Sport.pl

Koszykarska święta wojna powraca: Śląsk kontra Anwil!

Kiedyś koszykarskie mecze Śląska z Anwilem policja zabezpieczała uzbrojona w broń gładkolufową, a Igor Griszczuk straszył sędziów białoruską mafią. Dziś o 19.30 w Orbicie już 90. odsłona ?świętej wojny?.
Mecze Śląska z Anwilem Włocławek (kiedyś Nobilesem) przeszły do legendy polskiej koszykówki. Od początku lat 90. pojedynki obydwu ekip z wielkimi emocjami oglądała cała koszykarska Polska. Telewizja transmitowała je w najlepszym czasie antenowym.

Wówczas losy mistrzowskiego tytułu aż pięciokrotnie rozstrzygały się między tymi drużynami. I za każdym razem górą w finałowej rywalizacji byli wrocławianie.

Dziś obydwa zespołu są w innym miejscu na koszykarskiej mapie Polski. We Wrocławiu walczą o przywrócenie świetności drużynie, która 17 razy zdobywała mistrzostwo kraju. W poprzednim sezonie Śląsk rozpoczął marsz z II ligi, a obecnie jest liderem I ligi.

Anwil w tym sezonie bije się o medale w Tauron Basket Lidze. Gdyby nie rozgrywki Pucharu Polski, na konfrontację dwóch odwiecznych rywali trzeba by było czekać co najmniej do następnego sezonu.

Legenda przeżywa

- To były niezwykle prestiżowe mecze, na które czekało się cały sezon. Nie spodziewałem się, że w tych pojedynkach będzie kilka lat przerwy - mówi Maciej Zieliński, legenda Śląska. - Kiedy niecałe dwa lata temu ruszaliśmy z II-ligowym projektem Śląska, nie sądziłem, że tak szybko zmierzymy się z drużyną z ekstraklasy, i to od razu tej klasy co Anwil. To dla nas wymarzony przeciwnik. Ten mecz pozwoli nam realnie ocenić wartość naszej drużyny na tle klasowego rywala - dodaje.

Maciej Zieliński przyznaje, że przed meczem, którego stawką jest awans do II fazy Pucharu Polski, denerwuje się bardziej niż wtedy, kiedy był zawodnikiem. - Nerwy są większe, gdyż teraz będę oglądał tę rywalizację z boku i nie będę miał na nią wpływu - zaznacza legendarny zawodnik wrocławian.

Białoruska mafia i policja z bronią

- Prowadziłem zespoły w różnych częściach Europy, widziałem różne hale i zachowania kibiców, ale czegoś takiego jak we Włocławku jeszcze nie - wspomina były trener Śląska Muli Katzurin.

Kiedy naprzeciw siebie stawały Śląsk i Anwil, na trybunach i parkiecie zawsze było gorąco. To właśnie dlatego mecze tych drużyn urosły do miana "świętej wojny". - Przed tymi meczami byliśmy tak nabuzowani, że trenerzy musieli nas uspokajać - przypomina sobie Zieliński.

Podczas jednego z meczów we Włocławku, w sezonie 1999/2000, kibice Anwilu wywiesili flagi w kształcie klepsydr, z których bił napis "ŚP Zepter" [sponsor Śląska - przy. red.]. Na trybunach "bawili się" także kukłą z wizerunkiem Zielińskiego.

Zieliński: - W starej hali we Włocławku, którą nazywaliśmy kurnikiem, było bardzo gorąco. Kiedyś wychodziliśmy na rozgrzewkę i kibice Anwilu zaczęli w nas rzucać serpentynami zwiniętymi w rolki. Były one tak posklejane, by nie mogły się rozwinąć, a po uderzeniu miały wyrządzić jak największą krzywdę. Rozgrzewkę musiano przerywać kilka razy, by w końcu rozgrzewać się wspólnie z Anwilem na jego połowie. Mecze we Włocławku policja zabezpieczała z psami i bronią gładkolufową. Po meczu funkcjonariusze kazali nam szybko schodzić z parkietu, by nie prowokować miejscowych kibiców.

Kiedy trenerem wrocławian był Andrej Urlep [cztery razy zdobywał mistrzostwo ze Śląskiem i raz z Anwilem - przyp. red.], fanatycy Anwilu rzucali w niego burakami i ziemniakami. Z kolei kilka lat wcześniej, po trzecim półfinałowym meczu we Wrocławiu, Igor Griszczuk, niezadowolony z pracy sędziów, wpadł wściekły do ich szatni i straszył ich białoruską mafią.

Krzykała w CNN

Na parkiecie wielkie emocje wywoływał pojedynek Macieja Zielińskiego i Igora Griszczuka - legend obydwu klubów. - Igor był liderem Anwilu, a ja wychodziłem z założenia, że na boisku nie ma kolegów, i dla mnie każdy był potencjalnym wrogiem. Podczas meczów tłukliśmy się na całego, trochę krwi sobie napsuliśmy, jednak kiedy kończył się mecz i emocje opadały, przybijaliśmy sobie piątki i normalnie rozmawialiśmy - tłumaczy Zieliński.

Dziś numery tych zawodników są zastrzeżone - w Śląsku "9" już zawsze będzie należała do Zielińskiego, a w Anwilu "12" do Griszczuka.

Wiele zagrań ze "świętych wojen" na zawsze przeszło do historii polskiej koszykówki. Niesamowity blok Macieja Zielińskiego na Alanie Gregovie, który niemal wygarnął piłkę z kosza, oraz wyćwiczone do perfekcji dwójkowe akcje Raimondsa Miglinieksa z Joem McNaullem.

Do legendy przeszedł jednak rzut Jacka Krzykały z meczu we Włocławku z 3 października 1998 roku. Śląsk na pięć sekund przed końcem spotkania prowadził 86:85. Po rzucie sędziowskim piłka trafiła do Romana Prawicy z Anwilu i ten celnym rzutem za trzy punkty, na sekundę przed końcem, wyprowadził miejscowych na dwupunktowe prowadzenie. W hali trwało już świętowanie, ale nagle wszyscy zamarli - Krzykała otrzymał piłkę spod kosza od Raimondsa Miglinieksa i celnym rzutem z własnej połowy dał Śląskowi wygraną!

- Ta akcja na stałe przeszła do historii. Rzut Jacka pokazywały wówczas telewizje w kraju, a także zagraniczne, w tym CNN. Jacek dostał nawet nagrodę od Anwilu Włocławek za rozsławienie tego klubu na świecie - przypomina Zieliński.

W meczach o stawkę Śląsk z Anwilem spotkał się do tej pory 89 razy. Tylko w samych finałach obie ekipy rywalizowały ze sobą 25 razy! Statystyka przemawia na korzyść wrocławian, którzy wygrali 54 mecze, a przegrali 35. Teraz to jednak ekipa z Kujaw będzie zdecydowanym faworytem.

Kto wygra ''świętą wojnę''?
Więcej o: