Śląsk po wspaniałej wygranej z Legią: Chwilo trwaj!

Śląsk od 11 meczów w lidze jest niepokonany, a trener Orest Lenczyk zdaje się sportowo wyciągać z drużyny więcej, niż tkwi w jej rzeczywistym potencjale. W piątek wrocławianie po pięknych golach pokonali 2:1 na wyjeździe budowaną za miliony euro Legię Warszawa
Dla wrocławskiego klubu było to pierwsze od 10 lat zwycięstwo na Łazienkowskiej oraz 11 spotkanie z rzędu bez porażki w ekstraklasie. Dla jednych wygrana w stolicy była wyrazem niewiarygodnego wprost szczęścia Śląska, dla innych aktem sportowej sprawiedliwości. W poprzednich meczach wrocławianie byli bowiem lepsi od Cracovii i Jagiellonii Białystok, ale zanotowali jedynie remisy. W tych pojedynkach Śląskowi szczególnie brakowało skuteczności i fartu, a zwycięstwo zabierali mu także świetny bramkarz krakowian oraz w Białymstoku niesprawiedliwy arbiter Robert Małek.

W Warszawie to wszystko było już jednak po stronie wrocławian, którzy bronili się heroicznie. Drugą bramkę zdobyli po podaniu ze spalonego, ale gole Przemysława Kaźmierczaka i Sebastiana Mili określić można mianem "stadiony świata". Co ciekawe, Mila pokonał Wojciecha Skabę prawą, czyli tą zdecydowanie gorszą nogą.

Wrocławianie wygrali na wyjeździe z Legią, która chce być mistrzem Polski, a po zwycięstwie nad Śląskiem mogła być liderem tabeli. Na budowę warszawskiego zespołu wydano już w tym sezonie kilka milionów euro. Drużyna Lenczyka zdołała wygrać na Łazienkowskiej, choć w Warszawie musiała najpierw odrabiać straty, a potem bronić prowadzenia przed huraganowymi atakami gospodarzy. Dokonała tego, choć przy stanie 1:2 Kaźmierczak przestrzelił karnego i zamiast Legię dobić, dał jej dodatkową motywację. Za dotrwanie do końca, ogromną walkę i zwycięstwo należy się Śląskowi ogromny szacunek.

Szacunek należy się również trenerowi Orestowi Lenczykowi, który jeszcze jesienią wyciągnął drużynę z kryzysu. Zimą dokonał zaledwie trzech transferów, i to zawodników, którzy na razie są tylko dublerami. Mimo to jego zespół - jeszcze bez nowych nabytków na boisku - gra bardzo dobrze, nieco nieoczekiwanie pokazując niewykorzystane wcześniej rezerwy. W tej rundzie jednym z najlepszych graczy Śląska jest bowiem skrzydłowy Piotr Ćwielong, który wcześniej u Lenczyka praktycznie nie grał, a zimą mógł z wrocławskiego klubu odejść. Został i spisuje się dobrze, a z Legią zaliczył asystę i wywalczył karnego.

Na Łazienkowskiej w napadzie, a potem jako defensywny pomocnik (!) wystąpił także Tomasz Szewczuk, który w ostatnich miesiącach był w Śląsku tylko głębokim rezerwowym.

Pozostali zawodnicy, jak Kaźmierczak, Mila, Piotr Celeban czy Jarosław Fojut, w meczu z Legią zaprezentowali znane wcześniej atuty, a kilku innych pod trenerem Lenczykiem zdaje się stopniowo rozwijać. Walkę w przeciętnej piłkarsko ekstraklasie ułatwiają im także dobre przygotowanie motoryczne oraz siła - te elementy zawsze były atutem drużyn prowadzonych przez tego szkoleniowca.

Wszystko to razem pokazuje fachowość i warsztat trenera Leczyka. Jednocześnie pozostawia wątpliwość, czy przy potencjalnych kontuzjach kilku zawodników może z tą kadrą zawodników zajść bardzo wysoko. Odpowiedź poznamy po sezonie, a na razie wrocławscy kibice powinni cieszyć się z wyników zespołu. Można zakładać, że Lenczyk i jego piłkarze w samozachwyt nie wpadną, a wynik z Legią rozbudzi w nich tylko apetyt na kolejne sukcesy.

PO MECZU POWIEDZIELI

Orest Lenczyk, trener Śląska

Trudno było oczekiwać po tym spotkaniu, żebyśmy grali ładnie, czyli tak, jak potrafimy najlepiej. Początek był dla nas bardzo trudny, a stracona bramka spowodowała, że to Legia miała więcej atutów w meczowej talii. Na odprawie mówiłem jednak zawodnikom, że do Warszawy nie jeździ się po zwycięstwa, na nie trzeba zapracować na boisku. My to zrobiliśmy.

Co ciekawe, zagraliśmy słabiej niż w pojedynkach z Cracovią i Jagiellonią, ale czasem już w piłce tak jest. Po tamtych meczach wiedziałem, że jesteśmy mocni, i jednocześnie czułem niedosyt. Dzisiaj jestem bardzo zadowolony. Po zwycięstwie w Warszawie nie popadamy jednak w megalomanię, bo spotkanie z Lechią Gdańsk wcale łatwiejsze nie będzie. Rozgrywki tak się ułożyły, że parę zwycięstw z rzędu powoduje, że można wejść na dach, a parę porażek, że ląduje się w piwnicy. Musimy o tym pamiętać.

Maciej Skorża, trener Legii

Ten mecz można by zatytułować: "jak przegrać na własne życzenie". Po strzelonej bramce byliśmy drużyną, która dyktowała warunki, wydawało się, że dodamy drugą i rozstrzygniemy losy spotkania. Zamiast tego zostaliśmy skarceni po stałym fragmencie gry. Ten gol podciął nam skrzydła, źle na niego zareagowaliśmy, bo zamiast grać z większą determinacją, zaczęliśmy grać chaotycznie. Później piękny strzał Mili. Nie mieliśmy szczęścia do decyzji sędziego, bo podający Ćwielong był na spalonym. Mimo to mieliśmy atuty po swojej stronie i tyle sytuacji, że mogła paść druga, trzecia i czwarta bramka. Tak się jednak nie stało. Dla nas to czarny piątek, ogromne rozczarowanie. Można ironizować, że mieliśmy być liderem, a byliśmy nim przez 20 minut. Czegoś nam brakuje.

Łukasz Gikiewicz, napastnik Śląska

Zwycięstwo w Warszawie smakuje jak najlepszy tort, bo stolica została zdobyta. Jak każdy zawodnik byłem zły, że nie wyszedłem w podstawowym składzie, a po pojawieniu się na boisku chciałem pokazać trenerowi, że to miejsce mi się należy. Jak to wyszło, przekonamy się przy kolejnym ustalaniu jedenastki na spotkanie z Lechią. Co do samego meczu, to gdyby Przemek Kaźmierczak trafił z karnego, byłoby już po Legii, a tak musieliśmy walczyć do końca. Dowieźliśmy jednak wynik i bardzo się z tego cieszymy.

Sebastian Mila, pomocnik Śląska

Jako kapitan jestem z nas dumny, a jako zawodnik cieszę się z bramki, która była moim pierwszym trafieniem w sezonie. Niesamowita historia, że stało się to akurat z tym przeciwnikiem i na tym stadionie. Na pewno po zwycięstwie nad Legią nikt nie jest nam w tej lidze straszny. Zresztą jak wcześniej mówiliśmy, że mamy dobrą drużynę i jesteśmy dobrze przygotowani, to nie bardzo wszyscy chcieli nam wierzyć. Teraz muszą, bo wyniki w Białymstoku czy Warszawie to potwierdziły. One nie sprawią jednak, że będziemy chodzić z głową w chmurach.

Marian Kelemen, bramkarz Śląska

Mogliśmy wygrać i z Cracovią, i z Jagiellonią, a wtedy bylibyśmy nawet w pierwszej piątce ligi. Wygraliśmy w Warszawie, bo walczyliśmy do ostatniej minuty, potwierdzając, że jesteśmy dobrą drużyną. W tym spotkaniu miałem sporo roboty, ale przecież to jest moja praca i staram się zawsze pomóc chłopakom. Przy golu dla Legii nie mogłem jednak nic zrobić - byłem zasłonięty i zobaczyłem piłkę dopiero w ostatnim momencie. Gdyby nie to, strzał Borysiuka nie byłby problemem.