Sport.pl

Koszykówka. Derby zachwyciły. Świetna reklama dyscypliny

Koszykarskie derby regionu Śląsk - Turów zachwyciły. W pojedynku było wszystko, co najważniejsze w baskecie: efektowne akcje, walka, kłótnie, fantastyczny doping i emocje do ostatnich sekund.
Śląsk pokonał Turów 101:99. Wrocławianie po raz kolejny udowodnili, że na własnym parkiecie są niezwykle wymagającym rywalem i mając za sobą wsparcie kibiców, nie pękają przed nikim. Oprócz Turowa przekonały się o tym wszystkie zespoły ścisłej czołówki - Stelmet Zielona Góra, AZS Koszalin i Rosa Radom, które tu przegrały.

Śląsk z Turowem zaprezentował dwa oblicza. W pierwszej połowie zagrał słabo, ale też rywale bardzo dobrze weszli w spotkanie. Wrocławianie mieli ogromne problemy z zatrzymaniem Mardy Collinsa, którego praktycznie każde wejście w strefę podkoszową kończyło się punktami. Jeszcze przed przerwą Turów wyszedł na najwyższe, 14-punktowe prowadzenie. Śląsk jednak nie zamierzał się poddawać.

- Ani na moment nie zwątpiliśmy w to, że jesteśmy w stanie pokonać Turów. W pierwszej części nasza gra kulała, ale później wszystko wróciło do normy. Byliśmy agresywniejsi, dobrze zastawialiśmy deskę, co dało nam łatwe punkty z kontry, wymuszaliśmy faule, mieliśmy więcej otwartych pozycji, i to pomogło - analizował rzucający Śląska Jakub Dłoniak.

To właśnie Dłoniak na dziesięć sekund przed końcem zadał decydujący cios mistrzom Polski, choć wyłamał się z wcześniej ustalonego przez trenera Emila Rajkovicia schematu. - Nasza ostatnia akcja była tak ułożona, że do piłki wychodzi Denis Ikovlev, potem podaje do Aleksandra Mladenovicia, który miał zagrać jeden na jeden z rywalem i kończyć akcję "haczkiem". To się jednak nie udało, bo poszła zasłona. Ja byłem wolny, Aco [Mladenović - przyp. red.] oddał mi piłkę i nie wahając się ani przez chwilę, rzuciłem i trafiłem - relacjonuje Dłoniak.

W niedzielnych derbach było wszystko to, co typowe dla tego typu pojedynków - widowiskowe akcje, dużo walki, słowne utarczki, fantastyczny doping i ogromne emocje. Te najbardziej udzieliły się trenerowi Śląska Emilowi Rajkoviciowi, który miał ogromne zastrzeżenia do pracy sędziów, za co został ukarany przewinieniem technicznym. Wtedy wpadł w furię, krzyczał, rzucał marynarką i machał rękoma w kierunku trybun, zachęcając kibiców do głośniejszego dopingu. Jak później tłumaczył, zrobił to celowo, by wzbudzić w zespole jeszcze większą złość i poderwać go do walki.

- Jego trik zadziałał. Zresztą energia trenera zawsze się na nas przenosi. To widać, że on żyje cały czas przy ławce, gdy dzieje się nam coś niedobrego - tłumaczy Dłoniak.

Rzucający Śląska chętniej wypowiadał się na temat kibiców, którzy w niedzielę stworzyli w hali Orbita niesamowitą oprawę. Byli szóstym zawodnikiem drużyny, a w kluczowych momentach, kiedy gospodarze dochodzili rywali, wspierali ich nieprawdopodobnie głośnym dopingiem. - To był najbardziej szalony mecz, od kiedy trafiłem do Wrocławia. Atmosfera i doping były fantastyczne. W końcówce wszyscy oglądali już mecz na stojąco. To sama przyjemność grać dla takiej publiczności - podkreślił Dłoniak.

Pod ogromnym wrażeniem atmosfery w Orbicie był gwiazdor Turowa Mardy Collins. - Kibice Śląska byli najgłośniejsi i najlepsi ze wszystkich, których tutaj do tej pory widziałem. Wspierali swoją drużynę do samego końca i pozwolili jej wrócić do gry - zauważył Amerykanin.

Mimo wygranej Śląsk pozostał na piątej pozycji, ale ma tyle samo punktów co czwarta Rosa Radom (ustępuje jej bilansem bezpośrednim) i trzeci Turów, który ma jeszcze jedno zaległe spotkanie do rozegrania. Zajmujący obecnie drugie miejsce AZS Koszalin ma punkt więcej od wrocławian. To oznacza, że w pięciu ostatnich kolejkach sezonu zasadniczego podopieczni Emila Rajkovicia wciąż pozostają w grze o trzecie miejsce.

- Po raz kolejny w tym sezonie pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną z charakterem, której największą siłą jest zespołowość. Żaden z nas nie pęknie przed rywalem i się przed nim nie położy - kończy Dłoniak.

Więcej o: