Tarasiewicz: Nie jestem materialistą

Nie jestem materialistą, a to, co mówiłem o Śląsku, zawsze mówiłem szczerze - mówi zawieszony trener Śląska Ryszard Tarasiewicz.
Tarasiewicz i reprezentujący go adwokat Marcin Kwiecień wysłali do PZPN-u pismo, w którym domagają się wyjaśnienia kwestii, czy wrocławski klub mógł swojego byłego szkoleniowca zawiesić, a w jego miejsce zatrudnić trenera Oresta Lenczyka. Śląsk zrobił to pod koniec września, kiedy prowadzony przez Tarasiewicza Śląsk przegrał cztery mecze z rzędu i wylądował na przedostatnim miejscu w tabeli. Szkoleniowiec Śląska i jego adwokat uważają, że przedstawiciele wrocławskiego klubu tak postąpić nie mogli, bo nie pozwala na to umowa wiążąca Tarasiewicza ze Śląskiem do czerwca 2012 roku. Według nich nie pozwalają też na taki ruch przepisy związkowe. - Moim zdaniem Ryszard Tarasiewicz jest trenerem wolnym, bo Śląsk, odsuwając szkoleniowca od prowadzenia zespołu, jednostronnie zerwał z nim kontrakt. W przepisach PZPN-u nie istnieje bowiem coś takiego jak instytucja zawieszenia szkoleniowca. Dodatkowo przepisy związkowe nie przewidują również możliwości zatrudnienia dwóch pierwszych trenerów. Dany klub, aby zatrudnić jednego szkoleniowca, musi najpierw uregulować wszystkie należności wobec poprzedniego, a w przypadku Śląska nic takiego nie nastąpiło - tłumaczy mecenas Kwiecień. Podkreśla on, że trener Tarasiewicz na razie nie domaga się od klubu żadnych pieniędzy ani odszkodowania.

- My najpierw chcemy wyjaśniania stanu prawnego i potem podejmiemy dalsze działania. Decyzja PZPN-u uporządkuje sytuację trenera, ale nie będzie wyrokiem, który zobowiąże Śląsk do wypłaty szkoleniowcowi jakichkolwiek pieniędzy. To może się stać tylko na podstawie decyzji sądu. Cały czas liczymy jednak, że całą sprawę uda się rozwiązać polubownie i mamy nadzieję na jakiś krok ze strony klubu. - podkreśla adwokat Tarasiewicza. Jeśli rację miałby Tarasiewicz, wówczas kontrakt ze Śląskiem byłby rozwiązany z winy klubu, a szkoleniowiec mógłby się domagać jednorazowej wypłaty pieniędzy należnych mu z tytułu kontraktu podpisanego do końca czerwca 2012 roku. W sumie byłoby to około 800 tys. zł.

Jak dotąd obie strony spotkały się w zasadzie dwa razy. Po swoim zawieszeniu szkoleniowiec rozmawiał wprawdzie z przedstawicielami rady nadzorczej spółki, ale na tym spotkaniu mowy o pieniądzach nie było. Tę sprawę poruszono dopiero na spotkaniu mecenasa Kwietnia z prawnikami Śląska, ale i tu kompromisu nie osiągnięto. Obie strony zostały bowiem przy swoich zdaniach. Klub twierdził, że szkoleniowca zawiesić może, a adwokat trenera, że nie, gdyż to działanie nieprawne.

Teraz zarówno Śląsk jak i szkoleniowiec oskarżają się o brak dobrej woli i niedążenie do porozumienia. - Ta sprawa jest precedensowa, bo czegoś takiego jak zawieszenie trenera jeszcze w polskiej piłce nie było. Uważam, że jeśli związek na coś podobnego pozwoli i otworzy klubom furtkę, to niedługo na rynku nie będzie wolnych szkoleniowców. Przecież nawet prezes Józef Wojciechowski, który słynie z tego, że trenerów pożera, zawsze kontrakty jakoś z nimi rozwiązuje - mówi mecenas Kwiecień.

Sam szkoleniowiec całą sytuacją wydaje się załamany, bo w przeszłości był gwiazdą drużyny, a potem wprowadził ją z III ligi do ekstraklasy. Dziś niektórzy kibice mówią o nim, że jest materialistą, a zamiast wrocławskiego klubu kocha pieniądze.

- Bolą mnie takie oceny, bo ten, kto mnie zna, wie, że taki nie jestem. Nie jestem materialistą, a to, co mówiłem o Śląsku, zawsze mówiłem szczerze - stwierdza zawieszony trener Śląska. Na pytanie, czy jeszcze odwiedzi stadion na Oporowskiej, Tarasiewicz odpowiada: - Na razie na pewno nie. Na dzień dzisiejszy mój stosunek do Śląska i jego gry jest zbyt emocjonalny.