Koszykówka. Jakub Parzeński: Marzeń o NBA nie porzucam, ale obecnie myślę tylko o Śląsku

- W Bolonii podpisałem sześcioletni kontrakt. Na razie wypełniłem jego połowę. Teraz jestem w Śląsku i po tym sezonie zobaczymy, jaka będzie moja przyszłość. Jeżeli Virtus będzie chciał mnie ściągnąć z powrotem, to ma pierwszeństwo, a jeżeli nie, to zostanę we Wrocławiu na kolejne dwa lata. Nie porzucam przy tym marzeń o NBA - mówi nowy-stary środkowy koszykarskiego Śląska, Jakub Parzeński.
Polub nas na Facebooku i żyj sportem razem z nami >>

Po trzech latach przerwy Jakub Parzeński wrócił do Śląska, czyli klubu, w którym się wychował i z którego w 2010 roku odchodził do Virtusu Bolonia. Z drużyną 15-krotnych mistrzów Włoch związał się sześcioletnim kontraktem, ale nie miał tam większych szans na grę. Właśnie dlatego zdecydował się na powrót do klubu, z którego wypływał na szerokie wody. Swoją cegiełkę dołożył do tego jego ojciec, Dariusz Parzeński, były gracz Śląska i reprezentacji Polski.

Pozyskanie Parzeńskiego juniora to ciekawy ruch wrocławskiego klubu. To zawodnik, który wciąż jest na dorobku, ma świetne warunki fizyczne (212 cm wzrostu) i predyspozycje do tego, żeby w przyszłości zostać jednym z najlepszych polskich środkowych. Kilka miesięcy temu komplementował go sam Serge Ibaka z Oklahoma City Thunder. - Ma talent, to trzeba podkreślić. Jeśli będzie ciężko pracować, jest przed nim ciekawa przyszłość - mówił ubiegłoroczny finalista NBA po treningach z Jakubem Parzeńskim podczas Eurocampu Adidasa.

Rozmowa z Jakubem Parzeńskim, środkowym Śląska Wrocław:

Dariusz Łuciów: Po trzech latach przerwy wracasz do Śląska i do Wrocławia. W tym czasie wiele się tutaj zmieniło, klub przeszedł drogę z II ligi do ekstraklasy.

Jakub Parzeński: - Jestem bardzo szczęśliwy z mojego powrotu, bo od samego początku podkreślałem, że jeżeli miałbym wrócić do kraju, to tylko i wyłącznie do Śląska Wrocław. Tutaj się wychowałem i ukształtowałem jako zawodnik pod okiem trenera Łukasza Grudniewskiego, który zresztą do dziś pracuje w klubie. Od mojego odejścia ze Śląska wiele się zmieniło, ale zmieniłem się także ja jako zawodnik. Z jakim skutkiem, to przekonamy się już w sezonie.

Czas spędzony w Virtusie Bolonia nie był dla ciebie udany. Trafiłeś do wielkiego klubu, ale grywałeś co najwyżej kilkuminutowe epizody. Jesteś rozczarowany?

- Nie. Wiedziałem, na co się piszę, wyjeżdżając do Włoch. Miałem świadomość tego, że w pierwszym roku nie będę za dużo grał i będę trenował głównie z pierwszym zespołem, a występował w niższej klasie rozgrywkowej. Szkoda tylko, że to nie była ta klasa rozgrywkowa, o której myślałem, bo była to dopiero szósta liga. Mimo to zebrałem podczas treningów dużo doświadczenia. Nie był zawiedziony tym, że tak to się potoczyło. W drugim roku chciałem już grać na poważnie. Trener nie widział mnie w pierwszym zespole, dlatego musiałem szukać klubu, w którym dostanę swoją szansę. Trafiłem na wypożyczenie do PBG Basket Poznań. To był dobry ruch, bo dostawałem wystarczającą ilość minut i czas spędzony w tym klubie wykorzystałem pozytywnie [średnio 15 minut na boisko, 6,2 punktu i 3,4 zbiórki - przyp. red.]. Kiedy wróciłem po sezonie z Polski do Bolonii, byłem trochę rozczarowany, bo liczyłem na to, że trener będzie na mnie częściej stawiał. Plany pokrzyżowała mi jednak kontuzja. Jeszcze przed okresem przygotowawczym wypadł mi bark. Nie grałem przez dwa miesiące. Co gorsze, w tym czasie nie mogłem nawet biegać i chodziłem tylko na rehabilitację. Po kontuzji potrzebowałem dwóch miesięcy, żeby dojść do pełnej sprawności. Potem, na początku stycznia, trener powiedział mi, że widzi, że się lepiej czuję i może mi dać więcej minut. Pół roku zleciało, ale minut, jak nie było, tak nie było, choć z czasem rzeczywiście zacząłem grać coraz więcej [rozegrał 18 spotkań w Serie A, na parkiecie spędzał średnio 8 minut, rzucał 1,9 punktu i notował 1,5 zbiórki - przyp. red.]. Inna sprawa, że to nie był udany sezon w naszym wykonaniu, bo pałętaliśmy się po dolnej części tabeli.

Czy teraz podjąłbyś taką samą decyzję o wyjeździe?

- Wydaje mi się, że tak. Aspekt sportowy aspektem sportowym, ale dzięki wyjazdowi do Włoch mogłem poznać nową kulturę i język. Jeśli do klubu trafiłby jakiś Włoch, to dogadałbym się z nim bez problemu (śmiech).

Do Śląska zostałeś wypożyczony.

- W Bolonii podpisałem sześcioletni kontrakt. Na razie wypełniłem jego połowę. Teraz jestem w Śląsku i po tym sezonie zobaczymy, jaka będzie moja przyszłość. Jeżeli Virtus będzie chciał mnie ściągnąć z powrotem, to ma pierwszeństwo, a jeżeli nie, to zostanę we Wrocławiu na kolejne dwa lata.

Skąd taka determinacja z twojej strony, żeby trafić właśnie do Śląska? Nie miałeś innych ofert?

- Sentyment wziął górę, chociaż nie ukrywam, że ojciec też namawiał mnie do powrotu do Wrocławia. Rodzi się tutaj ciekawy projekt i chciałbym być jego częścią. Miałem jeszcze dwie, trzy oferty, ale to już zamknięty rozdział. W Śląsku wydaje mi się, że wiem na czym stoję. Teraz wszystko zależy ode mnie. Czeka mnie ciężka praca, bo rywalizacja w zespole jest duża, ale nie boję się jej.

Dużą rolę tato odegrał przy przejściu do Śląska?

- Na pewno liczyłem się z jego zdaniem. Być może ojcu tak bardzo zależało na mojej przeprowadzce do Wrocławia, bo chciał mnie mieć bliżej siebie i bardziej kontrolować (śmiech).

Dla ciebie wakacje w tym roku to okres tylko pozornego wypoczynku. Po sezonie trenowałeś przez miesiąc w USA, wziąłeś także udział w prestiżowym Eurocampie Adidasa. Ciepłe słowa wicemistrza NBA Serge Ibaki, który wspólnych treningach komplementował twoją grę i wróżył wielką karierę, motywują do jeszcze cięższej pracy?

- To były miłe słowa. Myślałem, że Serge na początku nie wie, o kogo chodzi, ale rozmawiałem z dziennikarzem, który o tym pisał i mówił, że akurat stałem gdzieś niedaleko i choć Serge nie kojarzył mojego nazwiska, to odwrócił się i wskazał na mnie i powiedział "to ten gość". To budujące.

Z marzeń o grze w NBA nie zrezygnowałeś?

- Chciałbym sprostować informację, że zgłosiłem się w ubiegłym roku do draftu i mi się nie udało. Zgłosiłem się do draftu tylko po to, żeby móc wziąć udział w Eurocampie. To zwiększało moje szanse. Później mój agent wycofał mnie z draftu. Marzeń o NBA nie porzucam. Jestem jeszcze młodym zawodnikiem, przede mną jeszcze wiele lat grania w koszykówkę, ale tak naprawdę to życie wszystko zweryfikuje.

Rozmawiałeś z trenerem Laziciem na temat swojej roli w zespole?

- Jeszcze nie, ale po pierwszych treningach widzę, że jest bardzo zainteresowany moją osobą. Trener poświęca mi dużo czasu, chyba nawet więcej niż innym zawodnikom. Dużo mi pomaga i udziela wiele cennych wskazówek. Może z racji tego, że jestem najmłodszy z tej rotacji podkoszowej.

Jesteś krótko w Śląsku, ale możesz coś więcej powiedzieć o treningach Lazicia? Podobno nie ma lekko.

- Rzeczywiście, choć trener nie jest żadnym zamordystą. Muszę przyznać, że jest różnica między włoskimi a serbskimi treningami. We Włoszech rano trenowaliśmy intensywnie, ale zwykle półtorej godziny, do tego dochodziły dwugodzinne zajęcia wieczorem. Tutaj różnie to wygląda, bo teraz jest okres przygotowawczy, ale bywa tak, że spędzamy dziennie na hali po sześć godzin. Na dokładniejsze porównania przyjdzie jeszcze czas, bo teraz jesteśmy w okresie przygotowawczym i ładujemy akumulatory na cały sezon, a już w jego trakcie intensywność zajęć może się zmienić.

Kiedy byłeś poza Śląskiem, śledziłeś jak ta drużyna się odradza?

- Pewnie! Tydzień w tydzień sprawdzałem w internecie wyniki, statystyki i tabelę. Cały czas byłem na bieżąco. Poza tym byłem w ciągłym kontakcie z chłopakami, z którymi grałem jeszcze przed odejściem w II lidze, chociażby z Jarosławem Zyskowskim, Norbertem Kulonem i Kacprem Sękiem. W poprzednim I-ligowym sezonie grał już tu tylko Norbert i Krzysiek Sulima, z którym także mam bardzo dobry kontakt, wiedziałem więc wszystko, co dzieje się w zespole. Między innymi dlatego moja aklimatyzacja w Śląsku przebiega teraz dużo łatwiej.

Wrocław.Sport.pl ćwierka na Twitterze. Obserwuj nas >>