Koszykarz Łukasz Diduszko: W Śląsku odczuwa się presję wyniku

Droga do ekstraklasy jest jeszcze długa, a my nie jesteśmy zachłanni, chcemy ją pokonać metodą małych kroczków. Staramy się nie wybiegać za daleko w przyszłość. Po zwycięstwie nie ma czasu na świętowanie - mówi jeden z filarów koszykarskiego Śląska Wrocław Łukasz Diduszko.
Koszykarze Śląska nie przestają zadziwiać. W środę wyśrubowali swój rekord sezonu, gromiąc w III rundzie Pucharu Polski Doral Nysę Kłodzko różnicą aż 52 punktów. Wygrali 100:48.

Podopieczni Tomasza Jankowskiego kontynuują tym samym świetną passę zwycięskich spotkań w I lidze i Pucharze Polski, który w tym sezonie ukrywa się pod nazwą Intermarche Basket Cup. Wrocławianie, którzy po dziewięciu kolejkach są najlepszym zespołem na zapleczu ekstraklasy, zdążyli już przyzwyczaić kibiców do efektownych zwycięstw różnicą 20, 30, a nawet blisko 50 punktów. Ze swoimi rywalami rozprawiają się tak regularnie od dwóch miesięcy. W obecnym sezonie wygrali 11 z 12 spotkań.

Na początku sezonu świetnie spisuje się Łukasz Diduszko. Silny skrzydłowy obok Pawła Kikowskiego jest najlepszym strzelcem WKS-u - rzuca średnio 12,4 punktów na mecz, a do tego jest jednym z lepiej grających na tablicach zawodników na zapleczu ekstraklasy - ma blisko 10 zbiórek. 

Dariusz Łuciów: Przychodząc do Śląska, spodziewał się pan, że będzie jednym z jego liderów?

Łukasz Diduszko: Kiedy przychodziłem do Śląska, przede wszystkim wiedziałem, że powstaje tu silna drużyna, która ma ambitne plany. W tym sezonie walczymy o awans do ekstraklasy i to koncentruje moją uwagę. Dla mnie najważniejsze są zwycięstwa, co nie znaczy jednak, że nie zwracam uwagi na indywidualne osiągnięcia. Statystyki mają dla mnie jakieś znaczenie, bo w ten sposób pracuję na kolejny sezon. Trzeba jednak pamiętać, że łatwiej wyśrubować indywidualne rekordy, kiedy gra się w słabszym klubie. W Śląsku jest presja wyniku i wielu dobrych koszykarzy.

I liga nie jest dla was za słaba?

- Poczekajmy jeszcze trochę z tymi ocenami. Za nami dopiero dziewięć ligowych kolejek. Wygrane cieszą i motywują do jeszcze cięższej pracy, ale wszyscy w zespole mamy świadomość, że każda seria kiedyś się kończy. Oczywiście cieszy seria ośmiu ligowych zwycięstw z rzędu, bo wcześniej coś podobnego mi się nie przydarzyło, ale czas na rozliczenia przyjdzie po sezonie. Dla Śląska takim sprawdzianem realnej wartości byłby pojedynek z którąś z drużyn ekstraklasy. Chcemy grać z drużynami z najwyższego poziomu, a w tym sezonie jedyna droga ku temu prowadzi przez Puchar Polski. Chcemy dojść do Final Four tych rozgrywek i sprawić kilka niespodzianek.

Można odczuć, że rywale w sposób szczególny spinają się na mecze ze Śląskiem? To w końcu 17-krotny mistrz Polski.

- Odczuwamy to przede wszystkim w pierwszych minutach pojedynków. Nasi przeciwnicy starają się wtedy dużo biegać i wywierać presję. W jakiś sposób już się do tego przyzwyczailiśmy. My staramy się przede wszystkim koncentrować na sobie, bo wiemy, jaki jest nasz potencjał. Pokazał to choćby niedawny mecz w Pruszkowie. Przez dwie kwarty Znicz był dla nas równorzędnym przeciwnikiem, jednak po przerwie udowodniliśmy swoją wyższość.

