Ekstraklasa: W Śląsku coś nie gra

- Śląsk jest dzisiaj fajnie opakowanym produktem marketingowym, ale o pogarszającej się zawartości sportowej. W klubie o tym wiedzą, ale liczą, że w słabej polskiej lidze jednak jakoś to będzie - pisze Michał Karbowiak
Śląsk meczem z Cracovią Kraków rozpoczyna kolejny sezon w piłkarskiej ekstraklasie. Sezon, w którym nie może być tylko "jakoś". Musi być dobrze. Co najmniej tak dobrze, jak w ostatnich rozgrywkach, kiedy Śląsk zajął wysokie, szóste miejsce, zdobył Puchar Ekstraklasy i stoczył kilka pasjonujących bojów. Teraz ekipa z Oporowskiej oceniana będzie właśnie przez pryzmat wcześniejszych wyników, a jeśli osiągnie rezultaty gorsze, to zostanie to odebrane jako porażka.

Oczekiwania wobec klubu są ogromne także, a może - przede wszystkim - dlatego że jego właścicielem jest jeden z najbogatszych Polaków - Zygmunt Solorz. To wraz z nim dla wrocławskiej piłki miały przyjść złote czasy, a Śląsk miał urosnąć do rangi ligowego potentata. Niby stanie się to dopiero, kiedy w 2012 roku powstanie galeria na Maślicach mająca cały biznes finansować. Mimo to budowę wielkiego klubu powinno się zacząć już dziś.

Moim zdaniem niestety we Wrocławiu budować jeszcze nie zaczęto.

Marketing nie transfery

Na razie bowiem naprawdę imponująca jest tylko kampania marketingowa, w której piłkarze Śląska z ogromnych billboardów zapraszają kibiców na "Koncertowe granie". Tyle tylko, że po przedsezonowych wydarzeniach dojść można raczej do wniosku, że w Śląsku właśnie coś nie gra. A skuteczny marketing może przy tym tylko klubowi zaszkodzić.

Koniec końców, najważniejsza jest przecież nie reklama, a jakość piłkarska drużyny. Niestety, by ją podnieść zrobiono dotąd we Wrocławiu bardzo niewiele.

Na początek swoich rządów Zygmunt Solorz zastosował bowiem wobec Śląska wariant wybitnie oszczędnościowy. Klub dokonał zaledwie dwóch transferów, przy czym zarówno bramkarz Ivo Vazgec, jak i obrońca Amir Spahić przyszli na Oporowską za darmo. Na więcej wzmocnień podobno pieniędzy nie ma i nie będzie. Dla zmyłki działacze muszą podkreślać, że klubu na wielkie wydatki jeszcze nie stać. Nie mówią przy tym, że nie stać go w zasadzie na żadne.

Efekt jest taki, że Śląsk przystępuje do rozgrywek z kadrą gorszą niż rok temu, kiedy Solorza jeszcze w klubie nie było. Jest to wynik nie tylko braku transferów, ale także szeregu kontuzji. Na dziś w pełni dyspozycji nie są bowiem: Sebastian Mila, Jarosław Fojut, Dariusz Sztylka czy Vuk Sotirović, a to już osłabienie bardzo istotne. Inna sprawa, że latem lekką ręką pozbyto się z Wrocławia: Petra Pokornego, Vladmira Capa, Wojciecha Górskiego, Przemysława Łudzińskiego i Remigiusza Sobocińskiego, a nie zaproponowano w zasadzie nikogo w zamian. Nie ma więc kim łatać dziur.

Co gorsza, trener Tarasiewicz na skrzydłach ma tylko braci Janusza i Marka Gancarczyków, a w ataku Tomasza Szewczuka i Kamila Bilińskiego. Widać więc, że gra ofensywna Śląska wisi na włosku, a w przypadku kontuzji któregoś z nich - po prostu legnie w gruzach.

Liczą na szczęście

W takim przypadku, by osiągnąć dobry rezultat trener Tarasiewicz wykazać się będzie musiał zdolnościami wprost magicznymi. Za ich wykorzystanie Solorz płaci mu jednak 45 tys. zł pensji miesięcznie, więc na hojność właściciela akurat szkoleniowiec narzekać nie może.

Co więcej, skoro trener ochoczo przyjął ofertę dającą mu w klubie władzę niemal absolutną, to teraz musi się zmierzyć z absolutną odpowiedzialnością.

To zresztą nie jest dla niego specjalna nowość, choć tym razem ma do przegrania znacznie więcej niż wcześniej. Na szalę rzuca popularny "Taraś" nie tylko swoją reputację, ale i szanse w "konkursie" na trenera kadry narodowej. Na razie, jeśli wierzyć doniesieniom nieoficjalnym, jego szanse na zastąpienie Leo Beenhakkera są bardzo duże. By się utrzymały, szkoleniowiec musi osiągnąć ze Śląskiem wynik przynajmniej przyzwoity. Inaczej może spaść ze szczytu równie szybko jak się na nim znalazł. A wraz ze spadkiem przepadnie jego życiowa szansa.

Tarasiewicz pomógłby sobie sam, gdyby w Śląsku zatrudnił dyrektora sportowego, a poprzednią rundę wykorzystał do przygotowania wielu opcji potencjalnych transferów. Obu rzeczy jednak nie zrobił i w konsekwencji poszukiwania graczy wyglądały w Śląsku trochę tak, jakby robione były po omacku. A że szkoleniowiec zdecydował się przy okazji na zrobienie rewolucji w przygotowaniach, to sytuacja jego i jego zespołu przed pierwszym meczem sezonu jest niezbyt wesoła. Oby na lepszą zmieniała się w trakcie rozgrywek.

By tak się stało, musiałoby jednak zaistnieć mnóstwo korzystnych dla Śląska okoliczności. Pozostaje więc wrocławianom liczenie na szczęście, co specjalnie nie odróżnia ich od Polonii Bytom czy Odry Wodzisław. W koncepcji budowania "Wielkiego Śląska" nie do końca o to chyba chodziło.

Śląsk Wrocław - Cracovia Kraków sobota godz. 19.15 stadion przy ul. Oporowskiej.