Koszykarz Śląska Mantas Cesnauskis: Polska jest moim domem

- Kiedy w 2006 roku tu przyjechałem, myślałem, że zostanę rok, może dwa lata i wyjadę grać dalej. Tak się nie stało. Polska stała się moim domem, tu założyłem rodzinę, otworzyłem biznes - mówi Mantas Cesnauskis, koszykarz Śląska
Sezon rozpoczął się dla was udanie - od dwóch wygranych z Wilkami Morskimi Szczecin i Treflem Sopot. Po meczach przedsezonowych trudno było o optymizm.

Mantas Cesnauskis: Cały czas wierzyliśmy w siebie, choć w sparingach graliśmy nie najlepiej. Mieliśmy jednak dużo problemów zdrowotnych podczas przygotowań. Trener w żadnym z tych meczów nie miał do dyspozycji pełnej kadry, co utrudniało zgranie drużyny. Teraz problemy mamy już za sobą, wszyscy są zdrowi i jestem przekonany, że z meczu na mecz nasza gra będzie wyglądała coraz lepiej. Od początku wiedzieliśmy, że jesteśmy mocną drużyną i stać nas na wygrywanie już na starcie rozgrywek.

Pan także opuścił znaczną część przygotowań z powodu kontuzji, najpierw kolana, a później łydki.

- Nie jestem jeszcze na sto procent przygotowany, ale staram się pomóc drużynie na tyle, na ile tylko mogę.

Śląsk przed sezonem został mocno przebudowany. Na papierze wasz skład wygląda imponująco, a w opinii obserwatorów możecie być "czarnym koniem" rozgrywek.

- Myślę, że jest wiele drużyn, które mają wysokie aspiracje i na pewno jedną z nich jest Śląsk. Po powiększeniu liga jest bardziej wyrównana. Nawet beniaminkowie w pierwszych kolejkach pokazali, że nie będą tylko dostarczycielami punktów, a także potrafią dobrze zagrać. Mamy niezły skład i poczucie, że możemy osiągnąć dobry wynik. Zresztą pierwsze mecze pokazują, że idziemy w dobrym kierunku.

W drużynie jest wielu zawodników, którzy mogą wziąć na siebie ciężar gry. To wasza największa siła?

- Myślę, że tak. Mamy dużo zawodników, którzy mogą ciągnąć wynik i w każdym meczu ktoś inny może być liderem. Przeciwko takiej drużynie zawsze bardzo ciężko się broni i nigdy nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać. Nie zamierzamy jednak z tego powodu narzekać.

Macie kilku świetnych strzelców. Nie będzie za dużo chętnych do piłki?

- Mam nadzieję, że nie. Wszystko zależy od trenera, od tego, jak nas ustawi i jakie role przydzieli na boisku. Dobro drużyny jest najważniejsze i wszyscy mamy tego świadomość. Nikt z nas nie wychodzi na boisko tylko po to, żeby wyśrubować swoje statystyki. W ten sposób meczów się nie wygrywa.

Jest pan jednym z bardziej doświadczonych zawodników w szatni. Czuje pan na swoich barkach większą odpowiedzialność w szatni i na boisku?

- Nie jestem osamotniony, bo w drużynie są starsi ode mnie (śmiech). Mamy doświadczoną drużynę, większość zawodników ma około 30 lat. Doświadczenie może okazać się decydujące w kluczowych momentach sezonu. Wiemy, jak zachować się w ważnych momentach.

W poprzednim sezonie z powodu kontuzji pana rola w Stelmecie została zmarginalizowana.

- Rzeczywiście było ciężko. Przez kontuzję długo nie mogłem dojść do siebie, a kiedy byłem już zdrowy, to dostawałem mało minut na boisku. Nie byłem zadowolony.

To główny powód tego, że rozwiązał pan kontrakt ze Stelmetem?

- Wiedziałem, co dzieje się w klubie i jakie mam tam perspektywy. W Zielonej Górze zbudowano bardzo silny zespół, który będzie bił się o odzyskanie mistrzowskiego tytułu. Miałem świadomość, że jak zostanę, to zagram po trzy, cztery minuty, a coś takiego mi nie odpowiada. Mam 33 lata, ale nie czuję się jeszcze koszykarskim emerytem. Mam ogromną chęć grania i jestem przekonany, że będę to robić na wysokim poziomie, dlatego zdecydowałem się na przenosiny do Śląska.

Nie kusiła walka o mistrzostwo Polski i europejskie puchary?

