Algirdas Paulauskas przed meczami o finał: Oby gwiazdy z góry na nas przychylnie popatrzyły

Mamy doświadczone zawodniczki, które są w stanie sięgnąć po sukces. To może to być dla nich ostatni moment, żeby coś w tej koszykówce jeszcze osiągnąć - mówi Algirdas Paulauskas, trener koszykarek Ślęzy
W sobotę w Krakowie meczem z Wisłą koszykarki Ślęzy rozpoczną walkę o finał mistrzostw Polski. Ich rywalem w półfinale play-off będzie miejscowa Wisła Can-Pack, która w ostatnich latach zdominowała rywalizację w Tauron Basket Lidze Kobiet.

Dariusz Łuciów: Trenerze, można już gratulować? Ślęza po raz pierwszy od 14 lat zagra o medale mistrzostw Polski.

Algirdas Paulauskas: - Spokojnie, nie ma czego gratulować, bo jeszcze nic wielkiego nie osiągnęliśmy. Oczywiście, ten sezon ja dla nas dobry, bo szliśmy przez niego równo. Co prawda przytrafiło nam się parę frajerskich porażek, ale z drugiej strony pokonywaliśmy silnych rywali. Teraz jest czysta kartka papieru i wszystko zaczyna się od nowa. Nie można wspinać się na górę i nie zobaczyć tego, co jest za nią. Trzeba sięgać po najwyższe cele!

Przed sezonem wiele mówiło się o ambitnych planach Ślęzy. W którym momencie nabrał pan przekonania, że to jest drużyna, która jest w stanie powalczyć o coś więcej?

- Nigdy nie patrzę w tabelę, bo to mnie nie interesuje. Mogę tylko powiedzieć, że pan Cymanek, jeden ze sponsorów klubu, od początku sezonu wpajał nam na każdym kroku, nawet po przegranych, że jesteśmy dobrą drużyną, która jest w stanie bić się z najlepszymi w tej lidze. Mamy w zespole doświadczone zawodniczki. Nie ma w nim jakichś wielkich gwiazd, może poza Sharnee Zoll. Mamy ograne zawodniczki, które są w stanie sięgnąć po wyższe cele. Ich kariery niedługo się skończą, i choć niektóre mają na koncie już jakieś sukcesy, to może to być dla nich ostatni moment, żeby coś w tej koszykówce jeszcze osiągnąć.

W półfinale zagracie z Wisłą, która zdominowała rywalizację w ostatnich latach.

- Nie zastanawialiśmy się nad tym, na kogo chcielibyśmy trafić. Pod koniec sezonu zasadniczego nie było więc mowy o żadnej kalkulacji. Nie koncentrujemy się na innych, bo zawsze trzeba liczyć tylko na siebie. Każdą drużynę mogą dopaść kontuzje, wypadnie jedna czy dwie zawodniczki i jest po drużynie, dlatego nie ma co zagryzać paznokci, że wykalkulowałem sobie jedno, a jest drugie. Trzeba brać co jest i walczyć.

Z perspektywy ostatnich tygodni chyba jednak dobrze, że nie trafiliście na Artego Bydgoszcz, które jak walec rozjeżdżało kolejnych rywali?

- Nie ma lepszych i gorszych przeciwników. Jest tylko ten, z którym gram dzisiaj i to jest najważniejsze. To, co było w przeszłości, nie ma teraz już żadnego znaczenia. Najważniejsze to, co przed nami.

Z trzech pojedynków z Wisłą w tym sezonie wygraliście dwa. To rywal, który wam leży?

- Nie ma żadnej reguły. Kobiety są zmienne i potrafią zmieniać się siedem razy dziennie. O wygranych zadecyduje forma w dniu meczu i to, na kogo gwiazdy z góry przychylniej popatrzą.

Ale przypadku w tych zwycięstwach nie było.

- Przypadków nie ma, jak jest końcowy wynik.

Te dwie wygrane dodały wam pewności siebie? Jesteście w stanie pokonać etatowego mistrza Polski i uczestnika Euroligi?

- Wygrana w Pucharze Polski z Wisłą dodała nam wiary nie tylko na Wisłę, ale także na inne zespoły i końcowy wynik rundy zasadniczej. Dała nam pozytywnego kopa. Wyjątkiem był mecz z Artego, który przegraliśmy 35 punktami, ale wypadek przy pracy zawsze może się zdarzyć.

Co może okazać się kluczowe w starciu z Wisłą, jesteście jeszcze w stanie się czymś zaskoczyć?

- W Wiśle zmieniło się parę zawodniczek, ale u nas po nowym roku, w drugiej połowie sezonu, także doszło do zmian, bo wzmocniliśmy się dwoma zawodniczkami - doszły Marissa Kastanek i Agnieszka Kaczmarczyk. To dało nam pewien komfort, bo w tym momencie mamy pełną, długą ławkę. Wspomniane zawodniczki niemal z marszu weszły do drużyny, szybko się aklimatyzując. Te decyzje kadrowe teraz się spłacają.

W ćwierćfinale z Pszczółką Lublin kluczowa była zespołowa obrona. Teraz też zamierzacie w ten sposób grać przeciwko Wiśle?

- Obrona będzie z jednej i drugiej strony. To jest klucz do zwycięstwa w każdym meczu i nie będzie wyjątkiem i ten.

Finał jest realny?

- Nie chcę przed czasem denerwować przeciwnika, bo to może go dodatkowo zmotywować. Jeśli chcemy liczyć się w walce o finał, to musimy wygrać chociaż jeden mecz w Krakowie. Jeżeli tego się nie zrobi, to później u siebie jest ciężej grać pod kątem psychologicznym, bo trzeba wygrać trzy mecze z rzędu.

Jak nie zdobędziecie medalu po tak udanym sezonie, to jak się pan poczuje?

- Jakbym był na dobrej imprezie i wrócił do domu głodny.