Koszykówka. Sukces za 15 flaszek żytniej. Rosjanom drżały ręce

Reprezentacja Polski podczas ceremonii otwarcia mistrzostw w 1963 roku.

Reprezentacja Polski podczas ceremonii otwarcia mistrzostw w 1963 roku. (Fot. Tomasz Prażmowski/MSiT/FORUM)

- Ludzie zamiast do pracy przychodzili na nasze mecze. Hala była wypełniona po brzegi, a tumult tak ogromny, że Rosjanom trzęsły się ręce - wspomina największy sukces w historii polskiej koszykówki, legendarny zawodnik i trener Mieczysław Łopatka. W 1963 roku reprezentacja Polski wywalczyła w Hali Stulecia wicemistrzostwo Europy.
O koszykówce poczytasz także na naszym Facebooku >>

Dariusz Łuciów: W sobotę we Wrocławiu będziemy świętować 50 lat od historycznego wicemistrzostwa Europy, które zdobył pan z koszykarską reprezentacją Polski. Jako koszykarz był pan również na czterech igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Mimo to zaczynał pan od piłki ręcznej.

Mieczysław Łopatka: W piłce ręcznej zadebiutowałem wcześniej w ekstraklasie niż w koszykówce. Grałem w pierwszym sezonie tej dyscypliny w Polsce w drużynie Startu Gniezno. Z większością tych chłopaków graliśmy równolegle w trzeciej lidze w koszykówkę. Dokooptowaliśmy do składu jeszcze dwóch zawodników, którzy mieli wcześniej do czynienia ze szczypiorniakiem. Do dziś pamiętam wygrany turniej w Chorzowie i awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. W pierwszym sezonie na najwyższym szczeblu zajęliśmy trzecie miejsce, a ja zostałem królem strzelców. Wtedy mecze piłki ręcznej były rozgrywane na otwartych boiskach. Do hal ta dyscyplina przeprowadziła się później, ale załapałem się i na ten czas. Kiedy przenosiłem się do Poznania do koszykarskiego Lecha zaproponowano mi grę w Grunwaldzie, miejscowej drużynie piłki ręcznej, która występowała w pierwszej lidze. Zagrałem w niej kilka meczów i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie pogodzić jednoczesnej gry w koszykówkę i piłkę ręczną. Tym bardziej że rozgrywki w kosza i ręczną odbywały się systemem jesień-zima. Postawiłem na koszykówkę, bo miała wtedy dużo wyższe notowania i towarzyszyło jej większe zainteresowanie.

Do Wrocławia trafił pan trochę z przymusu, ale związał się z nim na całe życie. W tym mieście święcił pan z reprezentacją i Śląskiem największe sukcesy w karierze. Chyba nie opłacało się uciekać przed wojskiem?

- Wojsko zainteresowało się mną w 1961 roku. Byłem wówczas na pierwszym roku studiów na Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Miałem jeszcze do zaliczenia jeden egzamin, który przełożyłem na wrzesień, bo w międzyczasie pojechałem na tournée do Tbilisi i Baku z reprezentacją złożoną z męskiej i żeńskiej drużyny Lecha Poznań i Polonii Warszawa. Oczywiście wcześniej poszedłem do rektora i zapytałem, czy będę mógł zdawać egzamin po powrocie. Nie widział żadnego problemu. Kiedy jednak wróciłem, okazało się, że nie mam wyznaczonego nowego terminu egzaminu, bo rękę na to położył Śląski Okręg Wojskowy. Wojsko uznało, że nie zaliczyłem egzaminu i dostałem wezwanie do odbycia służby.

Kartę powołania zupełnie nieświadomie odebrała moja babcia, która nie wiedziała, co to jest. Pojechałem wtedy z Lechem na dwa mecze do Torunia i Gdańska. Milicja i żandarmeria wojskowa zaczęły mnie szukać. W Gdańsku funkcjonariusze obstawili cały dworzec i zatrzymywali do kontroli wszystkich wysokich mężczyzn. Szukali mnie także w hotelu.

Dostałem powołanie do jednostki chemicznej do Zgorzelca i tam pojechałem już w asyście wojskowych, którzy bali się, że ktoś może mnie po drodze sprzątnąć. W prawdziwym wojsku byłem tylko siedem dni. Po załatwieniu zwolnienia ze służby przyjechali po mnie ze Śląska i zabrali do Wrocławia. To miasto stało się moim domem. Tutaj poznałem swoją żonę, tutaj założyłem rodzinę. Mój związek z Wrocławiem trwa już 52 lata.

Niewiele brakowało, a mistrzostwa we Wrocławiu w ogóle by się nie odbyły. Latem 1963 roku miasto zaatakowała epidemia ospy i zostało ono zamknięte.

- Byliśmy od tego odizolowani, ale dla bezpieczeństwa zostaliśmy zaszczepieni przeciwko ospie. Kiedy przyjechaliśmy do Wrocławia na początku września, było już po kwarantannie. Przez chwilę był jednak taki pomysł, żeby mistrzostwa Europy przenieść do Pałacu Sportowego w Łodzi. Tam wszystko było już przygotowane.

Przed ME nikt na was nie stawiał. Niektórzy przedwcześnie przyznawali medale ZSRR i Jugosławii.

- Przed mistrzostwami Europy nie mieliśmy jakichś znaczących sukcesów. Przyświecało nam jedno - wiedzieliśmy, że mistrzostwa odbywają się u nas, w Polsce, we Wrocławiu, i nie możemy zawieść. Całe przygotowania były podporządkowane temu celowi. Pierwszą jaskółką były mecze kontrolne na Sycylii, gdzie wygraliśmy dwa turnieje. Potem przyjechaliśmy do Wrocławia, gdzie dwukrotnie wygraliśmy z Izraelem. Wtedy już wiedzieliśmy, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i wiele będzie zależało od tego, jak rozpoczniemy turniej. Dla nas w tym momencie każdy kolejny mecz był bardzo ważny i podchodziliśmy do niego, jak o nasze być albo nie być.

Turniej dobrze się dla was rozpoczął. Wygraliście z Hiszpanią i nieznacznie przegraliście ze Związkiem Radzieckim, który lał wszystkich bez litości.

- Wiadomo, każde zwycięstwo buduje i podnosi poczucie własnej wartości. Bardzo pomogli nam także kibice. Pamiętam mecz z NRD, który był jednym z kolejnych spotkań. Graliśmy o godz. 9 rano. Wychodzimy na halę i nie wierzymy własnym oczom. Okazuje się, że na trybunach jest komplet publiczności. To było nie do pomyślenia, bo ludzie nie poszli wówczas do pracy. Były nawet takie przypadki, że przez megafony wywoływano dyrektorów zakładów, by zgłosili się w pilnej sprawie. Fani okupowali nie tylko Halę Stulecia, ale także jej okolice. Tam były same bary i restauracje, ludzie siedzieli tam cały dzień. Przychodzili na pierwszy mecz i zostawali do samego końca.

Na ME przegraliście tylko dwa mecze, właśnie z ZSRR, w tym ten najważniejszy. To była drużyna z innej bajki, nie do pokonania?

- Na Starym Kontynencie ZSRR nie miał sobie równych, jednak z innej bajki to była drużyna Stanów Zjednoczonych. Na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku reprezentacja USA przyjechała z Oscarem Robertsonem, który po igrzyskach przeszedł na zawodowstwo i został najlepszym graczem ligi zawodowej. Grali tam także tak wspaniali zawodnicy jak Jerry Lucas czy Walt Bellamy. Chodziliśmy oglądać ich wszystkie mecze. To był najwyższy szczyt, jeśli chodzi o reprezentacje. Do dziś mam w pamięci spotkanie USA - ZSRR, gdzie Stany Zjednoczone przejechały Związek Radziecki 30 punktami.

Radość z pokonania w półfinale Jugosławii ze słynnym Radivojem Koraczem w składzie była tak duża, że w meczu o złoto zabrakło wam motywacji?

- Uspokoiliśmy się wówczas tym, że osiągnęliśmy wielki sukces. Może nawet za bardzo. W tym momencie należało pójść za ciosem, tym bardziej że była szansa na sprawienie niespodzianki. W drugiej połowie doszliśmy ZSRR na pięć punktów i wówczas kilku czołowych graczy naszej drużyny, w tym ja, spadło za pięć fauli, i to zadecydowało, że przegraliśmy.

Na boisku byliście bez szans. W polskiej reprezentacji jedynie Bohdan Likszo mierzył dwa metry. W Związku Radzieckim było trzech takich graczy, w tym potężny jak szafa Janis Kruminsz, który mierzył 218 cm wzrostu.

- Mieliśmy swoje sposoby. Przez całą dekadę lat 60. trafialiśmy bowiem na takich graczy. We Francji grał Jean-Claude Lefebvre, który także miał 218 cm wzrostu. Nie było wyjścia, musieliśmy im dawać jakoś radę. Mieliśmy lepsze umiejętności techniczne, także w ataku było o wiele łatwiej aniżeli w obronie, bo tam wzrost odgrywał większą rolę.

Jakie nastroje towarzyszyły finałowej rywalizacji z ZSRR? Jerzy Psikun mówił wprost, że Ruskich nienawidzi.

- Jeśli chodzi o zawodników, to na poziomie Śląska Wrocław mieliśmy do czynienia z CSKA Moskwa, dlatego że grała tam większość zawodników, którzy występowali w kadrze, łącznie z trenerem Aleksandrem Gomelskim. Mieliśmy z nimi stosunki przyjacielskie, ale sytuacja polityczna była taka, jaka była.

Kibice byli nastawieni bardziej wrogo - buczeli i gwizdali na koszykarzy ZSRR.

- Kiedy koszykarze ZSRR byli przy piłce, tumult w hali był ogromny. Nasi rywale byli zaskoczeni i reagowali bardzo nerwowo, szczególnie kiedy doszliśmy ich na pięć punktów. Oni wtedy stracili głowę i nie wiedzieli, co się dzieje. Ich rozgrywający Armenak Alaczaczian szybko pozbywał się piłki, żeby mieć z nią jak najmniejszy kontakt. Oni mieli związane ręce. To był decydujący moment, którego nie wykorzystaliśmy.

Po turnieju pojawiły się opinie, że musieliście przegrać z ZSRR.

- Kiedy graliśmy ze Związkiem Radzieckim, to od razu pojawiały się opinie, że musimy przegrać, a u nas takich nastawień nie było. Co prawda w eliminacjach porażkę z ZSRR wkalkulowaliśmy. Trener świadomie oszczędzał więc czołowych zawodników, bo wiedział, że przed nami jeszcze trochę meczów do rozegrania, a my wierzyliśmy w to, że jesteśmy w stanie powalczyć o medale. W finale nie podłożyliśmy się, bardzo zależało nam na wygranej. Podejrzewam, że nawet jeśli ktoś z góry sugerowałby nam odpuszczenie tego spotkania, to nikt na taki układ by nie przystał. Marzyliśmy o złocie.

Walkę o złoto przegraliście, ale i tak traktowano was jak zwycięzców.

- To był dla nas ogromny sukces. W sobotę w Hali Stulecia zostanie puszczony krótki film, dzięki któremu kibice po 50 latach będą mogli choć w niewielkim stopniu poczuć atmosferę tamtych mistrzostw. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie. Jak wyjdziemy w sobotę na parkiet przed meczem i pokażą, jak to wszystko wyglądało, ceremonię otwarcia, dekorację, to niejednemu z nas zakręci się łezka w oku.

Kibice podrzucali nas na rękach. Był wielki szał, nawet po mistrzostwach. Zwiedziliśmy chyba wszystkie knajpy we Wrocławiu. Wszędzie nas gorąco witano. Atmosfera była wspaniała przez cały czas trwania mistrzostw. Oczywiście my byliśmy trochę odizolowani od tego zgiełku, ale nie dało się od tego uciec, bo mieszkaliśmy niedaleko hali, w hotelu Pod Misiami. Wystarczyło, że przeszliśmy przez park i już byliśmy na parkiecie.

Swoją drogą w tym hotelu, który trochę przypominał okręt, a jego pokoje były niczym kajuty, początkowo chcieli umieścić reprezentację Hiszpanii. Hiszpanie, jak przyjechali i zobaczyli, w jakich warunkach mają mieszkać, to powiedzieli, że wracają do domu. My mieszkaliśmy tam przez całe mistrzostwa i nikt z nas nosem nie kręcił.

Jakie nagrody dostaliście za srebrne medale?

- Dostaliśmy po 15 dolarów. Wtedy wódka żytnia kosztowała jednego dolara albo osiemdziesiąt centów. Starczyłoby więc na 15 butelek tego modnego wówczas trunku. Dostałem jeszcze radiomagnetofon Diora, pralkę marki Polar i kupon na garnitur, który krawiec musiał dopiero uszyć. Teraz wydaje się to nieprawdopodobne, ale takie były czasy.

Po tych mistrzostwach zostaliście gwiazdami, byliście bardziej znani od ówczesnych piłkarzy i siatkarzy.

- Ludzie zaczepiali nas na ulicach, gratulowali i pozdrawiali. Przez cały czas mojego pobytu we Wrocławiu, od tych mistrzostw Europy, aż do zakończenia kariery zawodniczej w 1972 roku, byłem osobą rozpoznawalną i co mnie jeszcze bardziej cieszy, jest tak aż do dzisiaj.

Warto jednak podkreślić, że koszykówka była wtedy dyscypliną akademicką. Ci ludzie, którzy przychodzili na mecze, to było środowisko akademickie, profesorowie i studenci. Jak graliśmy później ze Śląskiem mecze w hali przy ul. Saperów, to profesorowie - co wspominają do dzisiejszego dnia - wdrapywali się na kozły, skrzynie i wisieli na drabinkach, żeby tylko obejrzeć mecz. To są bardzo miłe wspomnienia.

Głównym ojcem tego sukcesu był Witold Zagórski? Był geniuszem taktycznym. Krytycy wytykali mu, że koszykówka to nie szachy.

- Trzeba wrócić do sytuacji, gdy on obejmował reprezentację, bo przejmował zawodników, którzy wcześniej byli jego kolegami z drużyny. Z niektórymi z nas spotykał się na parkiecie. Miał wówczas tylko 33 lata i nie była to dla niego łatwa sytuacja. Jestem od trenera Zagórskiego młodszy, ale miałem okazję grać przeciwko niemu. Moim zdaniem decydujący był moment, w którym trener został zaakceptowany przez starszyznę reprezentacji. Drużyna uwierzyła w jego metody szkoleniowe, a on w pełni zaufał zawodnikom. Stworzyliśmy jedność, jeden zespół. Ta atmosfera w zespole dawała jakieś szanse na efekty. Do tej pory mamy zresztą wszyscy świetny kontakt. Trener Zagórski trafił na ludzi, którzy poszliby za nim w ogień. To w zawodzie trenera liczy się bardzo mocno.

Teraz jest inaczej. Zawodnicy reprezentacji przygotowują się do ważnych imprez trzy tygodnie, czasami miesiąc. A my przygotowując się do mistrzostw Europy, świata czy igrzysk olimpijskich, robiliśmy to niekiedy przez pół roku, z małymi przerwami. Wiadomo, że to jest sport zespołowy i oprócz przygotowania ogólnego i taktycznego jest jeszcze przygotowanie mentalne zawodników i zżycie ich ze sobą. Zresztą do dzisiaj jest tak, że wygrywają te reprezentacje, których skład utrzymuje się przez kilka lat.

Trenera Witolda Zagórskiego podziwiali Hubert Wagner i Kazimierz Górski, którzy osiągali sukcesy z siatkarzami i piłkarzami.

- Na początku niewielu w niego wierzyło. Władze związku wyszły z założenia, że niewiele ryzykują, powierzając mu reprezentację, a tymczasem on dokonał rzeczy niebywałej - prowadził ją przez 14 lat. W tym czasie wywalczył z nią trzy medale mistrzostw Europy, trzykrotnie poprowadził ją na igrzyskach olimpijskich i raz na mistrzostwach świata. Do 1971 roku byliśmy absolutną europejską czołówką. W tym czasie trener musiał systematycznie odmładzać skład. Trzon zespołu utrzymywał się przez lata taki sam i ciągnął grę aż do mistrzostw Europy w Helsinkach, które odbyły się w 1967 roku. Obroniliśmy tam brązowy medal wywalczony dwa lata wcześniej w ZSRR.

W 1968 roku na igrzyskach olimpijskich w Meksyku nastąpiły zmiany w składzie. Ze starej gwardii zostało nas tylko trzech. Dopóki jednak duch srebrnej drużyny utrzymywał się w powietrzu, było dobrze. Młodsi zawodnicy, którzy wchodzili do reprezentacji, nie mieli już takiej mentalności zwycięzców jak my.

Treningi były tak ciężkie, że niektórzy zawodnicy chcieli zrezygnować z gry w kadrze.

- To prawda, łatwo nie było (śmiech). Przypominam sobie, jak miałem okres przerwy między igrzyskami olimpijskimi w Meksyku (1968) a Monachium (1972). Zrezygnowałem wówczas z występów w reprezentacji, bo nie dostałem paszportu, a bardzo chciałem spróbować swoich sił za granicą. Potem trener Zagórski namówił mnie na przygotowania do olimpiady w Monachium. Wahałem się i powiedziałem, że potrzebuję tygodnia do namysłu. Zgodziłem się, bo dla mnie główną motywacją były igrzyska olimpijskie. Być olimpijczykiem to dla sportowca największa sprawa. Poza tym wciąż utrzymywałem wysoką formę i za kadencji trenera Jerzego Świątka zajęliśmy wtedy ze Śląskiem drugie miejsce w lidze. Do startu w Monachium przygotowywaliśmy się na obozie w Wiśle. Po trzech dniach treningów nie mogłem wejść na schody, schodziłem z nich tyłem. Siadłem wtedy w fotelu i pomyślałem: "Facet, po co ci to było?". Chciałem zabrać bagaże i wracać do domu, ale przecież obiecałem trenerowi, że będę grał. Trzeba było mocno zacisnąć zęby, żeby dotrzymać słowa.

Dlaczego przez następnych 50 lat kolejne koszykarskie pokolenia nie potrafiły się zbliżyć do waszych wyników?

- Zaprzepaściliśmy jedną szansę. To było po mistrzostwach Europy w Barcelonie w 1997 roku, gdzie drużyna prowadzona przez Eugeniusza Kijewskiego zajęła siódme miejsce. Wtedy zrobiła się doskonała atmosfera dla koszykówki. Zresztą tą w najwyższym wydaniu fani mogli oglądać na początku lat 90. w programie Włodzimierza Szaranowicza "Hej, tu NBA" cieszącym się ogromną popularnością. Wtedy do koszykówki zaczęły napływać naprawdę duże pieniądze. Po piłce nożnej była to druga najbardziej popularna dyscyplina w naszym kraju. Dowodzącym koszykówką pomieszało się jednak trochę w głowie, bo myśleli, że chwycili pana Boga za nogi, i zaczęli przejadać te pieniądze. W tych czasach zaczęto sprowadzać graczy z zagranicy, a rodzimi zawodnicy z każdym kolejnym sezonem odgrywali coraz to mniej znaczące role w swoich zespołach. Przez to wielu zawodników przepadło, choć miało niezłe umiejętności. Ci, którzy grali, otrzymywali bardzo duże jak na tamte czasy pieniądze, czuli się nasyceni i reprezentacja nie była już dla nich magnesem. Osoby odpowiedzialne za koszykówkę nie zdawały sobie sprawy z tego, że gra w Eurolidze jednego zespołu z Polski nie będzie popularyzacją tej dyscypliny w kraju. Motorem napędowym każdej gry zespołowej jest przecież reprezentacja. Za naszych czasów gra w kadrze to był obowiązek i przyjemność.

Spotkałem się niedawno z prezesem związku i pytam go, dlaczego nasz występ na mistrzostwach Europy w Słowenii był katastrofą polskiej koszykówki, a on mi odpowiada, że nie wie. Teraz interes klubu jest ponad reprezentację. Nikomu nie zależy już na grze z orzełkiem na piersi. Przespaliśmy Euorbasket w 2009 roku, którego byliśmy gospodarzem. Tej imprezie należało podporządkować wszystko, nawet kosztem skrócenia ligi.

Mówił pan wcześniej o kolektywie. W Słowenii nie byliśmy zespołem. Maciej Zieliński powiedział nawet, że "naszym zawodnikom zabrakło jaj".

- Z tego, co wiem, to trener Dirk Bauermann postawił na przygotowanie mentalne. Zawodnicy mieli zakodowane w głowach, że są najlepsi w Europie. Być może trener zakładał, że dwa pierwsze mecze będą spacerkiem, a forma zespołu z meczu na mecz będzie coraz wyższa. Tymczasem przegraliśmy dwa pierwsze spotkania z Gruzją i Czechami i wszystko to, co koszykarze mieli w głowach, pękło. Trener powinien podporządkować wszystko wygranym we wspomnianych meczach. Wtedy morale by wzrosło, a zawodnicy uwierzyliby trenerowi, że to, co im wpajał przed turniejem, ma pokrycie i zaczęliby w siebie wierzyć. A tak nastąpiło przemotywowanie.

Trener Bauermann powinien dalej prowadzić reprezentację?

- Słyszałem jedną wypowiedź pana prezesa, który powiedział, że zawodnicy zebrali się razem z trenerem i uzgodnili, że za dwa lata oni zdobędą w tym składzie medal, żeby zostawić to tak, jak jest teraz. Nie może być jednak tak, że Marcin Gortat wyjeżdża sobie w trakcie przygotowań i opuszcza treningi, bo ma do załatwienia swoje sprawy biznesowe. Gortat stał się w pewnym momencie celebrytą, bo na pewno nie można powiedzieć, że w tym momencie jest gwiazdą.

Robi się dużą krzywdę polskiej koszykówce, mówiąc o niej praktycznie tylko w kontekście Marcina Gortata i jego występów w NBA?

- Na pewno skauci z NBA byli na mistrzostwach Europy i obserwowali jego grę. On na tym stracił, bo za oceanem nie mogą sobie pozwolić na to, że on, będąc jednym z czołowych graczy ligi na swojej pozycji, zagrał tak, jak zagrał. Popełniono także jeden znaczący błąd - Gortat i Lampe nie mogą być jednocześnie na boisku. Kiedy w meczach kontrolnych nie było w drużynie Gortata, a grał Lampe, to wychodziło mu to wspaniale. Warto także wrócić do 2011 roku, na mistrzostwa Europy na Litwie, gdzie graliśmy doskonałe mecze bez Lampego i Gortata.

Polskim kibicom brakuje lokalnych bohaterów?

- Fani nigdy nie będą utożsamiać się z zawodnikami, którzy przyjeżdżają i jeszcze w trakcie sezonu odchodzą z klubu. Czas koszykarskiej hossy lat 90. już nie wróci. Takich pieniędzy jak wtedy nie będzie już nigdy. W tej chwili sprowadzamy do kraju graczy, którzy się nie nadają do tego, żeby grać w naszej polskiej lidze, która i tak nie należy do najsilniejszych. Łatwiej jednak ściągnąć gościa z USA za tysiąc albo dwa tysiące dolarów, rozstać się z nim w trakcie rozgrywek i powiedzieć: "Sorry kolego, nie sprawdziłeś się".

Koszykówka stała się sportem prowincjonalnym?

- Rzeczywiście w dużych miastach próżno szukać teraz drużyn na najwyższym szczeblu rozgrywek. Topografia koszykówki wygląda teraz w ten sposób, że większość drużyn z ekstraklasy jest na północy kraju. One mogły by nawet stworzyć swoją ligę tam nad Bałtykiem albo dołączyć się np. do rozgrywek na Litwie.

Powrót Śląska do ekstraklasy, najbardziej utytułowanej drużyny w kraju, może być koniem pociągowym rozgrywek?

- Śląsk w dalszym ciągu jest rozpoznawalną marką, ale nie świeci już takim blaskiem jak kiedyś. Władze klubu nie mogą zachłysnąć się tym, że udało im się awansować do ekstraklasy. Nie mogą podpalać się także od razu na walkę o mistrzostwo Polski i powrót do Euroligi. Tutaj trzeba budować od podstaw. W tej chwili nie ma już tak bogatych firm, które chętnie łożyłyby pieniądze na sport. Bardzo mądrze postąpiono w Zielonej Górze, gdzie oparto się na niewielkich sponsorach, których jest przy klubie kilkudziesięciu. Z dużym sponsorem istnieje ryzyko, że jednego dnia jest, a później go nie ma i wystarczy tutaj popatrzeć na piłkę nożną.

Jest szansa, żeby uratować koszykówkę z zapaści, która w ostatnich dziesięciu latach jeszcze bardziej się pogłębiła?

- Powinniśmy postawić w reprezentacji na trenera, który dostanie więcej czasu na budowę drużyny, wyselekcjonuje trzon zespołu, który będzie systematycznie uzupełniany. Tylko dobry wynik reprezentacji pociągnie naszą dyscyplinę w górę. Musimy być jednak bardziej cierpliwi, bo patrząc na to, ilu trenerów w ostatnich latach pracowało z kadrą, to można odnieść wrażenie, że jesteśmy w gorącej wodzie kąpani. OK, możemy zostawić trenera Bauermanna, ale pod warunkiem że zrezygnuje z pracy w klubie. Jeżeli ktoś robi kilka rzeczy naraz, to żadnej nie robi dobrze. On jako trener reprezentacji powinien dyktować warunki polskiej lidze, a nie tak jak jest teraz, że rządzą prezesi klubów. Tak być nie może.

*Mieczysław Łopatka miał udział we wszystkich największych sukcesach polskiej koszykówki. Z reprezentacją zdobył trzy medale na mistrzostwach Europy (srebrny i dwa brązowe), wystąpił na czterech olimpiadach. Kilkakrotnie był najlepszym strzelcem polskiej ligi, na wszystkich międzynarodowych imprezach był w czołówce tej klasyfikacji, bardzo często wybierany do najlepszej piątki. Wrocławskie mistrzostwa były początkiem jego wielkiej kariery.