Sport.pl

Dlaczego koszykarze Turowa przegrali wszystkie finały w historii: Klątwa czy słabość?

Koszykarze Turowa Zgorzelec pięć razy grali w finale play-off i nigdy nie zdobyli złota. Nad Turowem ciąży klątwa czy po prostu rywal znów był lepszy?
W sezonie zasadniczym koszykarze Turowa byli najlepszym zespołem Tauron Basket Ligi. Tuż przed fazą play-off - w tzw. szóstkach - wygrali ze wszystkimi kandydatami do mistrzostwa, co dodatkowo czyniło ich faworytami do złota.

Turów faworytem

Do finałowych pojedynków ze Stelmetem Zielona Góra przystępowali pełni wiary w sukces. Zgorzelczanie chcieli w końcu przełamać finałową klątwę. W swojej historii cztery razy byli w wielkim finale i nigdy nie sięgnęli po złoto. Tym razem znów się nie udało. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta i banalna. Stelmet był poza zasięgiem Turowa i zamiast siedmiu zaciętych spotkań zielonogórzanie rozgromili rywali 4:0. Byli zespołem o klasę lepszym i w pełni zasłużyli na pierwsze złoto w historii klubu.

Atutem zgorzelczan miała być zespołowość i twarda defensywa. Paradoksalnie te argumenty zaprezentował Stelmet, który z każdym kolejnym spotkaniem w play-offach rozkręcał się i grał coraz lepiej. A szczyt formy osiągnął w finale.

W dwóch pierwszych meczach w Zgorzelcu Stelmet imponował obroną, zatrzymując gospodarzy na 65 punktach. Ci w przekroju całego sezonu mniej punktów zdobyli tylko raz, w pojedynku z Anwilem Włocławek - 58. Najbliżej wygranej Turów był w trzecim meczu, już w Zielonej Górze. Ale rywale świetnie rozegrali końcówkę, co charakteryzuje klasowe zespoły, i wygrali 82:78. W czwartym starciu Stelmet dopełnił formalności, zwyciężając 87:78.

Zmęczeni sezonem

Kluczowe dla losów finałowej rywalizacji okazały się dwa pierwsze mecze w Zgorzelcu. Gospodarze fatalnie wykonywali w nich rzuty osobiste - w pierwszym meczu trafili tylko 12 z 20 prób, w drugim - 11 z 19. Poza tym nie potrafili poradzić sobie z agresywną obroną rywali i popełniali więcej strat. Rzuty zza linii 6,75 m, które do tej pory były jedną z broni Turowa, także zawodziły.

Nie bez znaczenia dla losów rywalizacji były także półfinałowe boje obu ekip. Turów wygrał 3:1 z Anwilem Włocławek, ale spotkania z drużyną z Kujaw kosztowały jego zawodników wiele sił. Stelmet natomiast bez najmniejszych problemów wygrał z AZS-em Koszalin 3:0. W ten sposób miał więcej czasu na regenerację, co w kontekście finałowej rywalizacji musiało mieć znaczenie.

Jednak nie tylko dlatego zgorzelczanom momentami "odcinało prąd". Gra w lidze VTB i aż dodatkowych 18 spotkań odbiły im się czkawką. Przez cały sezon Turów zagrał od Stelmetu 10 meczów więcej, a kilkutysięczne podróże na Wschód miały wpływ na przygotowanie fizyczne koszykarzy.

Przez cały sezon Turów imponował grą zespołową. Pod tym względem trudno było znaleźć taki drugi zespół w lidze. Potwierdzeniem tego były statystyki. W granicach 10 punktów rzucało siedmiu-ośmiu graczy. W najważniejszym momencie sezonu tego zabrakło.

Gwiazdy zabłysły

I to okazało się kluczowe - w finale w Turowie nie było lidera, który pociągnąłby zespół w momencie, w którym drużynie nie idzie. Michał Chyliński w ważnych momentach jednak przygasał. Statystycznie nieźle wypadł Russell Robinson, ale amerykański rozgrywający momentami grał zbyt indywidualnie. Do tego obrona Stelmetu zatrzymała najlepszego strzelca Ivana Opacaka. Chorwat, który potrafi seriami trafiać z obwodu, w pierwszym meczu był kompletnie niewidoczny i rzucił tylko trzy punkty. W kolejnych dwóch wiodło mu się dużo lepiej, ale już w czwartym spotkaniu nawet na chwilę nie podniósł się z ławki rezerwowych.

Katastrofalnie wypadł David Jackson - we wszystkich spotkaniach rzucił tylko siedem punktów.

Trener Mihailo Uvalin sprawił, że Stelmet z drużyny chimerycznej, o której mówiono, że jest zlepkiem indywidualności, w play-off potrafił zbudować prawdziwy zespół. Nie było w nim słabych ogniw. Różnicę zrobili gwiazdorzy: Łukasz Koszarek, Walter Hodge i Quinton Hosley. Ten ostatni był klasą samą dla siebie. Amerykanin był nie do zatrzymania. Poza pierwszym meczem, w którym zdobył tylko pięć punktów, seriami dziurawił zgorzelecki kosz, w walce na tablicach radził sobie bez problemów z dużo wyższymi zawodnikami, a jego efektowne wsady i asysty były ozdobą finału. Hosley świetną postawą zapracował na tytuł MVP finału.

Trudno nie docenić roli, jaką odegrał w historycznym sukcesie Stelmetu Łukasz Koszarek, który dołączył do zespołu w trakcie sezonu. To było brakujące ogniwo zespołu z Zielonej Góry. O tym, jak wiele od niego zależało, świadczy to, że trener Uvalin posadził na ławce swoją największą gwiazdę - Waltera Hodge'a. Koszarek wniósł dużo jakości do gry Stelmetu, nie tylko świetnie kierował grą i uruchamiał podaniami partnerów z zespołu, lecz także dokładał do tego bardzo ważne punkty. W efekcie otrzymał tytuł MVP dla najlepszego polskiego gracza finału.

Więcej o: