Ryszard Tarasiewicz: Niech mnie atakują

- Nie można wariować i bez odpowiedniego okresu czasu wymagać, byśmy zawsze byli na styk z Wisłą czy z Lechem. Ludzie, którzy tak robią, mają siano zamiast mózgu - mówi trener Śląska Ryszard Tarasiewicz. Wrocławski szkoleniowiec liczy się jednak ze zwolnieniem z posady, jeśli jego zespół szybko nie zacznie zdobywać odpowiedniej liczby punktów.
W pierwszych czterech kolejkach drużyna Tarasiewicza zanotowała jedno zwycięstwo i jeden remis. Po ostatnich dwóch porażkach z rzędu, z dorobkiem czterech punktów, jest na czternastym miejscu w tabeli. W pierwszych trzech spotkaniach Śląsk zaprezentował się nieźle, ale dwa tygodnie temu w pojedynku z Lechią wrocławianie wypadli wprost beznadziejnie. To po tym meczu pojawiły się głosy, że trener Tarasiewicz walczy o swoją przyszłość, a ma się ona wyjaśnić po najbliższych pięciu meczach.

W sobotę o godz. 18.15 Śląsk zagra u siebie z mistrzem Polski Lechem Poznań. "Kolejorz" to jedyna drużyna, która przez ostatnie dwa sezony dwa razy pokonała wrocławian na Oporowskiej.



Rozmowa z trenerem Śląska

Michał Karbowiak: Dwa tygodnie to w futbolu dużo czy mało?

Ryszard Tarasiewicz: Zależy co się robi, bo niektórzy mają po cztery, pięć dni wolnego [tak było w Polonii Warszawa - przyp. red.]. Ja wolnego swoim zawodnikom nie dawałem, bo uważam, że tych treningów i tak nie jest wystarczająco dużo. Jeżeli mecze są co tydzień, to ostatnie półtora dnia praktycznie poświęca się głównie na taktykę. Brakuje więc takiego pełnego zaangażowania fizycznego. Dwutygodniowa przerwa pomaga o tyle, że można podczas jej trwania naprawdę solidnie popracować, a niektórzy zawodnicy dochodzą do zdrowia po urazach. U nas dotyczy to choćby Sebastiana Mili, który najpierw miał krwiaka, ale teraz normalnie trenuje.

W ciągu dwóch tygodni oblicze Pana zespołu zmieniło się diametralnie. W meczu z Cracovią zagrał bardzo dobrze, z Lechią Gdańsk wprost dramatycznie.

- W Gdańsku wyglądaliśmy, jakby nam ktoś odciął prąd. Brakowało nam po prostu wszystkiego, co cechowało do tej pory Śląsk. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało. Być może wystąpił syndrom trzeciego dnia nad morzem, bo dwa sezony temu coś podobnego przydarzyło się nam, jak pojechaliśmy na mecz do Arki Gdynia w Pucharze Ekstraklasy. Wtedy też w drugiej połowie byliśmy jacyś ospali. Śląsk jest jednak dobrze przygotowany do rozgrywek, co pokazał w pierwszych trzech meczach. W nich dyktowaliśmy warunki gry i uważam, że to nie był przypadek. Po spotkaniach z Jagiellonią, Cracovią i Legią nie dopuszczałem do siebie myśli, że w Gdańsku może być aż tak źle.

Niektórzy kibice na forach internetowych domagają się Pańskiego odejścia.

- Ja nigdy nie wchodziłem na fora, bo według mnie piszą tam głównie ludzie, którym brakuje pewności i są niedowartościowani. Ale jak chcą, to niech atakują Tarasiewicza. Najbardziej boli mnie jednak, że ubliżają także moim zawodnikom. Dla mnie coś takiego może robić tylko człowiek bez żadnej wartości, który o piłce nożnej nie ma pojęcia. Nie będę z kimś takim polemizował.

Nie boi się Pan, że za głosami kibiców pójdą też właściciele klubu, czyli miasto i grupa Polsat?

- Liczę się z tym, że mogą mnie zwolnić, jak będziemy mieli mało punktów. Nie powiem przecież, żeby wszyscy się wypchali, bo ja tu decyduję. Pewne rzeczy ode mnie nie zależą. Pójdzie jeden czy drugi artykuł i nawet jeśli ktoś będzie chciał ze mną jeszcze współpracować, to może nie podołać presji. Wiem, co prasa potrafi zrobić w kontaktach międzyludzkich. Przyjdzie jeden podpowiadacz, przyjdzie drugi, ktoś kogoś usłucha i mnie zwolnią. Nie chciałbym się zresztą dalej w tym wątku rozwijać.

Dyrektor sportowy Śląska Krzysztof Paluszek podkopuje Pana pozycję w klubie? Podobno miał już rozmawiać z Pana ewentualnymi następcami.

- Z dyrektorem Paluszkiem to my w ogóle nie rozmawiamy. Żartuję. Tak na poważnie, to w takie rzeczy nie chce mi się wierzyć. Ludzie po prostu szukają sensacji.

Do miejsca wyznaczonego przez właścicieli Śląskowi jednak bardzo daleko. Według założeń Pana drużyna ma w tym sezonie zająć miejsce w pierwszej piątce ligi i włączyć się w walkę o Puchar Polski.

- W walkę o puchar to my się włączamy od dwóch sezonów, ale też szybko się z niej wyłączamy (śmiech ). Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej, bo to najkrótsza droga do Europy. Mocno wierzę, że w tych rozgrywkach wreszcie udanie się zaprezentujemy, chciałbym dojść przynajmniej do półfinału. Co do ligi, to nie ma żadnego ultimatum dotyczącego lokaty. Nigdzie nie zostało zresztą powiedziane, że jak piątego miejsca nie będzie, to nie będzie też Tarasiewicza w Śląsku. Możemy zająć szóstą czy siódmą lokatę, ale grać dobrze i mieć małą stratę do czołówki. Wtedy też nie będzie tragedii. Piąta pozycja jest jednak dla nas jak najbardziej realna. Zresztą nawet gdyby pojawiło się ultimatum, to i tak nic by się w mojej postawie nie zmieniło. Przecież nie będę siedział w klubie cztery godziny dłużej i robił siedmiu dodatkowych treningów. Wiem, jak pracuje zespół i wiem, co chce osiągnąć.

Może spekulacje na temat Pana zwolnienia nie są przypadkowe. Pozycja trenera po takim sezonie jak poprzedni w każdym innym klubie również byłaby bardzo słaba.

- W poprzednim sezonie było, jak było, mieliśmy swoje problemy związane z kartkami i kontuzjami. Były też pewne ograniczenia finansowe. Teraz jest pod tym względem lepiej, choć nadal nie jakoś ekstra. W poprzednim sezonie mówiłem, że Śląsk nie spadnie i miałem rację. Poza tym rozgrywki zakończyliśmy dobrze, choć łatwo nie było. U nas o takich rzeczach się nie pamięta. Podobnie jak o tym, że myśmy mieli przez trzy lata drużynę stopniowo budować. Taki przekaz, jak wchodziliśmy do ekstraklasy, ale ludzie o tym zapomnieli. Dziś kibice, którzy przychodzą, powinni się cieszyć z tego, że gościmy najlepsze zespoły, że nie jesteśmy chłopcem do bicia. Przyjdzie czas, że będziemy chcieć czegoś więcej. Ale nie można wariować i bez odpowiedniego okresu czasu wymagać, byśmy zawsze byli na styk z Lechem czy Wisłą. To jest jakaś paranoja. Ludzie, którzy tak mówią, mają siano zamiast mózgu.

A ile czasu potrzeba, by Śląsk zaczął dobrze funkcjonować z nowymi zawodnikami i w nowym ustawieniu?

- Trudno to oszacować. Z meczu na mecz powinniśmy zyskiwać ten automatyzm. Teraz nadal go jeszcze brakuje, bo po zmianach pozycji zawodnicy muszą pozbyć się starych nawyków. Przykładowo Sebastian Mila biegał sobie wcześniej jako wolny elektron, a teraz więcej musi więcej pracować w odbiorze. Przemek Kaźmierczak chce niemal wszystko załatać i przez to opuszcza mi środek pola. Jak na takie zmiany, to w pierwszych meczach wyglądało to bardzo dobrze. Mieliśmy jednak trudnych przeciwników, stąd taki bilans punktowy. Teraz też łatwo nie będzie, ale jesteśmy w stanie ograć zarówno Lecha, Widzew, Koronę, jak i Wisłę. Może być też tak, że nie opuścimy 14. miejsca, ale tabela będzie bardzo spłaszczona.

Lech Poznań to jedyny zespół, który w ekstraklasie dwa razy wygrał ze Śląskiem na Oporowskiej. Teraz jeszcze przyjeżdża tu jako mistrz Polski.

- Ostatnio Lech przegrał w Białymstoku z Jagiellonią, ale zagrał tam poprawne spotkanie. Dodatkowo poznaniacy dobrze prezentowali się w obu pojedynkach z Dnipro Dniepropietrowsk w Lidze Europejskiej. U nas w lidze trudno jednak budować odniesienia na podstawie ostatnich wyników. Widać to choćby w przypadku Legii Warszawa, która przecież też jest mocna, a lepsze mecze przeplata słabszymi. Z mojej perspektywy najważniejsze, że w Lechu nie ma już Roberta Lewandowskiego, bo on mnie tu we Wrocławiu zawsze karał (śmiech ).

Śląsk Wrocław - Lech Poznań, sobota, godz. 18.15, stadion przy ul. Oporowskiej