Sport.pl

Roszyk: Prokom to nie tylko Woods

- To nie jest przecież tak, że Prokom to tylko Woods. On nie rzuca połowy punktów drużyny, bo pomaga mu pięciu innych zawodników z przeszłością w NBA, są też nieźli Polacy. Wyeliminowanie go nie oznacza jeszcze końcowego triumfu - mówi obrońca Turowa Zgorzelec Krzysztof Roszyk.
Jarosław Garbacz: Po zwycięstwie w drugim meczu w Sopocie wydawało się, że u siebie macie spore szanse na co najmniej jeden triumf.

Krzysztof Roszyk (koszykarz Turowa): Takie były założenia. W obu meczach w Zgorzelcu zabrakło nam jednak wszystkiego po trochu. Szwankowało kilka elementów gry, zabrakło skuteczności z dystansu, rywale zbierali wiele piłek w ataku, bo nasza obrona nie była taka, jak byśmy chcieli. Każdy chciał pomagać, brać ciężar gry na siebie, ale nie byliśmy w stanie w najważniejszych momentach dogonić Prokomu.

W obronie kryje Pan Qyntela Woodsa. Gwiazdor Prokomu to, jak na razie, murowany kandydat do tytułu MVP finałów. Rzeczywiście ten zawodnik jest nie do zatrzymania?

- Nie udało mi się go zatrzymać, ale przeciwko Woodsowi gra się naprawdę ciężko. Może ktoś inny byłby lepszy w walce w obronie przeciwko temu koszykarzowi. Wierzę jednak, że trenerzy coś jeszcze wymyślą. Ale to nie jest przecież tak, że Prokom to tylko Woods. On nie rzuca połowy punktów drużyny, bo pomaga mu pięciu innych zawodników z przeszłością w NBA, są też nieźli Polacy. Wyeliminowanie go nie oznacza jeszcze końcowego triumfu.

To właśnie dzięki indywidualnościom Prokom jest górą? W Waszej drużynie tylko Tyus Edney wydaje się być graczem, który w każdej chwili może pociągnąć wynik.

- Nasz zespół, w przeciwieństwie do Sopotu, opiera się na grze zespołowej. Jesteśmy bardziej zbilansowani i jeśli komuś nie idzie, ktoś inny stara się brać ciężar gry na siebie. Szukamy siebie nawzajem, bo wiemy, że tylko zespołowością jesteśmy w stanie przełamać ekipę Tomasa Pacesasa. Edney to wielka indywidualność, ale, niestety, z powodu braku zmiennika nie jest w stanie grać przez 40 minut cały czas na wysokich obrotach.

Bardzo brakuje Bryana Baileya? Bez niego Turów ma tylko jednego rozgrywającego, a Prokom praktycznie aż trzech. Czy to właśnie w tym tkwi przewaga sopocian?

- Myślę że tak. Bardzo brakuje nam Bryana. On na pewno odciążyłby Tyusa i sam dał nam więcej możliwości zarówno w ofensywie, jak i w obronie. Wierzę, że jeszcze wróci i pomoże nam na parkiecie. Prokom to niezwykle silna drużyna nie tylko na pozycjach niskich graczy. Również pod koszem ma zawodników, których ciężko jest zatrzymać. Nam udało się to w drugim meczu w Sopocie, ale by powtórzyć tamten wyczyn, musielibyśmy mieć masę szczęścia i znów postawić szczelną strefę, na którą przeciwnik nie będzie miał odpowiedzi. Ale wierzę, że możemy wygrać w Sopocie, życzyłbym tego sobie, ale przede wszystkim fantastycznym kibicom ze Zgorzelca.