Koszmar na Oporowskiej. Śląsk przegrywa z Kmitą Zabierzów

Przy komplecie kibiców Śląsk sensacyjnie przegrał z Kmitą. Dla wrocławian była to pierwsza porażka w tym sezonie na własnym boisku, dla rywali - pierwsza wygrana w sezonie








- Nie wiem, nie wiem, nie wiem - powtarzał Adam Marciniak, obrońca Śląska, po spotkaniu. - Po prostu nie mogę zrozumieć, co się stało. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Coś pękło. Zagraliśmy jak... - zawiesił wymownie głos zawodnik Śląska.

Podopieczni Ryszarda Tarasiewicza nie przypominali zespołu z rundy jesiennej. Śląsk przez pierwsze pół godziny nie potrafił wymienić trzech celnych podań i nie mógł wyprowadzić piłki z własnej połowy. Nie było charakterystycznej waleczności, poświęcenia, a zespół przypominał zbieraninę przypadkowych zawodników. Można się było zastanawiać, która drużyna jest liderem drugiej ligi, a która jeszcze nie wygrała w tym sezonie spotkania.

Kmita wcale nie zamierzał we Wrocławiu się bronić. Grał odważnie i daleko od swojej bramki. Dzięki pressingowi goście zdominowali środek pola i nieoczekiwanie od pierwszej minuty byli stroną dominującą. Bramki dla Kmity nie padały jednak po jakichś wyjątkowo składnych akcjach, ale były prezentami od wrocławian.

Najpierw Vladimir Ćap tak wybijał piłkę spod własnego pola karnego, że ta trafiła pod nogi Sebastiana Kurowskiego. Pomocnik Kmity zbiegł do środka i mocnym strzałem nie dał szans Andrzejowi Olszewskiemu.

Dla Olszewskiego był to debiut w Śląsku i nie mógł chyba wypaść gorzej. Już na samym początku spotkania Jan Cios zobaczył, że wrocławski bramkarz wyszedł daleko z bramki i nieoczekiwanie zdecydował się na strzał z rzutu wolnego ze środka boiska. Gospodarzy uratowała poprzeczka. Takiego szczęścia nie mieli jednak w 20. min. Tym razem na uderzenie z 30 metrów zdecydował się Dariusz Romuzga i piłka wpadła za plecami Olszewskiego do bramki.

- Wcale nie winię Andrzeja za tę bramkę. To był bardzo ładny i mocny strzał - komentował po spotkaniu trener Tarasiewicz.

Olszewski jednak przyznał: - Myślałem, że będzie podanie za plecy naszych obrońców i zrobiłem krok do przodu. To był błąd.

Natomiast sam strzelec bramki nie ukrywał swojej radości: - Kiedyś podobną bramkę strzeliłem Górnikowi Zabrze. Tyle że teraz strzelałem lewą nogą. W ogóle to chyba druga bramka w mojej karierze strzelona lewą nogą.

Stracone bramki sprawiły, że Śląsk zaczął grać nieco agresywniej, szybciej i w końcu zagrażał bramce Kmity, ale więcej było w tym chaosu i przypadkowości niż przemyślanych zagrań. W Śląsku nie miał kto grać. Obrońcy grali niepewnie, skrzydłowych i napastników nie było widać, a środkowi pomocnicy ustępowali rywalom. Wojciech Górski był zupełnie osamotniony, bowiem nie miał w ogóle wsparcia od Dariusza Sztylki. Widać było, że kapitan Śląska jest nieograny i odczuwa jeszcze skutki grudniowego zabiegu.

W przerwie zmienił go Sebastian Dudek i już trzy minuty po wznowieniu gry wypracował kontaktowego gola. Po indywidualnej akcji zagrał prostopadłą piłkę do Patryka Klofika, który mocnym strzałem trafił do siatki.

Następne minuty były najlepszym okresem Śląska w tym spotkaniu. Wrocławianom nareszcie udało się zepchnąć rywali do obrony i w polu karnym Kmity zaczęło się robić gorąco. Kilka chwil po bramce Klofika powinno być już 2:2. Przemysław Łudziński znalazł się na 11. metrze sam przed Tomaszem Laskowskim. Strzelił mocno, ale bramkarz gości instynktownie zdołał wybić piłkę. To mógł być decydujący moment meczu.

- Wydawało się, że już ich mamy. Cisnęliśmy i bramka na 2:2 była kwestią czasu - opowiadał po spotkaniu Marciniak. - Zamiast strzelić gola, straciliśmy - i znowu były dwie bramki do odrobienia.

Trzecia bramka dla Kmity to był także prezent Śląska. Wrocławianie tak się rzucili do ataków, że zapomnieli o defensywie. Najpierw Klofik łatwo stracił piłkę, Marciniak nie dogonił rywala, do tego brakowało asekuracji i dwóch piłkarzy gości znalazło się przed Olszewskim. Kurowski nie miał problemu z trafieniem do bramki. W tym momencie było po meczu.

- Piotrek Powroźnik mówił, że wygramy 3:0. Niewiele się pomylił. Teraz można w piątek do niego przychodzić po typy na weekendowe mecze - śmiał się Romuzga.

Marciniak natomiast analizował: - Czy zaszkodziła nam wiadomość o fuzji? Przed meczem byliśmy skoncentrowani maksymalnie. Nikt chyba nie myślał o tym, co się wydarzyło w tygodniu. Coś nam jednak nie zaskoczyło.





Śląsk Wrocław1 (0)
Kmita Zabierzów3 (2)
Bramki: 0:1 - Kurowski (11.), 0:2 - Romuzga (20.), 1:2 - Klofik (48.), 1:3 - Kurowski (58.).

Śląsk: Olszewski - Wołczek, Pokorny, Ćap Ż (75. Szewczuk), Marciniak - Kluzek (85. Ulatowski), Sztylka (46. Dudek), Górski, Klofik - Łudziński, Imeh.

Kmita: Laskowski - Borovićanin, Cios, Jędryszczyk, Szałek Ż - Bębenek, Powroźnik, Romuzga, Gawęcki, Kurowski (90. Niane) - Bagnicki (90. Makuch).

Sędzia: Sebastian Jarzębak. Widzów: 6 tys.





DWUGŁOS TRENERÓW

Robert Moskal

trener Kmity Zabierzów

Wygraliśmy pierwszy mecz w tym sezonie, i to na takim terenie. Ogromnie się z tego cieszymy. Myślę, że w pierwszej połowie byliśmy zdecydowanie lepszą drużyną i zasłużenie prowadziliśmy 2:0. Po przerwie też nie ustępowaliśmy Śląskowi i zasłużyliśmy na trzy punkty.

Ryszard Tarasiewicz

trener Śląska Wrocław

Przegraliśmy po indywidualnych błędach. Znam tych chłopców od dłuższego czasu i oni tak nie grają. Robiliśmy wszystko nie tak, jak powinniśmy. Kiedy mieliśmy uspokoić grę, atakowaliśmy. Kiedy mieliśmy atakować, zwalnialiśmy. Może potrzebny był nam taki klaps. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ten mecz był wypadkiem przy pracy.

ij