- Oczywiście, że tak, ale czasami lepiej smakuje brązowy medal wywalczony z innym zespołem, kiedy dostajesz swoją szansę i odgrywasz ważną rolę w drużynie, niż gdy zdobywasz złoto, będąc głębokim rezerwowym.

Ale ciężko będzie wygryźć Roberta Skibniewskiego, który ma bardzo mocną pozycję w zespole.

- Rozmawiałem z trenerem o mojej roli w zespole i jest spokojny. Mimo że trenuję już na pełnych obciążeniach, to na razie wciąż nie jestem gotowy do gry na sto procent, bo noga nie jest jeszcze w pełni zdrowa. Trener powoli będzie mnie wprowadzał do zespołu, zresztą jeszcze nie czuję się na siłach na dłuższe występy.

W ostatnich czterech sezonach zdobył pan trzy medale. Ze Śląskiem to możliwe?

- Oczekiwania we Wrocławiu są duże, ale to normalne. Mamy ciekawy zespół, który jest głodny zwycięstw. Celujemy w podium i mam nadzieję, że uda nam się to zrealizować.

W niedzielę gracie ze Stelmetem. Czuje pan dodatkową mobilizację?

- W Stelmecie spędziłem dwa sezony, które świetnie wspominam. Wywalczyliśmy mistrzostwo i wicemistrzostwo. To już jednak za mną. Zawsze jak gra się przeciwko swojej byłej drużynie, to pojawia się dodatkowa mobilizacja, chęć pokazania się z jak najlepszej strony. Jeżeli wyjdę na parkiet, to zrobię wszystko, żeby pomóc drużynie wygrać.

Pojedynek ze Stelmetem to dla was pierwsza poważna próba i weryfikacja możliwości.

- Trudno powiedzieć. Wszyscy mówili, że z Wilkami Morskimi będzie pierwsza, bo to naprawdę ciekawy zespół. Później słyszeliśmy, że Trefl pokaże nam nasze miejsce w szeregu, a mimo to po dwóch pierwszych kolejkach mamy komplet punktów. Nie napinamy się specjalnie na Stelmet. Dla nas to mecz jak każdy inny i w ten sposób się do niego przygotowujemy. Oczywiście mamy świadomość klasy przeciwnika, ale jeśli wszyscy zagramy na sto procent, to jesteśmy w stanie sprawić niespodziankę.

Kluczem będzie zatrzymanie indywidualności Stelmetu?

- W Zielonej Górze jest kilku świetnych zawodników: Burtt, Hosley, Koszarek. Stelmet w dwóch pierwszych meczach grał z beniaminkami - Startem Lublin i MKS-em Dąbrowa, i mimo że je wygrał, to wcale nie były to dla niego spotkania łatwe. Jestem przekonany, że w niedzielę w Orbicie podejmiemy rękawicę i powalczymy.

Gra pan w Polsce już 9 lat. Spodziewał się pan, że zostanie tak długo?

- Przed przyjazdem tu grałem w Rosji, Belgii i na Cyprze. Jak trafiłem do Czarnych Słupsk w 2006 roku, to myślałem, że będzie trochę tak jak zawsze, czyli jeden, najwyżej dwa sezony i wyjadę do innego kraju. Tak się jednak nie stało. Spodobało mi się w Polsce i Słupsku, poznałem tutaj żonę, urodziła mi się córeczka i po zakończeniu kariery zamierzam tam wrócić.

By prowadzić w Słupsku sklep jubilerski?

- Nie jestem już młody, jak na koszykarza, i nie wiem, ile jeszcze pogram, a taki biznes to dla mnie forma zabezpieczenia. A chcę mieć zabezpieczenie na takim poziomie jak podczas gry w koszykówkę. Nad interesem czuwa żona, to ona go prowadzi i wszystko organizuje. Ja skupiam się wyłącznie na koszykówce.

W Polsce spodobało się panu do tego stopnia, że zrzekł się pan litewskiego obywatelstwa i przyjął polskie?

- Taka jest procedura. Na Litwie nie można mieć podwójnego obywatelstwa, dlatego jeśli ubiega się o paszport innego kraju, to trzeba zrezygnować z litewskiego. Nie miałem żadnych wątpliwości, że postępuję słusznie. Jeśli czuję się w jakimś miejscu dobrze, to znaczy, że jestem w domu. A tak jest w Polsce.



Mecz Śląsk - Stelmet rozpocznie się w niedzielę o godz. 20 w Orbicie.