Trener Miedzi Bogusław Baniak: Przez pomówienie i insynuacje nie pracuje z najlepszymi drużynami

- Szubienica nade mną nie wisi, nie ma takiej sytuacji, że jeśli Miedź nie awansuje do ekstraklasy, to wszystko zostanie wywrócone. Z drugiej strony jako doświadczony człowiek wiem, że gdy pojawia się okazja, to trzeba ją łapać - mówi szkoleniowiec Miedzi Legnica Bogusław Baniak
Po rundzie jesiennej Miedź jako beniaminek I ligi zajmuje w niej bardzo dobre, piąte miejsce i ma szansę na awans do ekstraklasy. Legniczanie do lokaty dającej promocję tracą tylko trzy punkty, podczas przerwy zimowej wzmocnili zespół, a wielkie wrażenie robią wyniki ich meczów towarzyskich. Miedź podczas sparingów ograła bowiem 4:1 Śląsk Wrocław, mistrza Polski, a potem pokonała jeszcze 1:0 Lecha Poznań, wicelidera ekstraklasy.

Rozmowa z Bogusławem Baniakiem, trenerem Miedzi Legnica

Grzegorz Szczepaniak: Wyniki sparingów są dla pana ważne?

Bogusław Baniak: Są, i wcale nie dlatego, że wygraliśmy ze Śląskiem 4:1. One składają się na ocenę pracy, którą wykonujemy. Nie są najważniejsze, ale ważne. To zwycięstwo wielu zaskoczyło, odbiło się głośnym echem. Przyznam, że i dla mnie była to spora niespodzianka, no bo graliśmy przeciwko mistrzowi Polski i czołowej drużynie trwającego sezonu. Goście wystąpili w zasadzie w podstawowym składzie.

Kapitan i szkoleniowiec Śląska solidarnie narzekali po meczu na boisko. Trener Stanislav Levy mówił, że nadawało się do gry w hokeja na lodzie, a nie w piłkę nożną

- Graliśmy na takim samym boisku, to naprawdę nie jest aż tak istotne. Jak się ma tytuł mistrza Polski, to do czegoś to zobowiązuje. Zresztą boisko było przygotowane najlepiej, jak można je było przygotować. Jest zima. A sam sparing też przypomniał mi minione lata, kiedy jeździłem z różnymi zespołami za zachodnią granicę na jakieś mecze kontrolne. Tam się zawsze dbało o kibiców. Były ciepłe napoje, okazja do wspólnej zabawy na trybunach. Według takiego wzorca został przygotowany także ten sparing. Idziemy w dobrym kierunku.

Pańskim piłkarzom nie przewróci się w głowie po takim sukcesie?

- To nie są mali chłopcy. Zresztą dla mnie to kolejny argument do pracy pedagogicznej. Zawsze na odprawie mogę wrócić do tego pojedynku i powiedzieć, że skoro dało się wygrać wysoko z mistrzem Polski, to dlaczego nie wygrać z rywalem z I ligi. I nie mówię tego dlatego, że nie szanuję naszych przeciwników, wręcz przeciwnie. Wiem jednak, że w sporcie niemożliwe czasami staje się możliwe. Warto o tym pamiętać.

Możliwe jest na przykład to, by Miedź, będąc beniaminkiem I ligi, awansowała do ekstraklasy? Mentalnie wiosna będzie dla was o wiele trudniejsza niż jesień, bo nie będziecie już nowicjuszem, ale jednym z głównych kandydatów do wejścia do polskiej elity.

- Taka jest sytuacja, że mamy trzy punkty straty do tego drugiego miejsca. Gdyby było osiem, to nie byłoby sensu głowy sobie zawracać. Szansa jest, rozbudzone zostały oczekiwania i nadzieje kibiców. Na szczęście nie ma jakiegoś parcia ze strony władz klubu. Szubienica nade mną nie wisi, nie ma takiej sytuacji, że jak nie awansujemy, to wszystko zostanie przewrócone. To nie w Miedzi. Klub prezesa Dadełły pod tym względem różni się od większości drużyn w naszym kraju. Tu się myśli perspektywicznie i to jest długa perspektywa. Dziś robimy coś, co ma przynieść efekty za dwa, trzy, pięć lat. Nikt nie wymaga wyniku w pół roku. Z drugiej jednak strony jestem już na tyle doświadczonym trenerem i człowiekiem, że doskonale wiem, że gdy jest okazja, to trzeba ją łapać. Nie ma się co oglądać na boki i zastanawiać, że może teraz odpuścić, a za dwa, trzy lata awansować.

A jesteście już gotowi na awans do ekstraklasy?

- Gra na najwyższym poziomie to wielkie wyzwanie. Mamy fajny, nowoczesny, choć bardzo kameralny stadion. Żeby można było na nim grać w ekstraklasie, musi on zostać zmodernizowany, ale np. budowa sztucznego oświetlenia już się rozpoczęła. Taki awans to swoisty wstrząs dla całego miasta, ale jestem optymistą. Legnica sobie z nim poradzi. Dbają o to kompetentni ludzie: prezes Dadełło, pani Martyna Pajączek i prezydent miasta. Ja wiem, że są powody, dla których sponsorzy, właściciele praw telewizyjnych czy marketingowcy woleliby awans Cracovii, Arki czy Zawiszy. Ale my nie mamy ani kompleksów, ani czego się wstydzić. Mamy świetnych kibiców, fajny obiekt, a i miasto też jest takie, że można pozazdrościć. W wielu europejskich ligach kluby ze stutysięcznych miast grają w najwyższych klasach rozgrywkowych i świetnie sobie radzą. Nie widzę powodu, by z Miedzią miało być inaczej. Oczywiście pod warunkiem, że awansujemy.

Dla pana ten ewentualny awans to jedyna okazja, by wrócić do ekstraklasy?

- Ja nie chcę narzekać, ale mam prawo odczuwać pewien żal czy mieć pretensje do iluś ludzi za pomówienia i insynuacje pod moim adresem. One sprawiają, że taki trener jak ja, za którym stoją wyniki, duże doświadczenie, ciągle poprawiany warsztat, do współpracy z najlepszymi zapraszany nie jest. Kiedy odchodziłem z Warty Poznań, pomyślałem, że może warto zrobić krok do tyłu, by potem iść w przód. Po rozmowie z prezesem Dadełłą miałem wyobrażenie, że w Legnicy będzie realizowany wyjątkowy projekt. Wiedziałem, że powstaje klub, jakich w Polsce właściwie nie ma. Dlatego zanurzyłem się w II ligę. Tak, dzisiaj pojawia się szansa, by o sobie przypomnieć w ekstraklasie i pokazać, że Baniak to jest dobry trener.

Pan ma coś do udowodnienia, wielu pańskich zawodników również. To przypadek czy raczej świadoma decyzja, by do współpracy w Miedzi zapraszać ludzi, którzy mają za sobą czasami bardzo ostre zakręty?

- Drużyna, którą tu zbudowałem, to jest taka "parszywa dwunastka". Mamy kilku piłkarzy z trudnym bagażem. Długo się nad tym zastanawialiśmy, nie brakowało wątpliwości prawnych, ale uważam, że podjęliśmy dobrą decyzję. Każdy ma prawo do drugiej szansy, a moi piłkarze ją świetnie wykorzystują. Tej zimy wzmocnień już raczej nie będzie, ale latem pewnie ktoś znowu się pojawi. Wierzę, że znowu zaskoczymy. Ja ten zespół buduję z moimi współpracownikami, z prezesami od zera. To jest w zasadzie autorski projekt. Lubię ludzi z charakterem. Lubię, kiedy mają świadomość swej wartości, a równocześnie uczucie niespełnienia. Do tego trochę młodości i możemy grać tak, jak uwielbiam, czyli do przodu, permanentny atak nawet kosztem kilku straconych bramek. Piłka to ma być widowisko. Jak wygramy 4:3, to znacznie dłużej będę chwalił za bramki zdobyte, niż ganił za stracone.

A gdzie w tym wszystkim miejsce dla wychowanków?

- Pamiętam o młodzieży. Musieliśmy w Miedzi zreformować naszą akademię, tam nie wszystko działało tak, jak powinno. Rocznik 1995/96 jest pierwszym poukładanym tak, jak należy. Za tymi chłopcami idą kolejni. Będzie z nich i Miedź, i w ogóle cała nasza piłka miała sporo pociechy. Przyglądam się tym młodym graczom. Kilku na pewno zaistnieje w pierwszym zespole - taki jest nasz cel. Potrzeba tylko trochę czasu i cierpliwości.