Sport.pl

Turów Zgorzelec pisze historię: Złoto na wyciągnięcie ręki

Jeszcze nigdy Turów nie był tak blisko mistrzostwa Polski, musi wygrać tylko jeden mecz. - Pozostał nam mały kroczek do upragnionego tytułu - przekonuje kapitan zgorzelczan Filip Dylewicz, który jest na najlepszej drodze do zdobycia tytułu MVP
To najlepszy finał od lat - podkreślają zgodnie koszykarscy eksperci. I trudno się z nimi nie zgodzić. W przeciwieństwie do finałowej serii sprzed roku, którą Stelmet pokonał spacerkiem, zwyciężając z Turowem 4:0, tym razem walka o złoto trzyma w napięciu od pierwszego spotkania. Rywalizacja jest niezwykle zacięta, o czym najlepiej świadczy fakt, że o pojedynczych zwycięstwach decydują emocjonujące końcówki albo - tak jak w przypadku trzeciego meczu - dogrywka. O gorącą atmosferę dbają także kibice obu drużyn.

Póki co zgorzelczanie mają po swojej stronie więcej atutów i po czterech meczach prowadzą 3-1. Potwierdzają tym samym, że nie bez przyczyny przed startem play-off wskazywało się ich jako głównych faworytów do złota. Podopieczni Miodraga Rajkovicia mistrzowską formę złapali już pod koniec sezonu zasadniczego, który zakończyli na pierwszym miejscu. Ich świetną serię 13 wygranych z rzędu Stelmet przerwał dopiero w trzecim meczu finału, zapewniając sobie zwycięstwo na 0,3 sekundy przed końcem dogrywki.

- Mam nadzieję, że Stelmet po raz ostatni w tym sezonie zagrał we własnej hali - przyznał po czwartym meczu J. P. Prince. Wydawało się, że "Książę" będzie kluczowym graczem Turowa w finale, zwłaszcza po kapitalnym meczu otwarcia, w którym zdobył aż 30 punktów. To jednak nie Amerykanin, a najstarszy gracz finału - 34-letni Filip Dylewicz - jest jego bohaterem.

"Dylu" jest w życiowej formie, gra jak zaprogramowany i od pierwszego starcia pracuje na drugi w karierze tytuł MVP. Na boisku jest prawdziwym liderem, ciężko haruje w obronie, ale to co go wyróżnia, to profesorska gra w ataku. Kiedy piłka trafia w jego ręce, od razu pachnie to punktami. W finale kapitan zgorzelczan zdobywa średnio 19,3 punktów, ma 7,8 zbiórek i 2,5 asysty.

M.in. dzięki niemu Turów jeszcze nigdy nie był tak blisko mistrzostwa Polski, choć jest to już szósty finał klubu zgorzeleckiej drużyny. Od historycznego złota dzieli ją już tylko jedna wygrana. Kibice w Zgorzelcu już chłodzą szampany, bo ich ulubieńcy pierwszy w historii tytuł chcą zapewnić sobie już w niedzielę, na własnym terenie. Podopieczni Mihailo Uvalina są pod ścianą, bo w tym sezonie nie wygrali w hali Turowa ani razu.

- Stelmet to wciąż aktualny mistrz Polski i musimy na niego uważać do samego końca - przestrzega Dylewicz. - Pozostał nam mały kroczek do upragnionego tytułu i myślę, że w niedzielę znajdziemy w sobie dodatkowe pokłady sił, agresji i woli walki, dzięki czemu będziemy świętować mistrzostwo - dodaje.

To byłoby wydarzenie w pewnym sensie symboliczne, bo może to być ostatni mecz Turowa w mocno wysłużonym już obiekcie przy ul. Maratońskiej, którego czasy świetności przypadły na końcówkę PRL-u. W przyszłym sezonie zespół ze Zgorzelca będzie występował w supernowoczesnej, prawie trzy razy większej hali (będzie mogła pomieścić 4 tys. widzów). Kto wie, może nawet w Eurolidze...

Finałowe terminy:

5. mecz - niedziela 8 czerwca o godz. 20 w Zgorzelcu

ew. 6. mecz - środa 11 czerwca o godz. 20 w Zielonej Górze

ew. 7. mecz - sobota 14 czerwca o godz. 20 w Zgorzelcu

Więcej o: