Sport.pl

Ludwiczuk: Stworzę modę na basket

Koszykówka podniosła się z kryzysu i ma wszelkie szanse, żeby stać się w Polsce ponownie wiodącą dyscypliną. Moje zadanie przed następną kadencją jest proste: przywrócić modę na basket - mówi Roman Ludwiczuk, prezes PZKosz.
Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas »

Wybory prezesa Polskiego Związku Koszykówki zaplanowano na 29 stycznia. O to stanowisko ubiegać się będzie właśnie Roman Ludwiczuk i Grzegorz Bachański

Szczepan Radzki: Jeszcze przed świętami nie był pan pewny, czy wystartuje w wyborach na prezesa PZKosz, ale teraz zdecydował się kandydować. Czy pana wahanie spowodowane było aferą związaną z wałbrzyskimi wyborami samorządowymi?

Roman Ludwiczuk (prezes PZKosz): Nigdy nie powiedziałem, że nie zamierzam kandydować. Chciałbym kontynuować rozpoczęte przeze mnie działania, bowiem cztery lata mojej pracy to głównie spłacanie długów moich poprzedników. Chciałbym w kolejnej kadencji skupić się na budowaniu mody na koszykówkę, na działania związane z młodzieżą - dlatego właśnie tak zależało mi na organizacji mistrzostw Europy U-18. W czerwcu mamy kolejny Eurobasket, będziemy się starać o prawa organizacji następnych imprez międzynarodowych. Podczas ostatnich czterech lat udało nam się zbudować stabilną sytuację finansową PZKosz. Jesteśmy federacją ocenianą bardzo wysoko w Europie, wiele firm chce z nami współpracować, nie widzę więc powodów, dla których miałbym nie kandydować. Szybkie orzeczenia sądowe potwierdzające ważność wyborów w Wałbrzychu zamykają tę kwestię.

Zarzuca się panu próby politycznego korumpowania rywala. W odpowiedzi pan podał w wątpliwość autentyczność nagrania rozmowy z Longinem Rosiakiem z Wałbrzyskiej Wspólnoty Samorządowej i zawiadomił prokuraturę. Jeśli śledztwo nie potwierdzi pana wersji - a będzie pan wtedy prezesem PZKosz - poda się pan do dymisji?

- Nie widzę związku pomiędzy jedną a drugą kwestią. Wiem natomiast z dokumentów przygotowanych przez informatyka, że złożony w prokuraturze plik z nagraniem stworzony został cztery tygodnie przed rozmową i że do czasu publikacji było kilkadziesiąt ingerencji w ten plik. Nie jestem fachowcem, żeby móc ocenić, co to znaczy - od tego jest właśnie prokuratura, o czym poinformowałem ją 9 grudnia. Proszę więc być spokojnym, nie będzie powodów, żebym musiał się podawać do dymisji.

Na początku minionej dekady koszykówka w Polsce była niezwykle popularna, ustępowała w zasadzie tylko piłce nożnej. Ostatnie lata - czasy pana rządów - dla polskiego basketu były złe. Dyscyplina systematycznie traciła na randze i znaczeniu, a pod względem popularności zdecydowanie wyprzedziły ją siatkówka czy piłka ręczna. Wybór Romana Ludwiczuka na kolejną kadencję nie daje gwarancji, że ta tendencja ulegnie zmianie.

- Trudno mi się z panem zgodzić, że na początku poprzedniej dekady koszykówka przeżywała rozkwit. Początek XXI wieku to brak polskiej reprezentacji w najważniejszych rozgrywkach europejskich, a także kompletna zapaść finansowa PZKosz i dziura budżetowa sięgająca 6 mln zł. Lepsza była końcówka lat 90. - to w 1997 roku po raz ostatni męska reprezentacja brała udział w finałach mistrzostw Europy, w 1999 roku Polki zwyciężyły w Eurobaskecie, ale te sukcesy to przeszłość. W zasadzie od zdobycia medalu ME w 1999 zaczyna się regres, którego apogeum była dymisja prezesa PZKosz w roku 2006, uważam, że za ówczesny stan rzeczy odpowiada również dyrektor biura związku i sekretarz generalny związku.

Moim zadaniem była odbudowa finansów, pozycji i rangi basketu. Dzisiaj Polska gra na najważniejszych imprezach, organizuje najważniejsze wydarzenia i turnieje, reprezentacje młodzieżowe uczestniczą z sukcesami w rozgrywkach o mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata. Oczywiście, że sport jak i cały świat nie stoi w miejscu, a inwestycje, które poczyniły konkurencyjne dyscypliny, wywindowały wymagania kibiców na wysoki poziom, ale dla naszego środowiska to bardzo sprzyjające okoliczności - basket jest widowiskową i atrakcyjną, typowo telewizyjną grą. W mojej ocenie kwestią czasu są kolejne międzynarodowe sukcesy sportowe, bo te - jak pokazują przykłady innych dyscyplin - są wypadkową mądrej i długofalowej polityki rozwoju dyscypliny. My taką politykę prowadzimy w PZKosz od początku mojego urzędowania.

