Sport.pl

Torey Thomas: Kocham to, co robię

- Chcemy skończyć sezon zasadniczy na pierwszym miejscu, aby zapewnić sobie przewagę własnego parkietu w play-off. Nad resztą będziemy się zastanawiać, gdy rozpocznie się ta najważniejsza część sezonu - mówi Torey Thomas, koszykarz PGE Turowa Zgorzelec
Szczepan Radzki: Torey Thomas to w Polsce nie tylko koszykarz, ale i człowiek znany przede wszystkim ze swoich działań poza parkietem, głównie z akcji charytatywnych.

Torey Thomas (koszykarz Turowa Zgorzelec): Rzeczywiście, działalność charytatywna to ważna część mojego życia. Uważam, że mi się po prostu poszczęściło - gram w koszykówkę, robię to, co kocham, realizuję się i do tego jeszcze mogę zarabiać na tym pieniądze. Dlaczego więc nie pomóc innym, którzy mieli mniej szczęścia?

Kibice w Polsce znają pana działania w naszym kraju, ale mało kto wie o NY Blaze, klubie sportowym, który pan prowadzi.

- New York Blaze to przede wszystkim program dla dzieci w wieku od sześciu do 18 lat, w którym koszykówka jest sposobem prowadzącym do rozwoju osobistego. Nasze motto brzmi: "Przez sport do umiejętności życia". Cel pomocy to przede wszystkim wychować dzieci tak, aby zdobyły odpowiednie wykształcenie.

To znaczy, że można nauczyć się, jak być wzorem nie tylko w sporcie, ale i w życiu, właśnie poprzez granie w koszykówkę. Program rozpoczęliśmy wspólnie z Larrym White'em, Kevinem Higgsem i Ivanem Jonesem, bo chcieliśmy pomóc dzieciom ze środowiska, w którym sami się wychowywaliśmy. Pochodzę z White Plains, miasteczka położonego kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Jorku, i dobrze znam problemy młodych ludzi, a poza tym wiedzę pogłębiłem podczas studiowania socjologii.

Koszykówka, działania charytatywne, strona internetowa, do tego zabawa w dziennikarza. Skąd ma pan na to wszystko czas?

- Priorytetem jest moje zdrowie. Dobre odżywianie i odpowiednia ilość snu prowadzi do tego, że mogę spisywać się dobrze na parkiecie. Reszta to dodatkowe zajęcia, które są możliwe właśnie dzięki graniu w koszykówkę. Umiem dobrze zarządzać czasem i chyba to jest tajemnica mojego sekretu. Poza tym wszystko, co robię, ogromnie mnie cieszy i dlatego nie jest męczące.

Można powiedzieć, że Torey Thomas jest pionierem niektórych działań pozaboiskowych. Niedawno powstała strona internetowa George'a Reese'a, gracza AZS-u Koszalin, który również nagrywa wywiady, jest aktywny, a pana kolega Michał Gabiński studiuje dziennikarstwo.

- Nie sądzę, żebym był wzorem w tych kwestiach. Ale cieszy mnie fakt, że zawodnicy wykazują większą aktywność. Chcą tego nasze rodziny oraz fani. Dzięki takiej działalności kibicom łatwiej jest dowiedzieć się czegoś o koszykarzach i ich ulubionej dyscyplinie. W moich działaniach wspomaga mnie kolega z zespołu Michał Gabiński, studiujący dziennikarstwo. Bardzo mu za to dziękuję, choćby za rzeczy, które są na mojej stronie GoTorey.com. Tam umieszczam materiały z meczów Turowa, ale także rozmowy z innymi zawodnikami czy filmiki pokazujące moje życie w Polsce.

Przejdźmy do kwestii sportowych. Gdy Turów ma problemy w ataku, potrafi pan wziąć sprawy w swoje ręce i decydować o wyniku. Tak było w spotkaniu z Polpharmą w dogrywce czy drugiej kwarcie z Zastalem.

- Wierzę w siebie i ciężko pracowałem całe życie na to, aby potrafić robić takie właśnie rzeczy. Umiem brać na siebie odpowiedzialność, a koledzy jeszcze mnie w tym wspierają, wierzą i oczekują, że w razie czego mogą spoglądać w moją stronę. A ja nie chcę ich zawieść.

Turów gra w tym sezonie wyśmienicie, wygrywa mecze, kibice są zadowoleni. Gdzie leży podstawa waszego sukcesu?

- Nie powiem niczego odkrywczego: ciężka praca na treningach i gra zespołowa. Naprawdę gramy jako drużyna, mamy wspólne cele, nikt się nie wyłamuje i nie obraża. Odkładamy własne ja na bok, a to ważne w sportach zespołowych.

Macie w drużynie gwiazdę? Wielu pana kolegów z Turowa mówi, że nie.

- Nie mamy wielkich indywidualności, koszykarza, który jest gwiazdą. Ale mamy gwiazdę, którą jest cała nasza drużyna. W każdym meczu kto inny może być tym najważniejszym, najlepiej zbierającym, punktującym, podającym. To jest nasza siła.

Jaki jest cel Turowa w tym sezonie? Przy tak dobrej grze fani mogą chyba liczyć na wiele.

- Chcemy skończyć sezon zasadniczy na pierwszym miejscu, zapewnić sobie przewagę własnego parkietu w play-off. Nad resztą będziemy się zastanawiać, jak rozpocznie się ta ważniejsza część sezonu.

Wie pan, kim jest Marcin Gortat? Dla Polaków, którzy interesują się koszykówką, to niezwykle ważna postać. Można nawet powiedzieć, że bohater koszykarski. Po przejściu do Phoenix Suns gra świetnie. Skąd taka postawa?

- Oczywiście, że wiem, kim jest Gortat, ale, niestety, nie widziałem go w grze zbyt wiele razy. W Suns radzi sobie dużo lepiej, bo ma inną rolę niż w Orlando. Jest bardziej aktywny, może grać więcej. To jest zawodnik, który potrafi świetnie grać pick'n'roll i kończyć akcje pod koszem. Poza tym jest twardzielem i nie odpuszcza. W Magic nie był w stanie pokazać swoich umiejętności, bo grał za plecami najlepszego centra w NBA. W Suns ma możliwość i ją wykorzystuje.

Miami Heat posiadają w składzie trzech wielkich gwiazdorów, ale mają ostatnio problemy, nie wyglądają jak drużyna.

- Problem polega na tym, że w sezonie zasadniczym NBA gra się 82 mecze i czasem tak bywa, że zespoły zderzają się ze ścianą. Właśnie w tym momencie przytrafiło się to Heat. Sądzę jednak, że odbiją się i będą groźni dla wszystkich.

W NBA najpewniej dojdzie do lockoutu już po tym sezonie.

- Słyszałem takie plotki, a jeśli to się potwierdzi, będzie to wstyd dla wszystkich związanych z koszykówką. Wierzę jednak, że zawodnicy i działacze dojdą do porozumienia, bo jeśli tak nie będzie, to stracą setki milionów dolarów podczas przerwy w grze.

Kto będzie w tym roku mistrzem NBA?

- Los Angeles Lakers. Mają w składzie Kobe'a Bryanta, gracza, który jest najlepszy w najważniejszych momentach meczu. Mają też trenera, którego nie trzeba przedstawiać nikomu, i zespół złożony z bardzo, bardzo dobrych zawodników.

Jaki jest pana ulubiony zespół i zawodnik w NBA?

- Kiedy dorastałem, moim ulubionym klubem było Chicago Bulls, oczywiście ze względu na Michaela Jordana i Scottie Pippena. Teraz nie mam ulubionej drużyny. Jeśli chodzi o gracza, to lubię Chaunceya Billupsa. To prawdziwy rozgrywający, widzi wszystko, co dzieje się na boisku, i umie wykonywać najważniejsze rzuty, kiedy zespół tego potrzebuje.

Więcej o: