Kibole przerwali trening Śląska Wrocław. Były race, wulgarny transparent i wyzwiska pod adresem piłkarzy

Czytaj więcej

Już w listopadzie na łamach "Wyborczej" pisał o tym Artur Brzozowski, przypominając sytuację ze zwolnionym trenerem przygotowania fizycznego Markiem Świdrem. Pozbawiono go posady albo bez wiedzy Pawłowskiego, albo co gorsza, szkoleniowiec nie umiał o tym współpracownikowi powiedzieć. Obie wersje są dla byłego już trenera Śląska równie złe.

Teraz w podobnej sytuacji znalazł się sam prezes Żelem - ze sterującego sam został sterowaną marionetką.

Szef klubu o zatrudnieniu Szukiełowicza dowiedział się w gabinecie Włodzimierza Patalasa - szefa rady nadzorczej i sekretarza miasta, które ma w Śląsku 49 proc. udziałów. Władze Wrocławia zatrudniły Szukiełowicza - w porozumieniu z przedstawicielami trzech prywatnych właścicieli klubu, ale poza udziałem prezesa.

Paweł Żelem dostał więc w istocie wotum nieufności, stał się już nie realizatorem woli właścicieli - co w profesjonalnym sporcie normalne - ale kompletnym figurantem. Honorowo byłoby pewnie, gdyby odszedł, ale raczej tego nie zrobi. Tak jak Pawłowski chce pracować. Pytanie tylko: jak długo?

Największa odpowiedzialność i tak spada jednak na klubowych właścicieli. To oni odpowiadają za los Śląska, to oni obserwowali marginalizację Pawłowskiego, a teraz sami zmarginalizowali prezesa Żelema.

Może uznali, że w I lidze bawić się klubem będzie można jeszcze łatwiej i jeszcze weselej?

W Śląsku panika i chaos. Czy trener Szukiełowicz wyciągnie drużynę z kryzysu?
alttekst