Sezon zaczęliście jednak od niespodziewanej porażki we własnej hali ze Spójnią. Ostudziła wam ona trochę głowy?

- Paradoksalnie ten mecz bardzo nam pomógł, bo ogromny balon oczekiwań, który został napompowany jeszcze przed startem rozgrywek, pękł i zdjął z nas trochę presji. Gra sprawia nam teraz więcej przyjemności niż na początku, ale to dlatego, że już dobrze się poznaliśmy i zgraliśmy. Wiemy, czego spodziewać się po sobie na boisku. Droga do ekstraklasy jest jeszcze długa, a my nie jesteśmy zachłanni, chcemy ją pokonać metodą małych kroczków. Staramy się nie wybiegać za daleko w przyszłość. Po zwycięstwie nie ma czasu na świętowanie, bo w momencie, kiedy kończy się jeden mecz, myślami jesteśmy już przy kolejnym.

Ostatnie cztery sezony spędził pan na parkietach ekstraklasy. Jak duża różnica dzieli I ligę od najwyższej klasy rozgrywkowej?

- Przyznam, że I liga była dla mnie wielką niewiadomą. Co prawda grałem już kiedyś na tym poziomie, ale było to kilka lat temu. Wtedy byłem młodym i słabym fizycznie zawodnikiem, który w koszykówce stawiał pierwsze kroki. W ekstraklasie gra wielu obcokrajowców, którzy często są wyżsi, silniejsi i skoczniejsi od polskich graczy i właśnie dlatego większy nacisk kładzie się w niej na przygotowanie fizyczne i motoryczne. W Śląsku jednak za bardzo tego nie da się odczuć, bo u trenera Jankowskiego naprawdę ciężko zasuwamy i pracujemy nad tymi elementami. Uspokoję jednak, że z treningów schodzimy o własnych siłach.

Często gra pan przeciwko bratu?

- Wiedziałem, że padnie to pytanie. Ostatnio spotykaliśmy się co najmniej raz w sezonie. W ubiegłych rozgrywkach w PLK graliśmy przeciwko sobie trzy albo cztery razy.

To, że gracie w dwóch wrogich sobie klubach (Bartosz Diduszko jest zawodnikiem WKK Wrocław - przyp. red.) wpłynęło jakoś na wasze relacje?

- Jest wręcz odwrotnie. Mieszkamy teraz w jednym mieście. Staramy się wspierać, często dzwonimy do siebie i rozmawiamy, nie tylko o koszykówce. Podczas niedawnego meczu z Dąbrową Górniczą brat dopingował mnie z trybun. Oczywiście kiedy byliśmy młodsi, bardziej mobilizowaliśmy się na braterskie pojedynki. Pamiętam mecze, w których nakręcaliśmy się do tego stopnia, że koncentrowaliśmy się wyłącznie na tym, żeby jeden wykręcił lepsze statystyki od drugiego. Teraz jesteśmy już dojrzalszymi zawodnikami i na pierwszym miejscu zawsze jest dla nas drużyna.

Jest pan zaskoczony, że Bartosz, który przez wiele sezonów grał w ekstraklasie, teraz wylądował w II lidze?

- Jego umiejętności na pewno nie są adekwatne do poziomu, na jakim gra. Pamiętajmy jednak, że w tym sezonie miał występować w PLK, ale jego drużyna nie została dopuszczona do rozgrywek. Sytuacja na koszykarskim rynku w Polsce dla rodzimych graczy nie jest łatwa. Coraz ciężej jest znaleźć pracę w ekstraklasie, a rozgrywki te z roku na rok coraz bardziej się kurczą. W I i II lidze gra bardzo wielu zawodników z doświadczeniem i umiejętnościami na najwyższym krajowym poziomie.

Więcej o: