Śląsk - Anwil, czyli święta wojna 2.0 według Macieja Zielińskiego

Dziś przy komplecie publiczności koszykarski Śląsk zmierzy się w hali Orbita z Anwilem Włocławek. - To nie inna ?święta wojna? niż kiedyś - mówi były koszykarz Śląska Maciej Zieliński
O koszykówce poczytasz także na naszym Facebooku >>

Mecze Śląska z Anwilem Włocławek (kiedyś Nobilesem) przeszły do legendy polskiej koszykówki. W latach 90. losy mistrzowskiego tytułu aż pięciokrotnie rozstrzygały się między tymi drużynami. I za każdym razem górą w finałowej rywalizacji byli wrocławianie. W sobotę w hali Orbita 91. odsłona "świętej wojny", a zarazem początek sezonu Tauron Basket Ligi. WKS Śląsk wraca do niej po pięciu latach. Początek meczu o godz. 15, transmisja w Polsat Sport News.

Rozmowa z Maciejem Zielińskim, byłą gwiazdą Śląska, szefem sekcji koszykarskiej WKS Śląsk Wrocław

Dariusz Łuciów: Lepszego rywala na początek sezonu i powrót do ekstraklasy Śląsk nie mógł chyba sobie wymarzyć.

Maciej Zieliński: Anwil to rzeczywiście najlepszy rywal, na jakiego mogliśmy trafić. Jeszcze kilka lat temu tymi pojedynkami żyła cała Polska. Fajnie, że nasz powrót do ekstraklasy zbiega się z takim wydarzeniem. Będzie się działo.

Często pytają pana dziennikarze o "świętą wojnę"?

- To najczęściej zadawane pytanie przez dziennikarzy, ale nie "przejadło" mi się jeszcze. Pojedynki wrocławsko-włocławskie przypadły na najlepszy okres mojej kariery. Do dzisiaj wspominam je z wielkim sentymentem.

Anwil działa jeszcze na wyobraźnię wrocławskich kibiców, tak jak kilka lat temu?

- Teraz mamy trochę inne czasy. Starsi kibice wciąż z wypiekami na twarzy wspominają nasze pojedynki z Anwilem i na pewno ten mecz działa na ich wyobraźnię. W sobotę w hali Orbita wspomnienia odżyją na nowo. Dla młodszych kibiców, którzy "świętą wojnę" znają tylko z opowiadań, będzie to lekcja z historii koszykówki. To, jak ją zapamiętają, zależy tylko od zawodników.

Wydaje się jednak, że sobotni pojedynek będzie miał zupełnie inną temperaturę niż legendarne spotkania obu drużyn. Zamiast zawodników wagi ciężkiej zmierzą się w nim raczej bokserzy wagi średniej.

- Obie drużyny są teraz w zupełnie innym miejscu. My w tym roku, po pięciu latach przerwy, wracamy do ekstraklasy jako beniaminek. Dziwnie to brzmi w kontekście najbardziej utytułowanej drużyny w Polsce, ale taka jest rzeczywistość. Anwil też nie jest już tak silnym zespołem, jak za moich czasów. A czy będziemy mieli do czynienia ze sportową wojną, czy raczej tylko zwykłą bijatyką, to okaże się dopiero na parkiecie.

Pewne jest jednak, że przed spotkaniem nikt nikogo nie będzie straszył białoruską mafią, a w trenera gości kibice nie będą rzucać burakami, jak miało to miejsce podczas meczów Śląska we Włocławku.

- Nie musieliśmy się jakoś specjalnie nakręcać na te spotkania, bo robili to za nas kibice. Ta atmosfera udzielała nam się później na parkiecie. Mecze we Włocławku w starej, kameralnej hali, którą nazywaliśmy żartobliwie "kurnikiem", zapamiętam na całe życie. Tamtejsi kibice nas nienawidzili. Z trybun w naszą stronę leciały więc nie tylko wyzwiska, buraki czy ziemniaki, ale także serpentyny, które były tak posklejane, żeby po uderzeniu wyrządziły jak najwięcej krzywdy. We Włocławku rozwieszano także klepsydry z moim imieniem i nazwiskiem. Dla mnie to była jednak dodatkowa motywacja, a swoją grą chciałem udowodnić fanom Anwilu, że żyję i mam się dobrze. Chyba się udało, bo pięć razy pokonaliśmy ich w finale.

"Święta wojna" miała także wymiar globalny. Słynny rzut Jacka Krzykały w ostatniej sekundzie jednego ze spotkań pokazywała nawet stacja CNN.

- Rzut Jacka pamiętam, jakby to było wczoraj, wywołał ogromną euforię. Pokazywały go telewizje na całym świecie. Jacek od Anwilu dostał nawet nagrodę za promocję marki na świecie. Tym legendarnym trafieniem zapewnił sobie nieśmiertelność (śmiech).

Zawodnicy, którzy przychodzili z Anwilu do Śląska, chyba nie mieli łatwego życia w szatni?

- Na początku nasze relacje były z reguły dość chłodne. O żadnym wkupnym nie mogło być jednak mowy. Taki transfer niósł za sobą dużo żartów i śmiechu, ale kiedy widzieliśmy, że ktoś zasuwa na treningach i w meczach na maksa, to mu odpuszczaliśmy.

Na przełomie wieków pięć razy rywalizowaliście w finale z Anwilem. W ostatnich latach tyle samo razy Asseco mierzyło się o złoto z Turowem. Dlaczego te spotkania nie urosły rangą do pojedynków wrocławsko-włocławskich?

- Ciężko o jednoznaczną odpowiedź. Śląsk i Anwil miały fanatycznych kibiców i to oni ciągnęli ten wózek z nazwą "święta wojna". Poza tym w latach 90. była lepsza koniunktura na koszykówkę. To była dyscyplina numer dwa, zaraz po piłce nożnej. Koszykarze byli rozpoznawalni, a telewizja transmitowała spotkania w najlepszym czasie antenowym. Inna sprawa, że w ostatnich latach poziom ligi wyraźnie się obniżył. Reprezentacja nie ma wyników, a jej występ na Eurobaskecie w Słowenii był raczej antyreklamą koszykówki.

Na co w tym sezonie stać Śląsk?

- Nie ma presji, wszyscy w klubie muszą być cierpliwi. Nie chcemy się porywać z motyką na słońce. Jesteśmy beniaminkiem i znamy swoje miejsce w szeregu. W każdym meczu będziemy walczyli o zwycięstwo, ale ten sezon ma być dla drużyny oraz klubu przede wszystkim nauką. Można powiedzieć, że zaczynamy od zera, ale w ciągu trzech lat chcemy odbudować markę koszykarskiego Śląska i wywalczyć 18. mistrzostwo Polski.

Kibicom wystarczy cierpliwości? Fani we Wrocławiu są wymagający.

- Wrocław jest głodny koszykówki w najwyższym krajowym wydaniu. Mamy tego świadomość, ale pośpiech nie jest dobrym doradcą. Mamy plan, który chcemy konsekwentnie realizować krok po kroku. Oczywiście, nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby udało nam się powtórzyć sukces AZS-u Koszalin z poprzedniego sezonu, który mimo niewielkiego budżetu zajął trzecie miejsce. Nie ma co jednak niepotrzebnie dmuchać balonu.