Nawrócony zjazdowiec: Jak zauroczyłem się bieganiem na nartach

Każdy ma własną historię zauroczenia bieganiem na nartach, każdy poczuł to inaczej. Mnie w biegówkach rozkochali najlepsi na świecie - przede wszystkim niesamowita, doskonała Justyna Kowalczyk.
Na nartach zacząłem biegać z powodu sukcesów Justyny Kowalczyk. Jestem jednym z tych, którzy nie posmakowali tego wcześniej, jeszcze przed jej wielką karierą. Historia mojego rekreacyjnego biegania oraz sukcesów i wyjątkowej popularności Justyny Kowalczyk połączyły się rok temu. Jako wolontariusz organizowanego w Szklarskiej Porębie Pucharu Świata zafascynowałem się tym sportem. Nie trochę, nie minimalnie i nie na chwilę. Wciągnęło mnie, jak kiedyś zjazdówki - na maksa.

Zaczęło się od jabłuszka

Z nartami styczność miałem od dzieciństwa. Każde zimowe ferie spędzałem w Szklarskiej Porębie. Tu postawiłem pierwsze kroki na zjazdówkach. Nie od razu jednak potrafiłem się nimi należycie posługiwać. Nauczyć mnie próbował ojciec, próbowali też instruktorzy.

Jednak po setnym spotkaniu mojej twarzy ze śniegiem poddali się. Zostałem dzieckiem zjeżdżającym na sankach, jabłuszkach i innych niekoniecznie prestiżowych metodach zjazdu. Poradzić musiałem sobie sam. Koło domu razem z innymi chłopakami zbudowaliśmy skocznię. Codzienne przesiadywanie na niej od ósmej do ósmej przyniosło rezultaty. Dzięki trwającej kilka lat lokalnej "małyszomanii" nie bałem się już ani prędkości, ani wysokości. Gdy w międzyczasie tato uznał, że jednak coś ze mnie będzie, regularnie zacząłem jeździć na deskach.

W 2007 roku pierwszy raz coś zaiskrzyło. Kowalczyk miała już na koncie brąz z Turynu i samochodów przy Polanie Jakuszyckiej stało jakby coraz więcej. Do tego czasu miejsce to było dla mnie tylko ciekawostką, że jest ktoś w kraju, kto używa nart inaczej niż "wszyscy". Postanowiliśmy spróbować. Ubrany w puchową kurtkę i gruby kombinezon poszedłem przed siebie. Bez ani jednej rady instruktora. Nie wiedziałem wtedy nawet, co ze sobą zrobić - wyglądałem tragicznie. Jakieś to wszystko inne, cieńsze, lżejsze - nie to co porządny, ciężki but do zjeżdżania. Po 15 kilometrach wróciłem cały mokry. Odstawiłem to na zawsze - obiecywałem sobie wówczas.

Przełom

Dokładnie nie pamiętam, kiedy pokochałem biegówki. Po pierwszym razie nie zaiskrzyło, zjazdówki ciągle były numerem jeden. Trenowanie skoku o tyczce nie ułatwiało wyjazdów - trzeba było się poświęcić dla sportu. Tamta era jednak się skończyła i musiałem wymyślić sobie jakieś ciekawe zajęcie. Żeby grubym nie być, żeby na plaży latem dobrze wyglądać. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy.

Gdy tylko usłyszałem, ze Szklarskiej Porębie przyznano organizację Pucharu Świata, od razu wiedziałem, że chcę być wolontariuszem. Tamten weekend wszystko zmienił. Cała ta otoczka narciarzy, setki testowanych nart, idealnie przygotowane trasy. Ból, ale satysfakcja wypisana na twarzach zawodników - nie sposób było się nie zakochać.

Już tydzień później byłem z powrotem w Jakuszycach. Tym razem ubrałem się odpowiednio. Złapałem bakcyla. Najlepszym uczuciem, jakiego można doznać podczas uprawiania sportu, jest wyczerpanie. Gdy czuję, że zmęczonymi rękoma nie potrafię otworzyć drzwi, a nogi od tysięcy kroków nie chcą iść - jestem usatysfakcjonowany. Do końca sezonu już tylko biegałem, a zjazdówki kurzyły się w piwnicy.

Osiągnę cel

Zakochany w zimie nie miałem czasu się wyszaleć, bo przyszła wiosna. Na szczęście znalazłem rozwiązanie w postaci nartorolek. Wszystko jest tam takie samo jak w biegówkach: wiązania, kije, buty. Tylko jedzie się na kółkach. Trenowałem, kiedy tylko się dało. Wkrótce potem za cel postawiłem sobie Bieg Piastów. 30 kilometrów techniką łyżwową.

O porady zapytałem eksperta. Poznany na wolontariacie Zbyszek Galik powiedział mi, co zrobić. To, co usłyszałem, przysporzyło mi bólu głowy. Moją niechęć do długotrwałego wysiłku trzeba było przezwyciężać za każdym razem, kiedy wychodziłem na trening. Po pewnym czasie, wbrew przypuszczeniom, polubiłem zmęczenie - teraz sprawia mi to nawet przyjemność.

Niestety, mieszkając na nizinach, nie da się codziennie pójść na biegówki. Nawet cotygodniowe wyjazdy i trzaskanie "łyżwą" na raz wielu kilometrów to dla mnie za mało. I kto by kiedyś pomyślał, że mając takie parcie na zjeżdżanie, mój narciarski świat wywróci się do góry nogami. I choćbym miał wypluć płuca, chociaż odpadną ręce, dobiegnę do mety. Jako członek drużyny "Gazety".