Śląsk oszukał ligę

Koszykówka. Koszykarski Śląsk należący do Waldemara Siemińskiego w piątek ogłosił upadłość i wycofał się z ligi. Zastanawia natomiast, jak to możliwe, że mimo długów pomyślnie przeszedł przedsezonową weryfikację finansowo-organizacyjną spółki i został przez Polską Ligę Koszykówki dopuszczony do rozgrywek?
Polska Liga Koszykówki po przekształceniu się w spółkę akcyjną wprowadziła dla klubów rygorystyczne przepisy dotyczące zgody na grę w rozgrywkach. W tym sezonie do 31 lipca kluby musiały uregulować zaległości wobec PZKosz i PLK. A do końca sierpnia złożyć dokumenty uprawniające do pomyślnego przejścia weryfikacji budżetów i gwarancji finansowych. Tak jest nie tylko w koszykówce, ale też w innych dyscyplinach, jak chociażby w lidze żużlowej, piłce nożnej czy siatkówce. To pewnego rodzaju standardy, które kluby muszą spełniać, by grać w zawodowych rozgrywkach. Inne kraje już dawno przestrzegają tego typu przepisów. Za przykład można podać chociażby ligę włoską, w której drugi sezon z rzędu miał grać Adam Wójcik. Jego klub Pierrell Capo d'Orlando nie został dopuszczony do rozgrywek, bo nie płacił podatków i razem z zespołem z Napoli został usunięty z rozgrywek koszykarskiej Serie A.

By przystąpić do ekstraklasy koszykarzy, zespoły muszą być m.in. rozliczone ze wszystkich zaległości za poprzedni sezon. Muszą zapłacić podatki i przedstawić gwarancje finansowe na kolejny sezon. Sam budżet klubu musi wynosić minimum 1,5 mln złotych. Uregulowane powinny być również wszelkie kwestie organizacyjne, np. władze ligi muszą wiedzieć, w której hali drużyna rozgrywać będzie mecze.

Jak więc liga mogła dopuścić zadłużony klub Waldemara Siemińskiego do rozgrywek? - W czasie procesu weryfikacyjnego, prezes Śląska Wrocław SSA złożył pisemne oświadczenie, że spółka nie ma żadnych zaległości - podkreśla prezes PLK Janusz Wierzbowski. - W porządku były gwarancje finansowe w kwocie 1,5 mln złotych, oświadczenie o braku zobowiązań, podpisane umowy i kontrakty. Nie było więc uchybień formalnych w dokumentach złożonych przez władze Śląska - stwierdza szef PLK

- Śląsk Wrocław SSA złożył przed sezonem oświadczenia, że klub ma uregulowane wszelkie kwestie finansowe. Skoro zostało przyjęte przez zarząd PLK musiało być wtedy spójne i wiarygodne. Jeśli teraz okaże się, że tak nie było, to można mówić o oszustwie - mówi z kolei Roman Ludwiczuk prezes PZKosz.

Waldemar Siemiński na czerwcowej konferencji, gdy chciał przekazać klub miastu, mówił, że jego Śląsk jest czysty i nie ma żadnych zaległości i zobowiązań finansowych. Pod koniec lipca gdy jednak zgłosił zespół do ligi, twierdził, że spółka miała problemy mogące wpłynąć na jej dalszą przyszłość, ale zostały one zażegnane.

Tymczasem Śląsk ma dług wobec Spółki Spartan, która zarządza halą Orbita, gdzie przez kilka ostatnich sezonów rozgrywał swoje spotkania. Wynosi on 350 tysięcy złotych plus odsetki. Klub zalega też z wypłatami wobec byłych pracowników, co wedle przepisów PLK też jest niedopuszczalne. Według prawników byłego trenera Śląska Andreja Urlepa, sportowa spółka jest mu winna 200 tysięcy euro.

- Jedynie ta kwestia budziła zastrzeżenia zarządu PLK. Po konsultacji z kancelarią prawniczą i oświadczeniu prezesa Bałuszyńskiego, w którym napisał, że "zobowiązanie wobec Andreja Urlepa jest wątpliwe i nie zgadza się z nim", postanowiliśmy zaczekać na wyjaśnienie tej sprawy w sądzie - zaznacza szef PLK.

Bałuszyński jednak na początku lipca sam uznał, że Śląsk winny jest Urlepowi pieniądze. - Uważamy, że panu Urlepowi należą się pieniądze, ale nie większe niż 45 tysięcy euro - zaznaczył wówczas prezes Śląska SSA.

Największą stratę klub wykazał jednak w bilansie za 2007 rok. Chodzi o blisko 1,5 mln złotych, jakie musi pokryć w związku z upadłością dwóch spółek zależnych Śląska Eski Wrocław i Wydawnictwa Super Basket, o czym informował Bałuszyński w piątkowym oświadczeniu. To właśnie te zaległości uznał za główną przyczynę wysłania do sądu wniosku o upadłość spółki. Także na to powołał się, wycofując klub z rozgrywek, choć jak wiadomo wcale nie musiał tego robić. Występująca kiedyś w lidze Mazowszanka Pruszków, późniejszy Pekaes grała przez cztery lata w stanie likwidacji.

- Nie chcę komentować ewentualnego złego poświadczenia woli przez prezesa Bałuszyńskiego. PLK nie wiedziała o stracie finansowej w bilansie spółki, bo nie jesteśmy audytorami klubów koszykarskich - wyjaśnia Wierzbowski. - Taki audyt możemy przeprowadzić, gdy spółka jest w likwidacji bądź ogłosiła upadłość. Mogliśmy to zrobić teraz, ale po wycofaniu przez prezesa Bałuszyńskiego klubu z rozgrywek nie ma to już znaczenia - dodaje szef ligi.