Sport.pl

Śląsk przegrał z Lechem. Tarasiewicz zadowolony z gry

Piłka nożna. Co z tego, że Śląsk rozegrał dobry mecz i miał więcej sytuacji strzeleckich niż Lech? To poznaniacy zdobyli bramkę i zainkasowali trzy punkty, wygrywając 1:0.
Tej jesieni Lech wygrał cztery mecze - wszystkie po 1:0 (z FC Brugge, Odrą Wodzisław, Wisłą Kraków i Śląskiem Wrocław) - i tylko mecz z wiślakami był dobry. Reszta to męcząca kopanina, którą widzowie na dodatek oglądają w coraz niższych temperaturach. W sobotę, zwłaszcza w drugiej połowie, od oglądania jej i od zimna bolały oczy.

Trener Śląska Wrocław Ryszard Tarasiewicz zadziwił dodatkowo obserwatorów, gdy oznajmił, że było to "najlepsze spotkanie Śląska; dobre, a momentami bardzo dobre", choć dodał przy tym, że "paradoksalnie". Taka ocena może wynikać z faktu, że choć Lech prowadził grę i przeważał, to jednak takich dobrych bramkowych sytuacji bezdyskusyjnie więcej miał Śląsk. W końcówce meczu wrocławianie niepodzielnie dominowali na boisku i byli bliscy odebrania Lechowi prowadzenia.

"Kolejorz" wyszedł na prowadzenie po rzucie karnym z 36. minuty podyktowanym, gdy Piotr Celeban w polu karnym pociągnął za koszulkę Roberta Lewandowskiego. Wcześniej też były ku temu okazje. Już w pierwszych 10 minutach Sławomir Peszko i Robert Lewandowski byli bliscy strzelenia gola, a w dziewiątej minucie Semir Stilić strzelił nad poprzeczką z tak bliska, że nieliczna widownia złapała się za głowy.

W pewnym fragmencie w pierwszej połowie Śląsk się wycofał i lechitom łatwiej było rozgrywać piłkę. Kiedy jednak wrocławianie ją przejmowali, kontry były bardzo groźne, bo w środku pola poznaniacy grali słabo. Świetną okazję na początku meczu miał napastnik wrocławian Vuk Sotirović, a w 13. minucie w kolejnej doskonałej sytuacji spudłował Krzysztof Ulatowski.

Prowadzenie Lecha stało się gwoździem do trumny poziomu tego meczu. Od tej pory działo się już bardzo mało. Kibice mieli czas, by skupić się na utarczkach słownych z arbitrami (zwłaszcza liniowym, którego decyzje się im nie podobały) czy swoim "ulubieńcem" Łukaszem Madejem (byłym lechitą).

W 55. minucie szanse na strzelenie gola miał Antoni Łukaszewicz. W końcówce wrocławianie marnowali kolejne okazje. - Dlatego mecz ten pozwala z optymizmem patrzeć na dalsze mecze Śląska - tłumaczył trener Tarasiewicz.

Trener Lecha Jacek Zieliński nie miał złudzeń. - Ten mecz nie stał na wysokim poziomie. Historia meczów Lecha ze Śląskiem pokazuje, że to zawsze są mecze zacięte. Było wiele fauli i walki. Pięknej gry było mniej. Zwycięzców jednak się nie sądzi - zakończył trener Zieliński.

Lech rozgrywa swoje mecze we Wronkach, gdyż stadion w Poznaniu jest przebudowywany na Euro 2012. W malutkich Wronkach mecze Lecha ogląda garstka ludzi. Niedawny hitowy pojedynek z Wisłą Kraków oglądało niecałe 3 tys. widzów. Teraz na meczu ze Śląskiem było ich jeszcze mniej - jak na zwyczajowe zainteresowanie spotkaniami "Kolejorza" w Poznaniu to naprawdę niewiele.

Pytanie, co bardziej zniechęca fanów Lecha do przyjazdu do Wronek - fakt, że to 60 kilometrów od Poznania, więc mecze te traktowane są jako wyjazdy, czy też to, że Lech nie gra efektownego futbolu. Zwłaszcza porównanie z zeszłoroczną grą, dzięki której poznaniacy jesienią 2008 roku odnosili sukcesy w lidze i Pucharze UEFA, wypada tragicznie.

Powołany, czyli Gancarczyk kontra Gancarczyk

- Jedziemy sobie na zgrupowanie autokarem, a tu nagle Antek Łukasiewicz bierze mikrofon do ręki i ogłasza na cały autobus, że zostałem powołany. Pomyślałem, że jaja sobie ze mnie robi - opowiadał Janusz Gancarczyk, pomocnika Śląska Wrocław, nowy kadrowicz w zespole Franciszka Smudy.

Gdy Smuda trenował jeszcze Lecha, miał już Gancarczyka na oku. Zapewne wtedy znalazł się on w jego notesie. - Moja forma idzie teraz w górę, więc jestem dobrej myśli - mówi Gancarczyk. - Słyszałem, że trener Smuda nie daje drugiej szansy, więc mam zamiar bardzo się postarać w listopadowych meczach reprezentacji.

W meczu z Lechem Janusz Gancarczyk zmagał się często z innym powołanym. Sewerynem Gancarczykiem. Choć piłkarski ród Gancarczyków jest w Polsce liczny, to akurat piłkarz Lecha do niego nie należy. - Była taka sytuacja, gdy Seweryn robił na mnie wślizg. Gdybym wtedy dziabnął piłkę, mielibyśmy dobrą sytuację - wspomina jeden z takich pojedynków Janusz Gancarczyk. - Ale i tak mieliśmy więcej okazji niż Lech, a trener Tarasiewicz pochwalił nas po meczu za walkę.