Sport.pl

Ryszard Tarasiewicz: Muszę trzymać chłopaków na smyczy

- To nie jest tak, że w tej rundzie Śląsk gra o nic. Mamy dość łatwe pierwsze pięć spotkań i jeśli zdobędziemy dużą liczbę punktów, to możemy wskoczyć nawet na piąte czy czwarte miejsce - mówi trener Ryszard Tarasiewicz przed powrotem wrocławian na ligowe boiska.
W sobotę drużyna Tarasiewicza zagra w Bytomiu z Polonią i będzie to jej pierwsze spotkanie po zimowej przerwie. Przypomnijmy, że po 17 meczach sezonu Śląsk jest ósmy w tabeli ekstraklasy i ma dziewięć punktów straty do trzeciego Lecha Poznań.

Zimą wrocławski klub pozyskał bramkarza Mariana Kelemena i pomocnika Piotra Ćwielonga. Z drużyny odszedł za to skrzydłowy Janusz Gancarczyk. Wrocławianie na siedem sparingów wygrali zaledwie jeden. Oprócz tego ponieśli cztery porażki i dwa razy remisowali.

Rozmowa z trenerem Śląska Wrocław

Michał Karbowiak: Jest Pan zadowolony z przebiegu okresu przygotowawczego?

Ryszard Tarasiewicz: Jestem zadowolony, że niemal w każdym meczu dominowaliśmy nad rywalami i prowadziliśmy grę. Teraz trzeba to wypośrodkować, bo czasem ta dominacja doprowadzała nas do rozprężenia. Wiadomo, że w sparingach odpowiedzialność jest mniejsza i to ma przełożenie na postawę piłkarzy. Z drugiej strony niektóre nasze błędy wynikały z tego, że chłopcy za bardzo chcieli. W lidze muszę ich trzymać bardziej na smyczy.

Naprawdę nie martwi Pana, że Śląsk w zimie wygrał tylko jeden mecz?

- Nie. Inaczej byłoby, gdyby to rywale nad nami dominowali, ale nic takiego się nie działo. Tak mogę się martwić tylko tym, że nie wykorzystaliśmy wielu sytuacji podbramkowych. Nie mieliśmy ich może mnóstwo, ale na pewno dużo. Rywalom zazdroszczę jednak głównie tego, że strzelają gole z dystansu. My tego dawno nie robiliśmy. Jeśli uderzamy, to z nieprzygotowanych pozycji. Moi zawodnicy myślą, że rywal będzie wywierał na nich presję i czasami decyzję podejmują za szybko. A prawda jest taka, że zwykle przeciwnik stoi w miejscu albo cofa się do bramki. Musimy próbować to wykorzystać, bo wiadomo, że jak nie ma strzałów, to nie ma bramek. Nie trzeba być Einsteinem futbolu, żeby to zrozumieć.

Śląsk mało bramek strzelił, a sporo tracił. Większość z goli puścił Marian Kelemen, który miał być przecież receptą na problemy z bramkarzami.

- Marian popełnił tylko jeden błąd, kiedy niepotrzebnie kiwał rywala i przez to straciliśmy gola. Oprócz tego nie mam do niego zastrzeżeń, bo dobrze reaguje na przedpolu i spokojnie wprowadza piłkę do gry. Myślę, że wprowadzi do zespołu dużo pewności. Na jego dyspozycję wpływ miało także to, że dawno tak intensywnie nie trenował i jakiś czas temu miał kryzys. Jeśli jednak w lidze w trzech czy czterech meczach będzie popełniał błędy, to wystawię Wojtka Kaczmarka, który nie wygląda źle. Nie jest tak, że Marian jest pewniakiem, bo go chciałem.

A może jednak nie ma Pan ręki do wybierania bramkarzy?

- Wszyscy wypominają mi Andrzeja Olszewskiego, który puścił bramkę z 30 metrów. A ja powiem, że to się może zdarzyć. U nas jednak każdy błąd jest wyolbrzymiany i w ten sposób niektórzy chłopcy niepotrzebnie się spalają. Przecież Petrowi Cechowi przydarzały się potknięcia po kontuzji, ale nikt nie robił z tego afery. W Śląsku bramkarze nie wybraniają nam meczów, bo mają po prostu mało sytuacji. A jak się już jedna zdarzy, to najczęściej jest nie do wyciągnięcia.

Jesienią Śląsk miał problem z odrabianiem strat, bo brakowało mu atutów w ofensywie. Po pozyskaniu Piotra Ćwielonga to się zmieniło?

- Teraz mamy bardzo dobrą drugą linię z kreatywnym środkiem i dynamicznymi skrzydłami. Na bokach nie jest może za bogato, ale Piotrek Ćwielong i Łukasz Madej są w dobrej dyspozycji. Madej wreszcie doszedł do formy i to może być jego runda. Piotrek z kolei jest bardzo uniwersalny. Do naszej pomocy wrócił też Darek Sztylka, którego wcześniej brakowało. W sparingach ze strony pomocników brakowało nam tylko indywidualnych wejść w pole karne przeciwnika. Dodatkowo wzrosła nasza siła przy stałych fragmentach gry, bo są dobrze grający głową Celeban, Wołczek czy Fojut.

Znowu nie udało się Panu pozyskać napastnika.

- Nie było takich, którzy by mi pasowali. To musi być zawodnik, który przytrzyma piłkę albo sam pociągnie na bramkę. W sparingach tak prezentował się Vuk Sotirović i na niego bardzo liczę. Nie miał żadnych przerw w grze, był bardzo aktywny. Musi tylko przestać myśleć o niewykorzystanych okazjach.

Nie zniechęcił się Pan do transferów z Ameryki Południowej?

- Nie. Tam są jeszcze dwa tematy i może będziemy finalizować je w kwietniu lub maju. Wówczas z tych zawodników Śląsk skorzysta już kolejną jesienią.

Śląsk może wiosną grać tak dobrze jak w zeszłym sezonie?

- Z tego, co zaobserwowałem, wynika, że tak. Pytanie tylko, czy postawę w sparingach uda nam się przełożyć na ligę.

Jak się Panu będzie pracowało ze świadomością, że Śląsk gra właściwie o nic?

- To nie tak. W pierwszych pięciu meczach możemy zdobyć 11 czy 12 punktów i wskoczyć na piąte czy nawet czwarte miejsce w tabeli. Wtedy zobaczymy co dalej. Z drugiej strony nasz dorobek wcale nie gwarantuje utrzymania. Pewne jest, że jeśli zobaczę u któregoś piłkarza zbytnie samozadowolenie, to odstawię go od składu. Będą grali ci, którzy chcą biegać i walczyć

Uda Wam się przełamać w Bytomiu złą passę meczów bez zwycięstwa na wyjeździe?

- Jeśli w pełni skoncentrujemy się na graniu, to tak. Mamy więcej atutów od Polonii, a problemy możemy mieć w pierwszym kwadransie. Po powrocie z Cypru graliśmy tylko na sztucznej nawierzchni i jakiś czas zajmie nam pewnie przystosowanie się do nowych warunków. Mimo wszystko nasza forma wygląda sympatycznie i przy cierpliwości i spokoju będziemy na pewno osiągać dobre wyniki.