Sport.pl

Andrej Urlep: Poziom ligi jest słaby

Poziom polskiej ligi jest dużo słabszy niż był. Kluby mają ogromne kłopoty finansowe, jest coraz mniej pieniędzy w koszykówce, dlatego zatrudnia się słabszych graczy - mówi Andrej Urlep, trener Turowa Zgrzelec.
Szczepan Radzki: Był Pan w tym roku w Nowym Jorku, w jakim celu?

Andrej Urlep, szkoleniowiec PGE Turowa Zgorzelec: Mój agent doszedł do porozumienia z zespołem NBA Knicks i mogłem spędzić czas z tą drużyną. Przyleciałem do nich na pierwszy dzień obozu przygotowawczego do Saratoga Springs. Po obozie wróciłem z nimi do Nowego Jorku i dodatkowo spędziłem w klubie około 10 dni. Naprawdę zachowali się super, pokazali mi wiele rzeczy, traktowali jakbym był częścią zespołu.

Jak wygląda od środka funkcjonowanie klubu z NBA? W porównaniu z naszymi drużynami różnica pewnie jest ogromna.

- Ogromna to mało powiedziane, tam przy drużynach pracują tylko i wyłącznie ludzie, którzy znają się na koszykówce. Mają niewyobrażalną wiedzę o koszu, pracują w sposób niespotykany w Polsce. Widzą się codziennie po kilka albo kilkanaście godzin, dużo rozmawiają.

O czym?

- O treningach, o zawodnikach. O tym, gdzie są błędy w funkcjonowaniu zespołu, jak je naprawić, poruszają najdrobniejsze szczegóły. Naprawdę to są prawdziwi profesjonaliści. Ludzie, którzy kochają sport i potrafią wiele ze swoich pomysłów wdrożyć w działanie.

Jakie elementy szkolenia w NBA można przenieść do Polski? Da się to zrobić?

- Na pewno to możliwe. Trzeba tylko usiąść, zrobić dogłębną analizę i próbować małymi krokami iść ku lepszemu. Rok temu kiedy byłem w Toronto tam również poznałem nowe podejście do koszykówki, niektóre rzeczy starałem i staram się wprowadzać w zespołach, które prowadzę.

Przed podjęciem pracy w Turowie obserwował Pan PLK?

- Wiem jakie były wyniki, nie widziałem jednak żadnego meczu do czasu, aż nie przyjechałem do Polski.

Co Pan sądzi o poziomie ligi?

- Jest dużo słabszy niż był. Kluby mają ogromne problemy finansowe, jest coraz mniej pieniędzy w koszykówce, dlatego zatrudnia się słabszych zawodników.

Jeszcze niedawno w Polsce zatrudniało się reprezentantów Litwy, Rosji, solidnych Amerykanów. Teraz wygląda to tak, jakby brano pierwszego lepszego zawodnika rzucającego na podwórku do kosza.

- Aż tak źle nie jest. Przedstawiciele niektórych klubów jeżdżą na obozy, gdzie agenci prezentują zawodników, którzy po prostu nie są z "wysokiej półki". Wszystko jest zależne od budżetu, dlatego kupuje się słabszych graczy.

Co zrobić z tą sytuacją?

- Ważną kwestią jest szkolenie młodzieży. Polska potrzebuje dobrych, młodych zawodników.

Jak do tego doprowadzić?

- Rozwiązanie jest bardzo proste: należy znaleźć trenerów, którzy będą z młodzieżą pracowali. Takich, którzy lubią to robić, mających odpowiednią wiedzę i możliwości. Oni powinni poprowadzić szkolenie o sprawić, że zawodnicy będą grali na najwyższym poziomie.

Innego sposobu nie ma?

- Nie ma. Poza tym w Polsce zaczyna się zbyt późno trenować. Szkolenie zaczyna się w wieku 12-13 lat, a powinno się pracować z dziećmi mającymi 7-8 lat. Pewnie, że nie są to treningi typowo koszykarskie, tylko zabawa z piłką, ale przez tę zabawę dzieci uczą się i wyrabiają sobie od małego technikę.

Takim przykładem może być Polonia 2011, gdzie Walter Jeklin zebrał młodych, zdolnych koszykarzy i spisują się całkiem przyzwoicie.

- Bardzo dobrze, że taki projekt istnieje, że ktoś się za to wziął. Walter Jeklin postawił na polskich graczy, ma trenera z byłej Jugosławii. To jest dobra droga, ale upieram się, że graczy trzeba zacząć szkolić wcześniej. Na przykład we Wrocławiu treningi 7-8 latków prowadzi już Koelner.

Ale na Polonię 2011 nie można patrzeć tylko przez pryzmat teraźniejszości. Trzeba zastanowić się co będzie później, kiedy ktoś zacznie od nich wymagać wyniku, kiedy trafią do innych klubów. Czy staną się graczami, którzy poprowadzą zespół do walki.

Problemem nie jest przepis o grze dwóch Polaków na parkiecie?

- Wszystko co jest sztuczne jest niedobre, ten przepis na pewno jest zły. Polacy nie powinni grać dlatego, że są Polakami, tylko dlatego, że są dobrymi graczami.

Wie Pan, jak PZKosz szuka selekcjonera kadry narodowej?

- Tak i uważam, że to kolejny błąd. Konkurs nie jest najlepszym rozwiązaniem. Powinno przeprowadzać się rozmowy z trenerami po nich wyłonić selekcjonera. To są normalne praktyki.

Tych błędów i problemów jest chyba dużo więcej.

- Oczywiście, że jest . Trzeba przede wszystkim podnieść poziom ligi, znaleźć sponsora. Należy stworzyć jasne i sensowne zasady funkcjonowania, ustalić limity minimalnej liczby miejsc na hali, doprowadzić do tego, żeby w każdej hali były takie same kosze. Jest wiele rzeczy do poprawienia, a ustalenie minimum budżetowego w wysokości 2-3 milionów złotych nie załatwia sprawy. Wzorce trzeba czerpać np. z Hiszpanii. Oni przecież 15 lat temu mieli ogromne problemy. Jednak stworzyli jasne zasady działania i się ich trzymają. Efekty widać wyraźnie - ACB to najlepsza liga Europy.

Można powiedzieć, że koszykówka w Polsce ociera się o amatorstwo.

- Tak surowo nie oceniłbym tego. Przyjmuje się tutaj jednak zasady, które potem się nagina, robi się jakieś wyjątki. Zasady są zasadami, musimy być konsekwentni w ich egzekwowaniu. Ligą muszą zarządzać ludzie, którzy wiedzą jak naprawić ten stan.

Co się stało w Śląsku Wrocław, dlaczego tak naprawdę odszedł Pan z drużyny w połowie sezonu?

- Proszę spytać Waldemara Siemińskiego.

Śląsk rozliczył się z panem?

- Śląsk ogłosił bankructwo. Ja się tą sprawą nie zajmuję, tylko moi prawnicy. Wiem że mam jakieś tam szanse na odzyskanie pieniędzy, ale jeszcze niczego nie dostałem.

Nie wydaje się Panu, że bez Śląska liga jest jakby pusta?

- Mam czasami takie wrażenie, to przecież jeden z najlepszych zespołów w historii koszykówki w Polsce. Oby udało się jak najszybciej wskrzesić zespół.

Dlaczego przyjął Pan ofertę Turowa Zgorzelec?

- Rozmawialiśmy już przed sezonem. Mieliśmy ustalone praktycznie wszystkie warunki, jednak nie podpisaliśmy kontraktu. Wróciłem do domu i miałem kilka niby ciekawych ofert, ale wybierano innych trenerów. Koszykarsko nie miałem nic do robienia i odezwał się Turów. Porozmawialiśmy, doszliśmy do porozumienia i podpisaliśmy kontrakt.

Była Panu potrzebna taka przerwa od koszykówki?

- Myślę, że nie byłoby wielkiej różnicy gdybym kontrakt podpisał już przed sezonem. Może jednak dobrze się stało, bo byłem w Nowym Jorku, widziałem kilka ciekawych rzeczy.

W jakim stanie zastał Pan zespół, obejmując go po Sasie Obradoviciu?

- To była drużyna w której brakowało zaufania, nie została najlepiej zbudowana. Zawodnicy potrzebują czasu na zgranie, zrozumienie. Wszystko jest na dobrej drodze i tak jak mówiłem potrzeba mi około dwóch miesięcy. Dla mnie zaskoczeniem było, że gracze nie byli dobrze przygotowani do sezonu. Teraz mamy cięższe treningi, ale koszykarze muszą się do tego przyzwyczaić. Mamy dwóch nowych graczy i zobaczymy, czy to koniec zmian, czy jakieś jeszcze będą potrzebne. Na wszystko jest potrzebny czas.

Sasa Obradović mówił to samo - nie dostał jednak tego czasu.

- To nieprawda, on miał trzy miesiące. Jestem z zespołem kilkanaście dni i już widać różnicę. Jak się wie, co się robi, to szybko widać gdzie są błędy. Nie mówię, że gramy już świetnie, bo jest jeszcze dużo do poprawienia.

Co było problemem zespołu Obradovicia? Musiał Pan rozmawiać z graczami, aby korygować popełnione wcześniej błędy.

- To już przeszłość. Nie interesuje mnie, jakie stosunki panowały wtedy. Jedyną rzeczą jaka mi się bardzo nie podobała, to fakt że były trener niektórym zawodnikom zakazał rzucać. Żaden trener nie może zabronić rzucać do kosz.

Cel Turowa w tym sezonie?

Gra w finale play-off.

Można nawiązać realną walkę z Prokomem?

- To zależy od wielu czynników. Czy będą jeszcze wzmocnienia, jak zareagują zawodnicy na nowego trenera. Na początku jest zawsze pozytywna zmiana, ale po tym jak się przyzwyczają może być różnie - wtedy zobaczymy co będzie. Myślę jednak, że stać nas na wiele.