Rycerze wiosny Śląska

Piłka nożna. Marek Gancarczyk i Przemysław Łudziński jesienią walczyli o tytuł największego rozczarowania rundy. Teraz będą walczyć ze Śląskiem o miejsce w europejskich pucharach, i to jako zawodnicy dla zespołu kluczowi.
Dlaczego kluczowi? Bo Śląsk zimą w ofensywie się nie wzmocnił, a obaj piłkarze występują na newralgicznych dla drużyny pozycjach. Marek Gancarczyk jest skrzydłowym i przyjdzie mu zastąpić świetnie spisującego się jesienią Krzysztofa Ostrowskiego. Łudziński gra za to w ataku i będzie musiał wykazać się skutecznością nie mniejszą niż poprzednio Tomasz Szewczuk, który chyba nieco swoje loty obniżył. Dodatkowo popularny "Łudi" będzie grał nieco cofniętego napastnika i tym samym przypadnie mu część zadań wcześniej wykonywanych przez Sebastiana Milę czy Sebastiana Dudka. W ostatnim meczu z Polonią Bytom oba rodzaje zadań Łudziński zrealizował wręcz wybornie. Nie dość, że rozprowadzał akcje, to jeszcze strzelił dwie bramki, obie po podaniach z prawej strony właśnie od Marka Gancarczyka.

Warto jednak pamiętać, że w pierwszej rundzie Marek Gancarczyk i Łudziński zawiedli, w niczym nie przypominając piłkarzy, którzy tak dobrze spisywali się jeszcze na boiskach II ligi. Gancarczyk nie mógł się otrząsnąć po odniesionej w okresie przygotowawczym kontuzji i cały czas pozostawał w cieniu swojego brata Janusza, który stał się gwiazdą Śląska i dostał powołanie do reprezentacji Polski. Marek w tym czasie zagrał w ekstraklasie tylko cztery razy, wchodząc głównie na zmiany. Sytuacja zmieniła się, kiedy jego konkurent do gry na skrzydle Krzysztof Ostrowski odszedł do Legii, a na prawej flance Śląska zrobiło się wolne miejsce.

Już w okresie przygotowawczym rozluźniony Marek Gancarczyk śmiał się więc do dziennikarzy, że jeszcze będą go prosić o wywiad. Chyba sam nie spodziewał się, że na ziszczenie tych słów będzie musiał czekać tylko do pierwszego w roku meczu na Oporowskiej. - Marek ma lepszą szybkość od "Ostrego", choć nie ma takiej mocy. Jego problemem bywa za to czasami brak koncentracji. Tak jakby zupełnie się wyłączał i był poza meczem - mówił o swoim podopiecznym trener Ryszard Tarasiewicz.

Szkoleniowiec po jesieni nie musiał jednak przekonywać zawodnika do pozostania w Śląsku, a było to potrzebne w przypadku Łudzińskiego. Losy najlepszego strzelca wrocławian w II lidze są zresztą dość burzliwe, bo na początku rozgrywek został nawet karnie przesunięty do zespołu Młodej Ekstraklasy. Zimą nosił się nawet z zamiarem odejścia na wypożyczenie do innego klubu, ale został po rozmowie z Tarasiewiczem. - Powiedziałem mu, że łatwiej byłoby mu walczyć o miejsce w składzie, gdyby zrzucił trochę kilogramów. Dziś wygląda najlepiej z drużyny pod względem motoryczno-piłkarskim. Widać więc, że podjął rękawicę - mówił po niej trener Śląska.

I faktycznie, Łudziński jest lżejszy o pięć i pół kilograma, a w sobotę strzelił dla drużyny pierwsze bramki od maja zeszłego roku. - To był bardzo udany powrót na Oporowską - dla mnie, jak i dla całego zespołu. Cóż, widać, że warto było odstawić pizzę - zakończył ze śmiechem.