Sport.pl

Drzymała: Pokazałem, że stać mnie na kompromis

12 czerwca wrocławska rada miejska zdecyduje, czy dojdzie do fuzji Groclinu Grodzisk Wielkopolski ze Śląskiem Wrocław. Prezes klubu z Grodziska Zbigniew Drzymała porozumiał się już w tej sprawie z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem i zyskał jego akceptację. W piątek przekonywał niechętnych mu radnych Platformy Obywatelskiej. To od ich głosów zależą losy połączenia obu klubów.
Artur Brzozowski: Nie ma Pan dość zamieszania z fuzją? Przecież w pewnym momencie negocjacji część mieszkańców Wrocławia była zdecydowanie przeciwko Panu.

Zbigniew Drzymała, prezes Groclinu: Szczerze? Myślałem, że wszystko jest lepiej przygotowane. Gdy pół roku temu zaczynaliśmy rozmowy, pytałem: Czy społeczność Wrocławia na pewno chce fuzji? I byłem przekonany, że tak jest. Nie spodziewałem się, że tuż przed podpisaniem umowy będziemy musieli jeszcze ustalać elementarne szczegóły.

Nie miał Pan chwil zwątpienia, gdy mówił Pan sobie: Dość, rezygnuję?

- Nie należę do osób, które łatwo rezygnują i wycofują się. Trudności raczej mnie mobilizują. Natomiast zacząłem się zastanawiać: po co jestem tu potrzebny, jeśli nagle zostało zanegowane wszystko, co w życiu osiągnąłem? Wtedy pewne wątpliwości i pytania musiały się pojawić.

Zanegowano wszystko, czyli co?

- W różnych gremiach zastanawiano się, czy klub, który stworzyłem, jest coś wart, czy mój obiekt jest wartościowy, czy jestem tu we Wrocławiu potrzebny. Właściwie zanegowano wszystko, co ze mną związane.

Jak Pan sądzi, dlaczego fuzja wzbudza aż tyle emocji? Może od początku zabrakło dobrej komunikacji, jasnego i konkretnego przekazu do kibiców, mieszkańców Wrocławia, jak połączenie klubów będzie wyglądać?

- Ja nie jestem tu gospodarzem, więc nie do mnie należało przygotowanie kwestii informacyjnych. Już pierwsza konferencja prasowa nie była udana. Poza tym tu chodzi o futbol, który przecież wzbudza wielkie emocje. Piłką w Polsce wszyscy się interesują i wszyscy się na niej znają. Stąd bierze się jej medialna siła.

Niefortunnie stało się, że finał rozmów z miastem przypadł na czas politycznego konfliktu Platformy Obywatelskiej z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem. Spodziewał się Pan, że polityka wmiesza się w sport?

- To, czy się wmiesza, pewnie okaże się dopiero w czasie głosowania w radzie miejskiej. Obawiam się, że na jego wyniku nie zaważą kwestie merytoryczne, tylko polityczne.

Boi się Pan tego głosowania?

- Nie mam na nie wpływu.

Krytycy fuzji twierdzą, że lepiej byłoby, gdyby wykupił Pan część akcji Śląska, a nie łączył dwie spółki.

- Nie jestem autorem formuły porozumienia. Opracowało ją doświadczone biuro prawne, które zajmuje się tego rodzaju przedsięwzięciami. Wybrano wariant, który okazał się skuteczny w innych fuzjach. Mnie było naprawdę wszystko jedno.

Kibice nie rozumieją jednak tego, że dochodzi do fuzji, a miasto musi Panu zapłacić około 20 mln zł za część akcji spółki.

- Z góry założono podział akcji: 80 do 20 na rzecz miasta. I jeśli ktoś chce mieć ich większość, to musi zapłacić. Ale na razie proporcje będą odwrotne. To ja będę miał większość, a miasto w ciągu dwóch lat sukcesywnie będzie akcje odkupywać.

Kontrowersje wzbudza też przejęcie hotelu i stadionu w Grodzisku. Radni PO mają wątpliwości, po co miastu te obiekty? Pytają, ile kosztuje ich utrzymanie, bo ponoć przynoszą straty?

- To jeden z nielicznych ośrodków w Polsce o standardzie europejskim. Mogą się z nim równać chyba tylko Wronki. Za chwilę Śląsk stanie się jego właścicielem i takim obiektem trzeba się szczycić i chwalić, a nie smucić. Ośrodek na siebie zarabia i staje się coraz bardziej popularny. Już teraz tworzą się kolejki drużyn, które chcą przyjechać na zgrupowanie. Bzdurą są informacje, że obiekt jest nierentowny. Poza tym jego wycena jest wyjątkowo liberalna i nie oddaje rzeczywistej wartości. Cena ośrodka - 20 mln zł - jest naprawdę śmiesznie niska.

Ośrodka, czyli...?

- Stadionu, hotelu, pięciu boisk treningowych i przychodni lekarskiej.

Miasto go jednak ostatecznie nie kupuje.

- We Wrocławiu nie ma takiego ośrodka, a Groclin zajął po raz kolejny w ekstraklasie tak wysokie miejsce między innymi dlatego, że dzięki doskonałej klinice zespół jest zawsze bardzo dobrze przygotowany do rozgrywek. Wszystko jest tam na najwyższym poziomie. Zanim zdecydowałem się go wybudować, oglądałem podobne w Europie. Wzorce wziąłem naprawdę od najlepszych. Gościliśmy u siebie kilka silnych europejskich klubów, którym bardzo się tam podobało. Podsumowując - ja się tego ośrodka nie wstydzę, wprowadzam go do spółki aportem po bardzo niskiej cenie i myślę, że reakcja we Wrocławiu powinna być pozytywna, czyli odwrotna do tej, z jaką mamy do czynienia.

Ostatnie tygodnie są słabe dla notowanej na giełdzie firmy Groclin. Przeciwnicy fuzji twierdzą, że rezygnuje Pan z futbolu, aby wyrównać straty, a na transakcji ze Śląskiem jeszcze Pan zarobi.

- Gdybym chciał uciec z futbolu, to nie godziłbym się na pięcioletnią prezesurę w Śląsku. Oczywiście, że przychody w klubie, którego bazą jest 40-tysięczny stadion, są inne niż w małym mieście. Wrocław to większy budżet, inne możliwości i wyzwania. A co do giełdy, to spółki są teraz wyceniane bardzo nisko. Majątek Groclinu jest siedmiokrotnie więcej wart niż aktualna giełdowa wycena jego akcji. Nic tylko kupować je na giełdzie. Rynek akcji jest sinusoidą, która odzwierciedla problemy na światowych rynkach finansowych. Groclin ma znaczny majątek, to 500 mln zł, w tym sześć fabryk. Ostatnie wyniki nie są tak dobre, gdyż przechodzimy restrukturyzację i przenosimy produkcję motoryzacyjną na Ukrainę. Równocześnie Groclin wszedł w nową branżę - chemię budowlaną. Spółka Altax Groclin niezwykle dynamicznie się rozwija, ubiegły miesiąc był rekordowy pod względem sprzedaży.

Ciągle marzy Pan o mistrzostwie Polski?

- Każdy prezes klubu o tym myśli. Nie po to przychodzę do miasta, które ma ogromne aspiracje i możliwości, aby tracić nadzieję.

Kiedy zdecydował się Pan na przeniesienie klubu z Grodziska? Czy impulsem była decyzja szefa Amiki Wronki Jacka Rutkowskiego, który połączył się z Lechem Poznań?

- Przełomowym momentem było przyznanie Polsce i Ukrainie organizacji Euro 2012 i decyzja o zbudowaniu kilku nowych dużych stadionów. Zrozumiałem, że ja z małym obiektem w małej miejscowości nie będę miał szans w rywalizacji z takimi potęgami.

Ile czasu daje Pan sobie na zbudowanie we Wrocławiu klubu, który powalczy o mistrzostwo i europejskie puchary?

- Lepiej brzmiałoby pytanie: ile czasu potrzebuję na stworzenie budżetu porównywalnego do Legii Warszawa i Wisły Kraków, który pozwoli nam na walkę o takie cele. Za chwilę będę odpowiadał radnym, dlaczego uczestnictwo w ekstraklasie kosztuje 30 mln zł, a nie 10, jak w II lidze. Na razie zajęty jestem takimi sprawami, a nie budowaniem potęgi na wyrost. Nie chcę niczego obiecywać. Choć naturalną rzeczą jest, że tak duża aglomeracja musi mieć duży potencjał ekonomiczny. Jednak dziś jest za wcześnie, by mówić, kiedy przełoży się to na budżet i wyniki zespołu.

Kibiców niepokoi fakt, że nasz zespół osłabia się, zamiast wzmacniać. Kontrakt w Hiszpanii podpisał Adrian Sikora, odszedł też Piotr Rocki.

- Wyraźnym życzeniem społeczności Wrocławia było, żeby nie grać w Pucharze UEFA. Adrian Sikora nie widział sensu w pozostawaniu w zespole, który nie pokaże się na europejskich boiskach. Kibice zanegowali też Rockiego w składzie Śląska, daliśmy mu więc wolną rękę. Choć ja osobiście żałuję, że "Rocky" nie będzie grał we Wrocławiu.

A reprezentant Polski Radosław Majewski zostanie?

- Majewski powinien zostać.

Wielkie kontrowersje wzbudza kwestia trenera Ryszarda Tarasiewicza.

- Przed tygodniem z nim rozmawiałem, ale decyzję, czy będzie pracował w klubie, podejmę po 12 czerwca.

Rezygnując z gry w Pucharze UEFA, zadowolił Pan jedną część kibiców, a zraził innych. Zwolennicy rywalizacji w Europie twierdzą, że uległ Pan szantażowi.

- Nie chciałem, żeby spór o puchary skończył się awanturami na stadionie. Początek gry w ekstraklasie odbywałby się w nerwowej atmosferze. Chcemy mieć pełen, bezpieczny stadion, na który bez obaw przychodziliby kibice z całymi rodzinami.

Wycofując się z Pucharu UEFA, stwierdził Pan, że Śląsk straci na tym 4 mln zł. Niektórzy działacze polskich klubów mówią, że do występów w turnieju trzeba dopłacać, a zyski przynosi tylko Liga Mistrzów.

- Tak twierdzą ci, którzy w pucharach nigdy niczego nie zwojowali. Groclin ma za sobą pucharowe sukcesy. Jak się gra z dobrymi przeciwnikami, to na pewno się zarabia. Jedna transmisja telewizyjna meczu o dobrej oglądalności to 1 mln zł. A przecież są jeszcze sprzedane bilety na własnym stadionie. Zakładałem, że zagramy dwa, trzy, może cztery mecze w Pucharze UEFA i taka kwota mogła do Śląska wpłynąć.

Pańscy przeciwnicy twierdzą, że świetnie zarządzał Pan klubem, gdyż sam Pan o wszystkim decydował. We Wrocławiu może być gorzej, gdyż władzą trzeba będzie się podzielić.

- Na razie jednak idę na kompromisy i mimo tylu przeciwności rozmowy trwają. Widać aż takim egocentrykiem nie jestem.

Jaka będzie Pana pierwsza decyzja, jeśli 12 czerwca fuzja stanie się faktem?

- Ustalę, kto będzie trenerem, i podam skład personalny administracji klubu.

Czy będzie to wybór tylko między trenerami Ryszardem Tarasiewiczem i Jackiem Zielińskim?

- Wszystko wskazuje na to, że tak.

Dotrwa Pan jako prezes wrocławskiego zespołu do momentu, kiedy Śląsk rozegra pierwszy mecz na nowym stadionie przy ul. Drzymały?

- Bardzo bym chciał.

Tam chciałby się Pan się cieszyć z pierwszego mistrzostwa Polski?

- Bardzo.