Czy trener Turowa Miodrag Rajković celowo chciał zniszczyć zdrowie jednego ze swoich koszykarzy?

Łukasz Wichniarz (z piłką) podczas meczu z Zastalem w Zielonej Górze

Łukasz Wichniarz (z piłką) podczas meczu z Zastalem w Zielonej Górze (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)

Miodrag Rajković chciał, żebym zniszczył kolana naszego zawodnika - mówi o swoim byłym szefie trener przygotowania fizycznego Turowa Zgorzelec. Oskarżony szkoleniowiec z Serbii milczy, klub go broni
- W marcu drużyna jechała na mecz wyjazdowy, a trener poprosił mnie, żebym został w Zgorzelcu i trenował z Łukaszem Wichniarzem. Dodał, że klub chce z nim rozwiązać kontrakt, i zasugerował, abym tak poprowadził trening, żeby zniszczyć kolana Łukasza, z którymi miał drobne problemy. Kazał, by zawodnik biegał po betonie i schodach - opowiada "Gazecie" Adrian Markowski, były asystent Rajkovicia i trener przygotowania fizycznego Turowa.

- Byłem zaskoczony i zniesmaczony - kontynuuje Markowski. - Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, sam byłem sportowcem. Zapytałem Rajkovicia, czy jest pewien, że trening ma tak wyglądać. Potwierdził. Opowiedziałem o wszystkim koszykarzowi i wbrew sugestii trenera przeprowadziłem z Wichniarzem normalne zajęcia. Zrobiłem zdjęcia, że niby ćwiczenia były ciężkie i wysłałem je MMS-em pracownikowi klubu, który miał je pokazać trenerowi - opowiada.

- To przestępstwo, podżeganie do uszkodzenia ciała w stopniu średnim - uważa prawnik Jacek Masiota. - Wyobrażam sobie, że z udowodnieniem byłby problem dowodowy, bo słowo byłoby przeciwko słowu. Gdyby jednak winę udowodniono, to skazany poniósłby odpowiedzialność karną i finansową. Oprócz tego w grę wchodzi także kara orzeczona przez federację - trener dostałby zakaz wykonywania zawodu. Gdyby prokuratura miała wiedzę na ten temat, to mogłaby wszcząć dochodzenie z urzędu.

Wichniarz nie chce komentować sprawy. - Analizują ją moi prawnicy. W odpowiednim czasie zabiorę głos. Bez pośpiechu - powiedział nam koszykarz. Kilka tygodni po opisanej przez Markowskiego sytuacji Wichniarz odszedł do Kotwicy Kołobrzeg.

Dlaczego Rajkoviciowi miałoby zależeć na kontuzji koszykarza? 31-letni Wichniarz był rezerwowym, grał tylko po 8 minut w meczu, a według naszych informacji zgodnie z umową zarabiał mniej, jeśli był niezdolny do gry. - Mogło być tak, że trener, niszcząc zdrowie Łukasza, miał nadzieję, że go zniechęci i zmusi do rozwiązania kontraktu - mówi nam anonimowo koszykarz ligowy.

Markowski kilka dni temu opisał zdarzenie na forum internetowym. - Długo dojrzewałem do tej decyzji, ale w końcu się zdecydowałem. Dobrze, że to ujawniłem, gdyż dla takich ludzi jak Rajković nie powinno być miejsca w sporcie. Takie zachowania powinno się piętnować. To nienormalne, żeby trener próbował zniszczyć zdrowie swojego zawodnika.

Po ukazaniu się wpisu do Markowskiego zadzwonił dyrektor sportowy Turowa Grzegorz Ardeli. - W ostrych słowach pytał, co chcę osiągnąć. I ostrzegał, że mogę pożałować swojego wpisu - opowiada Markowski.

Co na to klub? - Nie będę komentował bzdur i kłamstw - ucina prezes Turowa Waldemar Łuczak. - Turów nie zamierza zabierać oficjalnego stanowiska w tej sprawie, bo nie jesteśmy tu stroną. Rozmawiałem z Rajkoviciem i wiem, że jest w kontakcie ze swoimi prawnikami. Ale nie jestem w stanie przewidzieć, czy zdecyduje się oddać sprawę do sądu.

Łuczaka dziwi, że sprawa wyszła na jaw dopiero po dziewięciu miesiącach. - Przecież Rajković mocno zabiegał, żeby ściągnąć Łukasza do Turowa. Później w trakcie sezonu gracz dostał propozycję z Kotwicy, a my zgodziliśmy się na transfer - kończy Łuczak.

Po zakończeniu sezonu Markowski odszedł z Turowa. Tłumaczy, że nie akceptował metod Rajkovicia, który decyzje dotyczące przygotowania fizycznego często podejmował za jego plecami, konsultując się ze znajomymi z Serbii.

Rajković jest uważany za fachowca. W minionym sezonie wywalczył z Turowem wicemistrzostwo Polski. Ligowi koledzy po fachu uznali go za najlepszego trenera sezonu zasadniczego w TBL.

Jednocześnie osoby ze środowiska twierdzą, że jest bardzo kontrowersyjnym człowiekiem. - Furiat, wariat, despota, zamordysta - tak mówią ci, którzy z nim współpracowali. Ale nikt nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem.

- Zawodnicy w Turowie dużo zarabiają i po prostu zaciskają zęby. Nie reagują na inwektywy, zaczepki i szturchnięcia, na jakie czasami pozwala sobie trener. Tylko zawodnicy odgrywający najważniejszą rolę w zespole, mający dobre statystyki, mogą liczyć na ulgowe traktowanie - mówi anonimowo osoba ze środowiska koszykarskiego znająca kulisy funkcjonowania Turowa.

Z trenerem Rajkoviciem nie udało nam się skontaktować. Na maila wysłanego do biura prasowego Turowa z prośbą o jego komentarz nie otrzymaliśmy odpowiedzi.