Żużel we Wrocławiu na kolanach. Kiedyś były gwiazdy, teraz jest widmo spadku

We Wrocławiu zorganizowano pierwsze w historii żużlowe Grand Prix Polski, a przez lata kibice mogli oglądać tu najlepszych zawodników i mocną drużynę. Teraz drużyna wrocławskiego Betardu Sparta przegrała w pierwszym meczu barażowym z GTŻ Grudziądz, a w oczy zajrzało mu widmo spadku z Enea Ekstraligi.
Wymowne były obrazki z niedzielnego wieczoru, kiedy z jednej strony trener Marek Cieślak i zawodnik Maciej Janowski w barwach Tauronu Azotów Tarnów cieszyli się z awansu do finału Enea Ekstraligi, a drugiej Betard uległ 39:51 GTŻ-owi Grudziądz w pierwszym meczu barażowym o utrzymanie w tejże.

Oto więc bliscy wejścia na szczyt są: trener który przez dekadę we Wrocławiu pracował i tu wybił się na selekcjonera reprezentacji Polski oraz zawodnik, który jeszcze w poprzednim sezonie w barwach Betardu zdobywał tytuł Młodzieżowego Mistrza Świata. Ich była drużyna w Grudziądzu zanotowała za to blamaż, bo inaczej nie można nazwać porażki wrocławian z wiceliderem I ligi.

W tym kontekście nie ma akurat znaczenia, że podopieczni Piotra Barona nadal zachowali szanse na utrzymanie w żużlowej elicie i mimo 12 punktowej porażki w pierwszym spotkaniu, wcale z niej spaść nie muszą. Ważniejsze jest to, że jeszcze do niedawna nikomu we Wrocławiu nie przyszłoby do głowy, że tutejszy zespół może przegrywać z ekipą pokroju GTŻ-u i naprawdę lękać się o ligowy byt. Wystarczy przypomnieć, że kiedy ostatni raz ówczesny Atlas walczył w barażach o utrzymanie w 2009 roku, to jego rywale z Daugavpils po prostu z nich zrezygnowali. Przedstawiciele łotewskiego zespołu uznali bowiem, że rywalizacja z wrocławianami nie ma sensu gdyż posiadają oni i tak wielokrotnie silniejszy skład i z pewnością przeciwników z I ligi rozbiją.

Z kolei chwilę wcześniej o samej walce o utrzymanie we Wrocławiu nawet nie mogło być mowy, bo Atlas zaliczał się przecież do ligowej czołówki, a w 2006 roku zdobył czwarte w historii mistrzostwo Polski. Jednym z liderów tamtej drużyny był zresztą Duńczyk Hans Andresen, ten sam który w niedzielę okazał się najlepszym zawodnikiem I - ligowego GTŻ-u.

Trzeba powiedzieć, że ewentualny spadek podopiecznych trenera Piotra Barona byłby tyle wydarzeniem przykrym, co w jakimś sensie spodziewanym. W czasie kiedy nasza liga stała się bez wątpienia najsilniejszą na świecie, a żużel kwitnie w kilku miastach, na pięknych stadionach i z tysiącami kibiców, we Wrocławiu przeżywamy ewidentny regres "czarnego sportu". O pieniądze z roku na rok coraz ciężej, drużyna składana jest z wielkim mozołem, a szefowa klubu Krystyna Kloc od dłuższego czasu opowiada, że chętnie oddałaby go w dobre ręce. Tylko, że nikt się do niej nie zgłasza.

W zasadzie to nic dziwnego skoro wrocławski Stadion Olimpijski w porównaniu do obiektów w Gorzowie, Zielonej Górze czy Toruniu straszy archaicznością, a frekwencja na meczach jest wprost proporcjonalna do oferowanego kibicowi komfortu. W wymienionych miastach, tak jak w Lesznie czy Tarnowie, żużel jest zdecydowanie dyscypliną numer jeden, a we Wrocławiu na lokalnym rynku przegrywa już z piłkarskim Śląskiem, a być może i z koszykarskim WKS-em. Jeśli więc w lubuskim czy kujawsko - pomorskim urósł "czarny sport" do rangi religii, to na dolnośląskim przybyło raczej niewierzących. Wszak tu"bogów", czyli świetnych zawodników już nie ma, bo wszyscy wyemigrowali tam, gdzie dano im więcej pieniędzy i gdzie traktuje się ich z odpowiednią czcią.

A we Wrocławiu ? A we Wrocławiu zostały głównie wspomnienia dawnej wielkości: czterech tytułów mistrza Polski, licznych medali i tego, że to właśnie tutaj zorganizowano 17 lat temu pierwsze, historyczne żużlowe Grand Prix Polski. Wtedy byliśmy przez moment żużlową stolicą kraju. A potem nam ją przenieśli.

Czy Betard Sparta Wrocław spadnie z Enea Ekstraligi?