"Afera kolanowa": Wichniarz przerywa milczenie, koszykarze za Rajkoviciem

Były skrzydłowy Turowa Łukasz Wichniarz potwierdził, że trener Miodrag Rajković poprzez ciężkie ćwiczenia chciał zniszczyć jego zdrowie i tym samym zmusić do odejścia z klubu. Serba wspierają z kolei obecni koszykarze ze Zgorzelca, a władze ligi są całą sprawą zaniepokojone
To ciąg dalszy tzw. afery kolanowej, której Łukasz Wichniarz stał się mimowolnym bohaterem. Koszykarz przez kilkanaście dni milczał, ale w końcu po konsultacji z prawnikami, wydał oświadczenie.

Zawodnik potwierdził w nim słowa Adriana Markowskiego, byłego trenera przygotowania fizycznego Turowa. Ten na forum internetowym napisał, że w marcu szkoleniowiec zgorzelczan Miodrag Rajković wydał mu polecenie przeprowadzenia takich zajęć z koszykarzem, by ucierpiało jego zdrowie. Ewentualna kontuzja mogła bowiem zmusić Wichniarza do opuszczenia klubu. Markowski swoje słowa podtrzymał w rozmowie z "Wyborczą", teraz na piśmie wsparł go właśnie Wichniarz.

Polecenie trenera i dyrektora sportowego

"Pod nieobecność zespołu, który wyjechał na mecze beze mnie, dostałem polecenie indywidualnych treningów z trenerem Markowskim. Na pierwszym treningu zostałem poinformowany przez trenera Markowskiego, że zgodnie z otrzymanym przez niego nakazem, zajęcia ze mną mają zostać przeprowadzone w taki sposób, by ucierpiało na tym moje zdrowie. W szczególności chodzi o kolana, które u każdego koszykarza są najbardziej narażone na kontuzje. Podkreślał, że dostał takie dyspozycje od trenera Rajkovicia i Pana Grzegorza Ardeliego" - napisał w oświadczeniu Łukasz Wichniarz.

"Ponadto chciałbym dodać, iż oprócz drastycznie ciężkich treningów włodarze klubu wydali wobec mnie równie upokarzające dyspozycje abym np. »pociskał z ulotkami «. W mojej ocenie wszystkie te oraz inne nieprzyjazne działania, miały mnie zmusić do odejścia z klubu z mojej »winy «" - dodał były zawodnik Turowa.

Wichniarz podziękował także Markowskiemu za to, że oszczędził jego zdrowie oraz za odwagę w szerzeniu idei czystości w sporcie.

Kilka godzin po opublikowaniu oświadczenia przez Wichniarza, własne wydał dyrektor sportowy klubu Grzegorz Ardeli. Stanowczo zaprzecza w nim informacji o rzekomo wydawanych wspólnie z trenerem poleceniach dotyczących przeprowadzenia treningu w taki sposób, by ucierpiało na tym zdrowie Wichniarza. Ponadto informuje, że wysłał do Markowskiego list, w którym żąda oczyszczenia go z zarzutów w ciągu trzech dni. W przeciwnym razie sprawa zostanie skierowana na drogę postępowania sądowego.

PLK żąda wyjaśnień

Głos w sprawie "afery kolanowej" zabrała także Polska Liga Koszykówki. Jej władze zaniepokojone kolejnymi artykułami opisującymi powyższą sytuację zażądały od klubu jej wyjaśnienia.

- Klub poinformował nas, że trener Rajković wezwał pana Markowskiego do usunięcia skutków naruszenia jego dóbr osobistych. W tej chwili jest to słowo przeciwko słowu i najprawdopodobniej sąd wyda wyrok w tej sprawie - mówi rzecznik prasowy PLK Michał Pacuda i dodaje: - PLK nie ma narzędzi, które pozwoliłyby na ocenę tej sytuacji w obecnym stanie. Zdaję sobie sprawę, że sytuacja wzbudza duże kontrowersje, dlatego mam nadzieję, że szybko zostanie wyjaśniona.

Drużyna murem za trenerem

W zgorzeleckim klubie stoją murem za Rajkoviciem. Prezes Waldemar Łuczak konsekwentnie powtarza, że wierzy w niewinność szkoleniowca. Za Serbem wstawiła się też cała drużyna. Na dowód tego koszykarz Turowa Damian Kulig na swoim Facebooku zamieścił wspólne zdjęcie z trenerem, zawodnikami i sztabem szkoleniowym drużyny. Pod fotografią znalazł się opis: "Adrian Markowski pozwól nam Zawodnikom Turowa robić to, po co tutaj przyjechaliśmy. Nie chcemy żebyś dalej wykorzystywał nas i naszego wizerunku do kreowania się na bohatera. Jesteśmy drużyną i trzymamy się razem na dobre i na złe!".

Przypomnijmy, że w środę wieczorem władze zgorzeleckiego klubu wydały oświadczenie, w którym poinformowały, że kierują sprawę do sądu. Niewykluczone, że na podobny ruch zdecyduje się trener Rajković, który oczekuje od swojego byłego asystenta przeprosin za naruszenie dóbr osobistych. Markowski ma na to czas do 24 grudnia, choć kilka dni temu w rozmowie z "Wyborczą" powiedział, że przepraszać nie zamierza. - Nie boję się procesu, bo mówię prawdę - podkreślił.