Hyży o młodszych kolegach ze Śląska i świętej wojnie z Anwilem: "Oni tego nie ogarniają. Dla nich liczą się tylko iPady, iPhone'y i Facebook"

- Moi młodsi koledzy z zespołu nie ogarniają takich rzeczy jak legendarne mecze Śląska z Anwilem. Dla nich liczą się tylko iPady, iPhone'y, laptopy i Facebook. Z historii koszykówki są słabi - mówi Radosław Hyży, 36-letni podkoszowy wrocławskiej drużyny.
W środę koszykarze Śląska Wrocław rozgromili Astorię Bydgoszcz 104:53 i tym samym odnieśli najwyższe zwycięstwo w tym sezonie. To ich 16. ligowa wygraną z rzędu. Drużynę do efektownej wygranej poprowadził Radosław Hyży. 36-letni silny skrzydłowy rozpoczął mecz na ławce rezerwowych, i to on w połowie pierwszej kwarty dał wrocławskim koszykarzom sygnał do ataku. Choć na boisku spędził niespełna 20 minut, to rzucił 16 punktów, miał sześć zbiórek, dwie asysty i dwa przechwyty.

Po 17 kolejkach wrocławianie są liderem I ligi, a nad drugim w stawce AZS-em Kutno mają trzy punkty przewagi. W sobotę drużynę Tomasza Jankowskiego czeka wyjazdowe spotkanie w Przemyślu z Polonią, a już w najbliższą środę, w ramach Pucharu Polski, w hali Orbita podejmą Anwil Włocławek.

Rozmowa z Radosławem Hyżym:

Początek meczu z Astorią był wyrównany, jednak później już odjechaliście, tak jak wszystkim w tym sezonie?

Radosław Hyży: Astoria bardzo dobrze rozpoczęła spotkanie i było nam naprawdę ciężko. Podobnie było w trzeciej kwarcie. Na dłuższą metę jednak rywale nie wytrzymali, grali dobrze tylko do momentu, w którym mieli siły. Z każdą kolejną minutą rozkręcaliśmy się, narzuciliśmy szybkie tempo i udało nam się odskoczyć. Czasami śmiejemy się z kolegami, która piątka jest lepsza - ta co jest na boisku czy ta co na ławce.

W końcówce meczu zdecydował się pan na rzut za trzy punkty, co należy do rzadkich widoków.

- To nie jest moja odległość. Koledzy śmieją się ze mnie, że czasami bym coś trafił z dystansu. No i spróbowałem, ale się nie udało. Postaram się trafić jakąś trójkę z Anwilem, bo przyznam, że troszkę już mnie koledzy denerwują tymi docinkami, bo chyba nie pamiętają już, że kiedyś trafiałem za trzy punkty.

Zanim wrócił pan do Śląska, w czeskim Prostejovie w jednym z meczów miał stuprocentową skuteczność za trzy punkty.

- Rzeczywiście, zdarzało mi się trafiać trójki w Czechach, ale później FIBA zwiększyła odległość od kosza linii za trzy punkty o pół metra (6,75 m - przyp.) i tak dobrze już nie było. A tak na poważnie, to mamy w zespole zawodników, którzy wspaniale trafiają za trzy punkty, może jeszcze nie na meczach, ale na treningach. Mamy naprawdę kilku niezłych "shooterów", dlatego nie ma co się denerwować, że ja tego nie potrafię. Cieszmy się jednak z kolejnego zwycięstwa. Najważniejsze jest to, że gramy fajną koszykówkę, może jeszcze nie przez 40 minut, ale na pewno przez 24.

Za kilka dni czeka was hitowy pojedynek z Anwilem w Pucharze Polski. To będzie dla was próba generalna w tym sezonie, która da odpowiedź, na jakim etapie budowy jest Śląsk, który już niedługo ma się bić w ekstraklasie z najlepszymi?

- Na ten mecz trzeba patrzeć w innych kategoriach. To jest przede wszystkim mecz dla kibiców, no i dla niektórych zawodników, którzy spróbują się przypomnieć i udowodnić, że należy im się ekstraklasa. Będziemy mogli także przekonać się, czego nam brakuje.

Opowiadał pan młodszym kolegom w szatni o "świętej wojnie" Śląska z Anwilem?

- Oni takich rzeczy jak dawne mecze nie ogarniają, naprawdę. Dla nich liczą się tylko iPady, iPhone'y, laptopy i Facebook. Z historii koszykówki są słabi.

W jakiś specjalny sposób przygotowujecie się do tego meczu?

- Nie wybiegamy aż tak daleko, bo mamy napięty harmonogram. Ostatnio gramy systemem środa-sobota, dlatego jest mały problem, bo nie ma czasu na jakieś większe przygotowania do meczu z Anwilem. Teraz jedziemy do Przemyśla na mecz z Polonią i dopiero później będziemy koncentrowali się na pojedynku z drużyną z Włocławka.

Jak podchodzi pan emocjonalnie do tego meczu?

- Jak byłem młodszy, to rzeczywiście mocno to przeżywałem. Jak zobaczyłem filmowe zajawki, które klub przygotował przed tym meczem, to doszedłem do wniosku, że jest tam jakiś inny Radosław Hyży. Od tego momentu zmieniłem się o lata świetlne. Ja nie pamiętam tego człowieka, który wtedy biegał po parkiecie.

Zmienił się pan tak bardzo, że nie będzie takiej przebieżki jak kiedyś po Gatisie Jahovicsu? (Hyży umyślnie podeptał Łotysza z Anwilu po brzuchu - przyp.).

- To kosztowało mnie wówczas pięć albo dziesięć tysięcy złotych. Na coś podobnego tym razem sobie nie pozwolę, bo zbyt bardzo szanuję teraz pieniądze (śmiech).

Radosław Hyży depcze Gatisa Jahovicsa z Anwilu Włocławek [WIDEO]



Czy Śląsk ma szansę pokonać Anwil?