Koszykówka podniosła się z kryzysu i ma wszelkie szanse, żeby stać się w Polsce ponownie wiodącą dyscypliną. W tym celu musi powrócić powszechna moda na basket. Moje zadanie przed następną kadencją jest proste: przywrócić modę na basket.

Zachwalając siebie i swoje sukcesy, wymienia pan przyznanie Polsce organizacji Eurobasketu 2009 i mistrzostw Europy kobiet. Jednak przeprowadzenie Eurobasketu nie wpłynęło na sytuację koszykówki w Polsce. Spotkania ogląda coraz mniej kibiców, stacje telewizyjne nie walczą o prawo transmisji ligowych czy spotkań reprezentacji. Nie udało się rozpowszechnić koszykówki na dużą skalę.

- Nigdy nie przypisywałem sobie przyznania nam praw organizacji Eurobasketu 2009. Organizacja imprezy o skali Eurobasketu pozwoliła na przeprowadzenie koszykarskiej kampanii wizerunkowej, spowodowała, że hale w Polsce sprzedane były w komplecie, że dziesiątki tysięcy ludzi w Polsce miało szanse nie tylko na obejrzenie w akcji wielkich gwiazd NBA, jak Tony Parker czy Pau i Mark Gasol. Także przygotowania do mistrzostw skupione wokół promocji koszykówki wśród najmłodszych zaangażowały tysiące dzieciaków, weźmy pod uwagę choćby wakacyjny tour Marcina Gortata. Nie mogę zgodzić się z tezą, że spotkania ogląda coraz mniej ludzi - w zeszłym roku padł kolejny rekord - ligowy mecz koszykarski oglądało 10,5 tysiąca ludzi, tyle było w czasie meczu derbowego w gdańskiej Ergo Arenie. Powtórzę jednak po raz kolejny - do budowania poważnej marki konieczne są zasoby finansowe i przygotowanie organizacyjne. W Polsce dzisiaj są hale, na których można pokazywać wielką koszykówkę, a PZKosz w ciągu ostatnich czterech lat wyszedł z długów i znalazł się finansowo na prostej.

W ostatnim okresie pana kadencji jako prezesa PZKosz pierwsza reprezentacja potrafiła przegrać z bardzo słabą reprezentacją Portugalii. Drużyna sportowo nie zdołała wywalczyć awansu do najbliższych finałów mistrzostw Europy. Kadra jest w kryzysie, a nie w rozkwicie.

- To pańska ocena i ma pan do niej prawo. Zauważę tylko, że w naszej reprezentacji grają partnerzy klubowi takich zawodników, jak Steve Nash, Vince Carter czy Allen Iverson i ich zadania nie ograniczają się w klubach do podawania piłek. Liderzy naszej reprezentacji grają podstawowe role w klubach stanowiących o sile koszykówki. Dzisiaj nie widzimy jeszcze efektów na poziomie reprezentacyjnym, ale w sporcie sukces nie bierze się z niczego. Jeśli od przeszło 12 lat nie graliśmy na żadnej poważnej międzynarodowej imprezie, to nie można oczekiwać, że od pierwszego startu staniemy się światową potęgą. Koszykówka jest dyscypliną globalną i coraz mniej na świecie słabych drużyn. Pod względem sportowym jest dla nas bardzo ważne, żeby grać z najlepszymi o punkty. W tym sensie udział w tegorocznym Eurobaskecie na Litwie, który osiągnęliśmy w wyniku poszerzenia formuły tego turnieju, jest dla nas okolicznością sprzyjającą.

Podkreślał pan, że po Eurobaskecie konto PZKosz wzbogaciło się o duże pieniądze. Dlaczego więc w minionym roku związek zatrudnił na stanowisku trenera reprezentacji mało doświadczonego Igora Griszczuka, którego ta funkcja przerosła?

- Griszczuk był na to stanowisko typowany i przez środowisko koszykarskie, i przez dużą część mediów. Z perspektywy czasu trudno powiedzieć, czy funkcja trenera reprezentacji go przerosła, czy po prostu nie zrealizował naszych wspólnych celów.

Promocja Eurobasketu przez wielu fachowców od reklamy została uznana za klęskę. Tak było choćby w Warszawie, gdzie zdecydowana większość mieszkańców nie miała pojęcia, że w stolicy odbywa się ważna impreza rangi europejskiej. Po co więc PZKosz zatrudnił agencje Ars Effectica i Sport Media, które miały zajmować się między innymi promocją mistrzostw, jeśli efekty ich prac były znikome?

- To kalka słowna, którą słyszę od dnia rozpoczęcia przygotowań do Eurobasketu. Druga co do wielkości impreza halowa na świecie sprzedała się w komplecie, poza jednostkowymi przypadkami nie mieliśmy wolnych miejsc na trybunach. Przywoływana przez pana faza grupowa w Warszawie rozgrywała się na wyprzedanym do ostatniego miejsca Torwarze, a nie grali tam Polacy. Koszt promocji mistrzostw Europy w koszykówce wynosił ponad siedem milionów złotych, te pieniądze pozwoliły nam sformatować tę imprezę tak, żeby zrealizować obowiązki organizatora. Imprezy tej rangi i tej skali nie mogą się odbyć wyłącznie siłami narodowej federacji. Jeśli chodzi o agencje, z którymi współpracowaliśmy, to wygrały one przetarg i wszystkie warunki umowy zrealizowały w stu procentach bez żadnych zastrzeżeń.

Tuż po mistrzostwach na koncie PZKosz było około dwóch milionów złotych, ale już z raportu z 27 października minionego roku wynika, że związek zaliczył dwa miliony straty. A zaledwie dwa miesiące potem w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" mówi pan, że związek ma pieniądze na stworzenie dobrego produktu koszykarskiego. Jaka jest prawda o finansach związku?

- W 2006 roku, kiedy zostałem prezesem, związek miał sześć milionów długów, jak wspomniałem wcześniej przez cztery lata pracowaliśmy, by spłacić pozostawiony przez poprzedników dług. Rok 2006 zakończyliśmy z wynikiem finansowym na plusie ponad trzy i pół miliona, rok 2007 również zakończył się dodatnim bilansem około pół miliona, rok 2009 dodatnim wynikiem - ponad 4,2 miliona złotych. W latach 2008 i 2010 bilans zakończył się wynikiem ujemnym. Dzisiaj po korytarzach związku nie biegają komornicy i nie zajmują kont, całość mojej kadencji przez cztery lata zakończyła się wynikiem dodatnim porównywalnym z zastanym długiem. Daje to nam punkt wyjścia do budowania długofalowego programu budowy mody na koszykówkę i marki, jaką może być polski basket.

Kadencja zarządu i prezesa w PZKosz skończyła się 6 listopada, jednak pan twierdzi, że dalej jest prezesem związku. Powołuje się pan na opinie prawne wystawione przez kancelarię, z którą współpracuje Andrzej Włodarczyk, prezes Dolnośląskiego Związku Koszykówki i członek komisji rewizyjnej PZKosz. Dla wielu obserwatorów taka sytuacja jest niedopuszczalna i dwuznaczna moralnie. Pana oponenci w oskarżeniach posuwają się jeszcze dalej, twierdząc, że to skandal .

- Jestem prezesem ustępującego zarządu PZKOsz. To sytuacja, która w żaden sposób nie jest niezwykła ani wyjątkowa - ogłoszony został termin zjazdu wyborczego przez zarząd. Nie widzę nic niepoprawnego w powoływaniu się na opinie prawne przygotowanego przez wybitnego prawnika. Jeśli chodzi o sytuacje dwuznaczne moralnie, to przyznaję, że w PZKosz mieliśmy z nimi do czynienia nie tak dawno. W poprzedniej kadencji również termin zjazdu sprawozdawczo-wyborczego "wykraczał" poza koniec kadencji i prezes zarządu wraz z sekretarzem generalnym nie tylko zarządzał związkiem, ale firmował swoim podpisem długofalowe decyzje, mające wpływ na sytuację finansową związku.

Przy organizacji Eurobasketu kobiet w 2011 zatrudnił pan Michała Rachonia, który "zasłynął" z ekscesów pozakoszykarskich. Podczas wizyty w Polsce premiera Rosji Władimira Putina, Rachoń kontestował tego polityka przebrany za penisa. Akceptuje pan taką "formę" protestu?

- Kobiecy eurobasket obsługuje firma Bonivest Polska. Michał Rachoń jest w niej dyrektorem. Uważam, że należy oddzielić działalność polityczną i poglądy, do których każdy ma prawo, od działalności zawodowej. A jeśli pyta mnie pan o opinię na temat słynnego happeningu, to odpowiem - nie podobał mi się.

Górnik Wałbrzych od wielu miesięcy nie wypłaca zaległych pieniędzy swoim byłym zawodnikom, mimo że wygrali oni sprawy sądowe z klubem. Dlaczego PZKosz nie odebrał wałbrzyskiemu klubowi licencji na grę w lidze? Może nie chce pan szkodzić Górnikowi i chroni klub, w którym był prezesem, a pana żona współwłaścicielem?

- To są sprawy, które należą do kompetencji Wydziału Gier i Dyscypliny PZKosz. Moje osobiste zaangażowanie czy moja praca nigdy nie miała wpływu na decyzje podejmowane przez to ciało.

Jako prezes PZKosz będzie pan za dalszą możliwością kupowania dzikich kart, pozwalających na grę w TBL? W ten sposób do ekstraklasy chce powrócić Śląsk Wrocław odbudowywany przez Przemysława Koelnera.

- Tak, dlatego że dzięki tej możliwości koszykówkę możemy promować w miejscach, gdzie jest na nią autentyczne i duże zapotrzebowanie. Dzięki takiemu mechanizmowi możemy pokazywać i promować basket na wysokim poziomie. Koszykówka w województwie dolnośląskim, podkarpackim, łódzkim czy lubelskim powinna się nadal dynamicznie rozwijać, a dzikie karty stosowane w rozgrywkach ligowych na całym świecie są narzędziem do stymulowania takiego rozwoju.

Kamil Łączyński » wraca do Polonii


Więcej o: