Sport.pl

Solorz u bram Śląska

Piłka nożna. Wiosną od Śląska wymagam tylko jednego: budowy piłkarskiej jakości, do której Zygmunt Solorz mógłby dołożyć swoje pieniądze i biznesowe know-how. To właśnie złożyłoby się na wielki klub we Wrocławiu - pisze dziennikarz ?Gazety? Michał Karbowiak
Solorz blisko inwestycji w Śląsk »

W sobotę Śląsk po trzech miesiącach przerwy wraca na ligowe boiska i zmierzy się w ekstraklasie z Lechią Gdańsk. Wrocławianie są szóstą drużyną w tabeli, a do lidera z Poznania tracą sześć "oczek".

Aby uznać ten sezon za udany, wrocławianie nie muszą wcale tej różnicy niwelować, a w grze wspinać się na wyżyny.

Mnie wystarczy forma wypracowana jesienią i udokumentowana zwycięstwami nad Wisłą, GKS Bełchatów czy remisem w Poznaniu. Niech wrocławianie przeskoczą w tabeli pozbawiony Łukasza Garguły Bełchatów, a potem niech walczą jak równy z równym z ligowymi potęgami, zwłaszcza gdy będą z nimi rywalizować u siebie. I będzie dobrze.

Niektórzy uznają zapewne, że brak na tej krótkiej liście życzeń mistrzostwa Polski czy choćby awansu do europejskich pucharów jest oznaką tolerowania futbolowej przeciętności i zachętą dla Śląska do zostawienia ambicji w szatni. Nic z tych rzeczy. Apeluję tylko o rozwagę, a nie fantazjowanie i zapuszczanie się w piłkarski matrix. Tym bowiem jest przekonanie, że Śląsk mógłby w tym sezonie okazać się najlepszy w Polsce. Choć oczywiście szczerze pogratuluję trenerowi Ryszardowi Tarasiewiczowi i jego drużynie, jeśli faktycznie sięgną po mistrzostwo Polski.

Efekt Solorza

Śląsk widzę ogromny, ale dopiero wtedy, gdy swoje piętno zdąży na nim odcisnąć Zygmunt Solorz - jeden z najbogatszych Polaków - stojący już u bram piłkarskiego Wrocławia. Solorz pod względem zdolności biznesowych może uchodzić za polskiego Midasa, bo gdy wszystkich wokół kryzys gospodarczy zabija, jego umocnił. W niedawnym wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" Andrzej Pawelec, ostatni biznesmen sportowy w Polsce, który wprowadził drużynę do Ligi Mistrzów, stwierdził, że następną po Widzewie ekipą w tych elitarnych rozgrywkach będzie właśnie Śląsk. Śląsk Solorza oczywiście.

Tyle że Śląsk Solorza jeszcze nie jest i paradoksalnie nie będzie, nawet jeśli w marcu biznesmen zostanie jego właścicielem. Musi minąć trochę czasu, aby rola twórcy Polsatu i jego ludzi nie ograniczała się we Wrocławiu tylko do tego, co robią dziś szejkowie w Manchesterze City czy - w polskich warunkach - firmy Allianz w Zabrzu. Czyli do dawania pieniędzy. Wielkie kluby powstają bowiem znacznie dłużej, niż trwa wykonanie przelewu bankowego przez ich możnych dobroczyńców.

Ale w to, że Śląsk wkrótce będzie marką, wierzy także świat biznesu, bo inaczej do klubu z Oporowskiej nie zgłaszałyby się Carlsberg, Puma czy Lotto. Wszyscy oferują już znacznie lepsze warunki niż poprzednio, bo po prostu chcą być w klubie wcześniej, zanim pojawi się w nim nowy właściciel. Ten biznesowy ruch to właśnie efekt Solorza.

Ten sam efekt może jednak przeszkadzać piłkarzom obecnego Śląska. Bo jeśli na ich plecy kibice włożą już teraz wszystkie oczekiwania związane z pojawieniem się nowego inwestora, to nawet najszybsi Marek i Janusz Gancarczykowie nie przebiegną ani centymetra.

Made in Oporowska

Od Śląska trzeba wymagać, aby grał nie gorzej niż jesienią i udowodnił, że dobra, widowiskowa gra zespołu nie była dziełem przypadku. Wszyscy nieufni chcą jeszcze raz się przekonać, czy dobre wyniki z Wisłą i Lechem to wyraz siły Śląska, czy może chwilowej niedyspozycji rywali? Chcą wiedzieć, czy Mila, Gancarczyk, Łukasiewicz, Celeban i inni to towar piłkarsko "made in China" - dobry tylko na jakiś czas, czy może "made in Oporowska" - z wysokim certyfikatem jakości?

Jest przy tym i produkt futbolowy rodem z Anglii, czyli Jarosław Fojut. To piłkarz mający coś do udowodnienia. Nie tylko jako on sam, ale jako przedstawiciel pokolenia, które chce pokazać, że do Europy należy nie tylko mentalnie, ale i piłkarsko.

A w transferach Śląska bardziej niż bramkarza zabrakło mi sprowadzenia napastnika. Potencjał ofensywny drużyny nieco osłabł, bo z drugiej linii wypadli Sebastian Dudek i Dariusz Sztylka i obawiam się, że ich brak możemy odczuć bardzo szybko. Wrocławianie maja grać teraz dwoma napastnikami, ale aby ten wariant się sprawdził, trener Tarasiewicz musi wykrzesać 120 proc. z rezerwowych dotychczas Remigiusza Sobocińskiego i Przemysława Łudzińskiego. Przy młodym Kamilu Bilińskim i mającym problemy z kontuzjami Vuku Sotiroviciu to któryś z nich będzie musiał dołączyć lub nawet zastąpić Tomasza Szewczuka.

Jazda bez trzymanki

Póki co, w Śląsku rolę absolutnie kluczową odgrywa trener Tarasiewicz. Dlatego ze smutkiem przyjąłem ostre wypowiedzi trenera dla "Przeglądu Sportowego" i "Gazety" w kontekście jego dalszej pracy z wrocławskim zespołem. A stwierdzenie, że: "Solorz ma 48 godzin na podpisanie ze mną nowego kontraktu od momentu przyjęcia przez niego klubu" wydaje mi się zaczerpnięte rodem z amerykańskich filmów akcji.

Rozumiem, że trener walczy, aby traktowano go we Wrocławiu nie jak "swojego chłopa", ale jako szkoleniowca z osiągnięciami. Czyli tak, jak mu się to należy. Co do użytych środków nacisku możemy się jednak spierać.

Odejście Tarasiewicza wydaje mi się nierealne i całkowicie bezsensowne dla obu stron. Dla trenera, bo nie po to jest ikoną Śląska, aby odchodzić w momencie, gdy mógłby wreszcie całkowicie zrealizować swoją wizję wielkiej drużyny. Nie jest to korzystne także dla nowego właściciela, bo mało który biznesmen kupił klub z akceptowanym przez wszystkich wykonawcą swoich mocarstwowych planów.

Także w tej sprawie, jak i w całych rozgrywkach, potrzeba jednak jak najwięcej spokoju. A nie jazdy po bandzie, i to bez trzymanki.

Piłkarski Wrocław chce pieniędzy Solorza »