Zawieszony trener Ryszard Tarasiewicz: Mam żal

Mam żal do niektórych dziennikarzy. To, co się o mnie wypisuje, przechodzi ludzkie pojęcie. Można pomyśleć, że ja w Śląsku nigdy nie grałem, nie trenowałem go i w ogóle nic dla klubu nie zrobiłem - mówi zawieszony trener Śląska Ryszard Tarasiewicz.
Ryszard Tarasiewicz został zawieszony w pełnieniu funkcji pierwszego trenera Śląska pod koniec września. Jego miejsce zajął Orest Lenczyk. Pod wodzą "Tarasia" Śląsk w pierwszych sześciu kolejkach zdobył zaledwie cztery punkty i poniósł cztery porażki z rzędu. W efekcie wrocławski zespół znalazł się na przedostatnim miejscu w ekstraklasie, a szkoleniowca odsunięto od prowadzenia zespołu na 48 godzin przed ligowym meczem z Koroną Kielce.

Teraz Tarasiewicz spiera się ze Śląskiem, bo zdaniem jego adwokata Marcina Kwietnia trener zawieszony został niezgodnie z prawem, a jego umowa z klubem jest już nieważna. Gdyby szkoleniowiec i jego prawnik mieli rację, to Tarasiewicz mógłby od Śląska domagać się wypłaty nawet 800 tys. zł odszkodowania. Na razie szkoleniowiec otrzymuje od wrocławskiego klubu ok. 50 tys. zł miesięcznej pensji. Przypomnijmy, że kontrakt wiąże go ze Śląskiem do czerwca 2012 roku.

Poniższy wywiad był autoryzowany przez Ryszarda Tarasiewicza. Z uwagi na spór ze Śląskiem szkoleniowiec nie zgodził się odpowiadać na pytania dotyczące kilku kwestii: swojego zawieszenia, zapisów w kontrakcie oraz zachowania działaczy klubu.

Michał Karbowiak: Ogląda pan mecze Śląska?

Ryszard Tarasiewicz: - Oglądam, choć przyznam, że pierwszych czterech, kiedy zespołu już nie prowadziłem, na żywo nie widziałem. Oglądałem je z jedno - lub dwudniowym poślizgiem. Na żywo nie dało rady, bo targały mną zbyt duże emocje. Musiałem się z nową sytuacją oswoić.

W Śląsku został pan zawieszony, bo z sześciu meczów zespół przegrał cztery, a z Lechią Gdańsk i Widzewem Łódź poniósł kompromitujące porażki. W Cracovii prezes Janusz Filipiak ze zwolnieniem trenera Rafała Ulatowskiego czekał bardzo długo i teraz musi w zasadzie pogodzić się ze spadkiem. We wrocławskim klubie też by tak było?

- W Śląsku taka sytuacja jak w Cracovii na pewno by się nie zdarzyła. To, co mówię, potwierdzały choćby statystyki, które niemal w każdym meczu wyglądały dla nas dobrze. Jako zespół prowadziliśmy grę, mieliśmy więcej strzałów, podań czy dośrodkowań.

Wszyscy wracają do spotkania z Lechią Gdańsk, ale nawet tam nasi rywale nie stworzyli sobie zbyt wielu sytuacji. W przegranym spotkaniu z Widzewem atakowaliśmy przez 75 minut, ale ponieśliśmy porażkę. Takie rzeczy się w piłce zdarzają. Przecież w tym sezonie Legia Warszawa przy całej swojej klasie poległa z Wisłą Kraków aż 0:4. Podobnie lider z Białegostoku w spotkaniu w Łodzi. Naprawdę nie było powodów, by zmieniać coś przez trzy-cztery kolejki. Przecież wcześniej zmieniliśmy ustawienie, w podstawowej jedenastce pojawiło się trzech nowych zawodników, inni zmienili swoje pozycje. Było więc wiadomo, że zespół na dobrą, ale i równą grę potrzebuje czasu.

Kolejne porażki sytuacji drużyny jednak nie poprawiały. Może więc trzeba było przestać ustawiać zespół aż tak ofensywnie i wzmocnić obronę. Tak zrobił trener Orest Lenczyk i wyniki Śląska się poprawiły.

- Oczywiście, gdybym prowadził zespół w Kielcach i tam też byśmy przegrali, to zmieniłbym taktykę. Musiałbym przyjść do zawodników i powiedzieć im: "Panowie, fajnie to wygląda, ale brakuje nam punktów".

Stanęlibyśmy w siedmiu-ośmiu z tyłu i w ten sposób w polskiej lidze moglibyśmy nie przegrać siedmiu meczów na dziesięć. Oczywiście można by to wszystko także modyfikować, bo przecież Wisła czy Polonia Bytom były w ostatnich meczach ze Śląskiem słabsze niż kiedykolwiek.

Naprawdę wiem, że cel uświęca środki, i pokazałem to choćby wtedy, gdy walczyliśmy o awans do ekstraklasy. Na dłuższą metę defensywna piłka mnie jednak nie interesuje. Po to dobierałem zawodników ofensywnych, żeby ofensywnie grać. Według swojej filozofii. Dlaczego miałem cały czas bać się Wisły, Lecha czy Legii i murować własną bramkę, skoro mój zespół miał naprawdę duży potencjał? Śląsk grał ładnie i pisali o tym nawet dziennikarze. Dzisiaj ci sami ludzie twierdzą, że prezentowaliśmy padlinę. To jakaś paranoja.

Dziennikarze zarzucają panu raczej brak wyników, a nie brzydką grę.

- Nie zgadzam się z tym. Uważam, że o braku wyników można mówić na półmetku rozgrywek lub na koniec sezonu. W moim wypadku to była szósta kolejka. To po szóstej kolejce już spada się z ekstraklasy? Dlaczego nikt nie patrzy na to, co zrobiłem przez cztery lata, za jakie pieniądze budowaliśmy zespół i ile dzięki mnie Śląsk zaoszczędził? W III lidze mieliśmy zrobić awans - zrobiliśmy. W II lidze to samo. W ekstraklasie w pierwszym sezonie mieliśmy się utrzymać, a byliśmy rewelacją rozgrywek. W ostatnim sezonie mieliśmy swoje problemy związane choćby z kontuzjami czy krótką ławką, ale również sobie poradziliśmy. Teraz mało kto już o tym pamięta. Proszę mi wierzyć, że gdybym sam poczuł, że mój czas w Śląsku się skończył, że nie mam pomysłu na drużynę, tobym odszedł. Nic takiego się jednak nie stało.

Czuje się pan skrzywdzony opiniami, że kocha pan pieniądze, a nie Śląsk?

- Nie czuję się skrzywdzony, bo ci, co tak piszą i co tak myślą, nigdy za mną nie przepadali. Nic się więc w tej sferze nie zmieniło. Większość ludzi, których znam, wie, że nie jestem materialistą, nigdy nie byłem, a to, co mówiłem o moich uczuciach i przywiązaniu do Śląska, zawsze mówiłem szczerze. Wiem jednak, że jednostronne przedstawienie sprawy w niektórych mediach źle wpływa na mój wizerunek, a także możliwość podjęcia przez mnie przyszłej pracy. Przypomina mi to sprawę sprzed lat, kiedy po tekście Janusza Atlasa - poza Wrocławiem - ubliżano mi na każdym stadionie w Polsce. Teraz też pewnie powiedzą, że jestem materialistą, a może w ogóle to złodziejem. Mam żal do niektórych dziennikarzy, bo oni powinni być wiarygodni, rzetelni i sprawiedliwi, a nie są. To, co się o mnie wypisuje, przechodzi ludzkie pojęcie. Można pomyśleć, że ja w Śląsku nigdy nie grałem, nie trenowałem go i w ogóle nic dla klubu nie zrobiłem.

Pana sytuacja nie przypomina trochę tej, w której znaleźli się w Śląsku piłkarze Krzysztof Ostrowski czy Janusz Gancarczyk? Oni, tak jak pan, dostawali od klubu co miesiąc pieniądze, ale grać dla niego nie mogli, bo pańskimi decyzjami zostali zesłani do Młodej Ekstraklasy.

- To były zupełnie różne sytuacje, bo oni podpisali już kontrakty w innym klubie i mieli za pół roku ze Śląska odejść. Każdemu z nich złożyłem też ofertę przedłużenia kontraktu na dobrych warunkach, ale oni je odrzucili. Odsuwając od pierwszej drużyny Krzyśka czy Janusza, cały czas myślałem o dobru zespołu. Wiedziałem, że ci piłkarze, którzy odejdą ze Śląska za pół roku, nigdy nie będą walczyć jak pozostali. Nawet gdyby robili to zupełnie podświadomie. Jako trener chciałem dać szansę pozostałym zawodnikom, żeby mogli się wykazać. Poza tym w ciągu pół roku zyskiwałem odpowiedź na pytanie, czy muszę kogoś na daną pozycję pozyskać, czy w dobrej formie jest ten gracz, którego aktualnie mam. Tak rozumowałem. W moich działaniach zawsze chodziło mi o Śląsk.