Sport.pl

Julian Gozdowski, legendarny komandor Biegu Piastów: Wsłuchać się w muzykę nart

Do Jakuszyc w sobotę i niedzielę przyjeżdżają tłumy ludzi, nie tylko nie ma gdzie zaparkować samochodu, ale ciężko jest rower wcisnąć. To niewiarygodne i niesamowite, jak biegówki stały się popularne - mówi Julian Gozdowski, twórca Biegu Piastów, legendarny komandor tej imprezy.
Artur Brzozowski: Kto ma większe zasługi w promowaniu narciarstwa biegowego w Polsce: pan czy Justyna Kowalczyk?

Julian Gozdowski: Dawno, dawno temu było w kraju kilku zapaleńców narciarstwa biegowego, nie tylko ja. A Justyna stała się ukoronowaniem tych naszych starań, dzięki niej bieganie na nartach nabrało zupełnie innego znaczenia. Wcześniej liczyli się tylko zjazdowcy. Mieli piękne buty, narty, kombinezony. Taki osobnik mógł nawet nie zjechać ze stoku, tylko przejść się po ulicy i był niezwykle ważny, piękny. A biegacze? Gdzieś tam na peryferiach wbiegali do lasu i znikali na kilka godzin. Teraz biegacz narciarski jest widoczny, doceniany. To dzieło Justyny.

Początki Biegu Piastów od strony organizacyjnej były lekko prymitywne.

- Nawet bardzo prymitywne! Na szczęście wspomogli nas leśnicy ze Szklarskiej Poręby, bo pozwolili na polanie rozpalić ogniska. Nad ogniskami ogrzewaliśmy narty i smary, a potem ręką albo korkiem rozprowadzaliśmy je na nartach. Wtedy biegacze wyróżniali się tym, że zazwyczaj mieli bardzo brudne dłonie. Narciarza biegowego rozpoznawało się po tym, że miał ze sobą margarynę, bo ona ułatwiała zmywanie smaru. Poza tym leśnicy pozwolili nam też podciąć gałęzie drzew, dzięki temu mieliśmy wieszaki na ubrania. Bo oczywiście ludzie rozbierali się na polanie. To był 1976 rok.

A wsparcie władz?

- Rok wcześniej powstało województwo jeleniogórskie. Dlatego miejscowy sekretarz partii Stanisław Ciosek uznał, że taka impreza dobrze rozreklamuje mu województwo, i dał zgodę na organizację zawodów. Paradoksalnie chyba najbardziej rozpropagowała nas Polska Kronika Filmowa, kiedyś najważniejsze medium. Mieliśmy ich zapewnienie, że przyjadą do nas, nakręcą i pokażą. To było coś! Bardzo pomogli mi dziennikarze z radiowych Sygnałów Dnia. Pojechałem do Warszawy, zacząłem opowiadać, snuć wizje i jeden z dziennikarzy stwierdził: "A wie pan, że to może być ciekawe". Bardzo często doradzał mi Tadeusz Sznuk, do dziś mam z nim kontakt.

Zanim ostatni startujący przebiegnie 50 kilometrów i dotrze na metę mija wiele godzin.

- Zawsze czekam na ostatniego biegacza. Niektórzy dobiegają na metę po godzinie 18. Kiedyś zgubił nam się jeden Chińczyk z Singapuru. Było całkowicie ciemno, więc szukałem go na skuterze, przyświecając sobie latarką. A on najpierw zjadł sobie obiad w schronisku Chatka Górzystów, a potem dostojnie podążał do mety.

Podążał, czyli szedł?

- Uczestników Biegu Piastów prywatnie dzielę na kilka grup. Najpierw jest setka tych, którzy biegną, i oni chcą wygrać zawody. Kolejni prawie biegną, w trzeciej grupie są ci, którzy myślą, że biegną. Na końcu ci, co "lezą". Kiedyś pewien 84-letni profesor stwierdził, żebym nie mówił, że oni "lezą", tylko godnie idą.

Gdyby pan teraz wystartował w Biegu Piastów, to w której grupie uczestników znalazłby się pan na trasie?

- Zdecydowanie lazłbym, a mówiąc kulturalnie - godnie bym szedł.

Rok temu w wywiadzie dla "Gazety" przyznał pan, że od dawna już nie biega na nartach.

- Niestety, nart nie miałem na nogach już pięć lat. I szczerze mówię, zły jestem na siebie! Teraz podjąłem bezwzględne postanowienie - po tym Biegu Piastów zakładam narty i pospaceruję. Może to się wyda dziwne, ale ja przez cały rok naprawdę mam tyle pracy z przygotowaniem imprezy, że nie mam kiedy pobiegać na nartach.

Powiedział pan kiedyś: "Szum tysięcy sunących nart, to najpiękniejsza muzyka".

- Prawie wszystkie biegi na świecie mają spikera. On krzyczy, podbija bębenek emocji, jest niebywale głośno. Kiedy w latach 70. wysłano mnie na Bieg Wazów, zobaczyłem, że tam jest zupełnie inaczej. Dominuje cisza. I w Biegu Piastów jest podobnie. Spiker podaje tylko najważniejsze komunikaty, a na pięć minut przed startem wyłączam wszystkie mikrofony, głośniki. Startujący mogą się skoncentrować. Ale cisza jest pozorna, bo przecież słychać muzykę nart. Każda wydaje dźwięk. To piękne chwile, w tych dźwiękach łączy się wysiłek tysięcy biegnących ludzi.

Rok temu w Jakuszycach pierwszy raz w naszej historii zorganizowano Puchar Świata w biegach narciarskich. Przed zawodami atmosfera była lekko nerwowa, gdyż Justyna Kowalczyk i Marit Bjoergen nie przepadają za sobą. A pan powitał Norweżkę wielkim bukietem róż. Kowalczyk była zła?

- Nie, wręcz przeciwnie! Pamiętam, że Bjoergen bała się, że zostanie w Polsce źle przyjęta. One z Justyną zażarcie rywalizują, a to przeniosło się na naszych kibiców. Więc jak Bjoergen przyjechała do hotelu, to szybko tam się pojawiłem i wręczyłem jej wielki bukiet róż. Norweżka była lekko zaszokowana. Justyna dowiedziała się o tych kwiatach. Kiedy trenowała na Polanie Jakuszyckiej, nagle podbiegła do mnie i zapytała: - Dał pan Bjoergen kwiaty? Tak - odpowiedziałem. - To dobrze, niech wie, jak w Polsce wita się gości. Później przeczytałem w jednym z wywiadów z Bjoergen, że tylko w Polsce dostała kwiaty przed, a nie po zawodach.

Kowalczyk stała się idolką, jej śladem idzie wielu biegaczy amatorów.

- Właśnie, najważniejsze, że biega nie tylko Justyna, ale tysiące amatorów. Do Jakuszyc w sobotę i niedzielę przyjeżdżają tłumy ludzi. Nie tylko nie ma gdzie zaparkować samochodu, ale ciężko jest rower wcisnąć. To niewiarygodne i niesamowite, jak biegówki stały się popularne.

Ale Polana Jakuszycka rozbudowuje się, plany są bardzo ambitne: stadion, szatnie, strzelnica dla biathlonu, parking.

- Dla mnie najważniejsze są szatnie z zapleczem, tak żeby każdy mógł się przebrać i umyć w przyzwoitych warunkach. Nie potrzeba nam wielkich pałaców. Są wielkie plany inwestycyjne, ale ja się trochę boję, żeby one nie zniszczyły niepowtarzalnego charakteru tego miejsca. Polana Jakuszycka to mekka biegaczy amatorów, oni są dla mnie najważniejsi.

Kto sfinansuje inwestycje?

- Mamy pewne problemy. Ja muszę jechać do ministerstwa, tłumaczyć się, prosić. A myślę, że powinno być tak - ci z ministerstwa przyjeżdżają do nas i mówią: świetną imprezę tu robicie, czego wam potrzeba? Na szczęście pomaga nam Dolnośląski Urząd Marszałkowski, są sponsorzy. Choćby taki KGHM sponsoruje nas od wielu lat. Prezes tej firmy zawsze powtarza, że bardzo ważne jest, aby w takich imprezach startowało jak najwięcej amatorów zapaleńców. Myślimy podobnie, bo dla mnie równie ważny jak zwycięzca biegu jest i ten, który przybiegnie na 1938. miejscu.

Organizując w Jakuszycach pierwsze biegi, jakie miał pan marzenia? Jak patrzy pan teraz na skalę imprezy, to co myśli?

- To wszystko przerosło marzenia, moje oczekiwania. Kiedyś biegło 500 uczestników z Polski. A dziś z 32 krajów świata przyjedzie prawie 1300 osób, w sumie pobiegnie z sześć tysięcy. Nigdy tego nie spodziewałem się. Pamiętam, jak w drugim Biegu Piastów w 1977 roku wystartował pierwszy obcokrajowiec, to był Australijczyk. I wtedy, aby podnieść rangę zawodów, mówiliśmy, że organizujemy imprezę, która ma międzynarodowy charakter!

*Julian Gozdowski

Ma 78 lat. Twórca Biegu Piastów oraz Biegu Gwarków - największych biegów narciarskich w Polsce. Bieg Piastów należy do Worldloppet, federacji zrzeszającej 15 największych biegów na świecie. Julian Gozdowski przez wiele lat był komandorem tej imprezy, od tego roku - jak sam mówi - będzie już tylko komandorem honorowym. Prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów zarządzającego Polaną Jakuszycką.

Więcej o: