Sport.pl

Sebastian Mila: Zostawię serce na boisku

Piłka nożna. - Byłem wysoko i spadłem. Dzisiaj wstaję z kolan i mam nadzieję, że Śląsk poprowadzi mnie za rękę - mówił wczoraj Sebastian Mila, podpisując czteroletni kontrakt z wrocławską drużyną.
Mila jest najdroższym piłkarzem Śląska od siedmiu lat, klub zapłacił za niego 1,1 mln złotych. Wcześniej drożsi byli jedynie Piotr Włodarczyk (2 mln) i Sławomir Nazaruk (1,5 mln), kupieni po awansie do I ligi w 2000 roku. Dawno w zespole z Oporowskiej nie grał żaden reprezentant Polski, a nowy pomocnik wrocławian zagrał w niej 28 meczów. Był też na mundialu w Niemczech w 2006, ale nie zagrał tam ani razu.

We Wrocławiu Mila będzie miał także okazję do powiększenia swojego dorobku w ekstraklasie, gdzie dotychczas wystąpił 73 razy, strzelając 14 bramek. Na swoim koncie ma również spotkania w europejskich pucharach w barwach Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Jego gol z rzutu wolnego pomógł zespołowi z Grodziska wyeliminować angielski Manchester City.

Będzie Pan liderem Śląska?

- Na pewno będę się starał. W ostatnich latach dojrzałem jako piłkarz i myślę, że dojrzałem także do roli lidera drużyny. Wiem, jakie są oczekiwania wobec mnie i wiem, po co działacze mnie tu ściągnęli. Będę grał z numerem jedenastym i mam nadzieję, że skończymy sezon z jedenastopunktową przewagą nad drugą ekipą (śmiech). A tak poważnie to wiadomo, że oczekiwania są wysokie nie tylko w stosunku do mnie, ale i całego zespołu. Mogę obiecać, że dla Śląska zostawię na boisku całe serce. Mam czteroletni kontrakt i zamierzam go wypełnić.

Kibicom ŁKS też Pan obiecywał, że jeśli dojdzie do transferu, to odejdzie Pan tylko do Wisły, Legii lub klubu zagranicznego.

- Takie jest życie piłkarza. Trzeba iść tam, gdzie jest możliwość rozwoju. Grę w Łodzi będę wspominał bardzo miło, ale trzeba zrobić krok do przodu. I właśnie takim krokiem jest dla mnie gra we Wrocławiu. Postanowiłem skorzystać z szansy, choć spodziewam się, że kibice ŁKS nie przywitają mnie zbyt miło na pierwszym meczu w ekstraklasie.

Wyleczył się Pan już z wyjazdów za granicę?

- Nie. Dalej chcę wyjechać do dobrego klubu zachodniego i działacze o tym wiedzą. Ale będzie to porządny klub, a nie Valarenga. Jesteśmy dogadani, że Śląsk nie będzie mi robił problemów z wyjazdem. Jeśli tylko trafi się dobra oferta, to działacze usiądą do rozmów. Ale ja na razie muszę się pokazać i odpłacić się za to, że ktoś zainwestował we mnie spore pieniądze. Jeśli chodzi o wyjazd, to przede wszystkim sam sobie chciałbym coś udowodnić. Bo poprzednio sam siebie bardzo rozczarowałem. Wydawało mi się, że jeśli ktoś idzie do zachodniego klubu za dobre pieniądze, to będzie grał. Ale stało się inaczej, dostałem spory kubeł zimnej wody. A marzyły mi się wielkie transfery, wielkie kluby. Byłem wysoko i spadłem. Dzisiaj wstaję z kolan i mam nadzieję, że Śląsk poprowadzi mnie za rękę.

Nie będzie Pan miał dużo czasu na wkomponowanie się w drużynę Śląska.

- Faktycznie, mam tego świadomość. Język piłkarski jest jednak dużo prostszy nawet niż język polski, dlatego myślę, że szybko się dogadamy. Na pewno nie przyjechałem tu przeszkadzać i jeśli drużynie będzie szło dobrze beze mnie, to też dobrze. Mam nadzieję, że w meczach będą występowali ci, którzy najlepiej wypadną na treningach. Trener Ryszard Tarasiewicz już mi powiedział, że nie będę miał łatwo. I to była w zasadzie jedna z niewielu rzeczy, która mi się w tej rozmowie nie podobała (śmiech). Nie liczę na taryfę ulgową.

Myśli Pan o powrocie do reprezentacji?

- Na razie będzie bardzo ciężko. Oczywiście to marzenie każdego piłkarza, żeby zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego. Ale podchodzę do tego spokojnie, bez ciśnienia. Bo jak kiedyś miałem ciśnienie na kadrę, to odbijało się to na mojej osobie. Potem było tak, że jak dostałem powołanie, to wszyscy mówili, że to bardzo kontrowersyjna decyzja. Teraz chciałbym zrobić wszystko, żeby nie było żadnych wątpliwości co do mojej dyspozycji. Ale na dziś numerem jeden jest dla mnie Śląsk.

Więcej o: