Sport.pl

Miasto i tak zrobiło już dużo dla piłkarskiego Śląska

CO Z TYM ŚLĄSKIEM? Po to Zygmunt Solorz został właścicielem Śląska i po to dostał grunt pod galerię handlową, by miasto nie musiało się więcej martwić, jak sfinansować wrocławską drużynę. To absurd, że teraz żąda się od władz miejskich, by przekazały kolejne miliony na realizację szumnego hasła "Budujemy wielki Śląsk"
W piątek napisaliśmy o pretensjach prezesa Śląska do miasta. Chodzi oczywiście o pieniądze, które można zarobić na nowym stadionie i meczach Śląska. Klub, co oczywiste, chce jak najwięcej dla siebie, ale wrocławscy urzędnicy uznali, że są granice miejskiej hojności. Piotr Waśniewski, prezes klubu, uderzył więc w wysokie tony, przekonując, że miasto chce czerpać wysokie zyski ze stadionu kosztem klubu. Również Artur Brzozowski, mój redakcyjny kolega, przekonuje, że jeśli Śląsk nie dostanie większych pieniędzy, to będziemy mieli "piękny stadion i występującą na nim przeciętną drużynę".

Nie zgadzam się ani z Waśniewskim, ani z Brzozowskim. Nie widzę żadnego powodu, by wszyscy mieszkańcy miasta mieli się zrzucać na rozrywkę dla kilku tysięcy osób, w tym wielu kiboli.

Oczywiście ja również chciałbym, byśmy mieli we Wrocławiu silną drużynę grającą piękny futbol. Wiem, że za darmo jej nie zbudujemy, bo czasy amatorskiego biegania za piłką już dawno minęły. Dzisiaj potrzeba kilkudziesięciu milionów złotych rocznie, by liczyć się w polskiej lidze, nie wspominając o europejskich pucharach. Bo dzisiaj futbol to nie tylko sport, lecz także biznes.

No właśnie, ale skoro to biznes, powinni zajmować się nim przedsiębiorcy, a nie miasto. Tymczasem to Wrocław wsparł Śląsk milionami, gdy piłkarskiemu klubowi groził upadek (a przecież nie uratował odnoszącego dużo większe sukcesy i bardziej popularnego koszykarskiego Śląska), i znalazł bogatego inwestora, by klub dalej mógł się rozwijać. Miasto sfinansowało też remont stadionu przy ul. Oporowskiej, a teraz buduje nowoczesny stadion na Maślicach, na którym także Śląsk będzie grał.

Piłkarscy działacze pomylili jednak miejski budżet ze studnią bez dna, z której chcieliby czerpać do woli. Gdy więc od urzędników usłyszeli: "Stop", zaczęli rozpaczać: "Nie będzie wielkiego Śląska".

Powiem więcej. Skoro Śląsk Wrocław jest prywatną spółką, w której większość udziałów należy do Zygmunta Solorza (Solorz - 51 proc., miasto - 49 proc.), to przede wszystkim główny udziałowiec powinien zadbać o finanse. Tym bardziej że zgodnie z ustaleniami jego udziały mają wzrastać, a miasta maleć. To jego problem, że od roku z okładem nie potrafi zaciągnąć kredytu na galerię handlową, która ma utrzymywać klub.

Miasto już zrobiło swoje. Teraz powinno się z tej spółki zacząć wycofywać. Ma inne obowiązki.

Wracając do kasy: również prezes klubu może dużo zrobić, by Śląsk zarabiał więcej, a przynajmniej nie trwonił bez sensu pieniędzy. Wystarczyłoby, żeby tak podpisywał umowy, by trenerom zwalnianym za nieudolność nie trzeba było płacić za nic 50 tys. zł miesięcznie. Niech prezes zadba o to, żeby mecze były na tyle interesujące, by na nowy stadion przychodziło 20, 30, a nawet 40 tysięcy osób. Nie powinno być z tym problemu, gdy Śląsk zacznie grać ciekawą piłkę, a na trybunach będzie na tyle bezpiecznie, by można było przyjść z dziećmi. Na razie jednak większość fanów woli oglądać w telewizji mecze angielskich i hiszpańskich zespołów.

Miasto już i tak zrobiło zbyt wiele dla piłkarskiego Śląska - przekazało grunt pod galerię handlową. Inaczej mówiąc: zainwestowało kilkadziesiąt milionów we wrocławski klub, bo tyle dostałoby za tę ziemię, gdyby ją sprzedało na wolnym rynku. Czy Poznań, Warszawę albo Gdańsk stać na taki gest?

Co Wrocław dostał w zamian? Nic, oprócz kolejnych żądań i pretensji.

Więcej o: