Po pierwszym starcie w Biegu Piastów: Nie trzeba wygrać, aby zwyciężyć

Ireneusz Kontecki na nartach zaczął biegać niedawno. Ale trafił do drużyny ?Gazety?, potrenował przez kilka tygodni i pierwszy raz w życiu wystartował w Biegu Piastów.
Członkowie Drużyny "Gazety", którzy pobiegli w Biegu Piastów, to ludzie o różnych zainteresowaniach i profesjach: naukowiec, pracownik Lasów Państwowych czy koncernu motoryzacyjnego.

- Bieganie to moja odskocznia od codzienności, rodzaj relaksu. Kondycję staram się utrzymać przez cały rok. Lubię biegać po nadodrzańskich wałach, kiedy pokonuję kolejne kilometry, czuję się naprawdę wolny - podkreśla wrocławianin Ireneusz Kontecki.

Ma już na koncie kilka biegów masowych, jak choćby górzysty trzebnicki Bieg Sylwestrowy. Bieganie na nogach nie wystarcza mu jednak do pełni satysfakcji, więc postanowił spróbować sił na nartach.

- Na biegówki pierwszy raz wybrałem się na początku zeszłego roku. Chciałem utrzymywać kondycję i jednocześnie odpocząć od tradycyjnego biegania. Nie wiedziałem, że to tak wciąga - wspomina.

Kontecki - ze względu na znaczne braki w technice - przymierzał się do startu w zawodach dopiero w przyszłym sezonie. Jednak zmienił zdanie, kiedy został wybrany do naszej gazetowej drużyny. Początkujący narciarz postanowił solidnie poćwiczyć i odpowiednio przygotować się do Biegu Piastów. I wystartował.

Po wczesnej pobudce i wspólnej podróży busem na Polanę Jakuszycką nie było nawet czasu na porządną rozgrzewkę. O godz. 10 wystartowali.

- Ruszyłem z czwartego lub piątego sektora - wspomina Kontecki. - Wszystko odbywało się tak szybko, a przede mną było blisko trzydzieści kilometrów walki. Niestety, szybko traciłem zawodników z zasięgu wzroku. Ale równocześnie było tłoczno. Tam nikt nie odpuszczał i nic w tym dziwnego. Pierwsze kilka kilometrów było prawdziwą walką o przeżycie. Wielu doświadczonych niepowodzeniami uczestników przestrzegało mnie przed początkowym chaosem, tam liczy się tylko bezpieczeństwo - podkreśla.

Zdarzało się, że biegacze wypuszczali kijek albo go łamali. Powrót po niego lub próba wymiany na nowy zwykle kończyła się niepowodzeniem lub ogromną stratą czasu.

Kontecki: - Do pierwszego bufetu, który rozstawiono na ósmym kilometrze, czułem się jak na polskiej drodze, panował wielki bezład i piractwo. Szybka jazda, wyprzedzanie z prawej, z lewej czy na trzeciego to norma. Każdy walczył o pozycję, co kilka sekund miały miejsce lekkie stłuczki albo najeżdżanie na narty. Po ósmym kilometrze zrobiło się luźniej i wreszcie mogłem zacząć się ścigać.

Właśnie ten element zauważa wielu narciarzy - że prawdziwa przyjemność płynąca ze startu w dużych narciarskich imprezach masowych wzrasta wraz z upływem kilometrów. Z czasem biegacze sa rozproszeni na trasie, łatwiej jest kogoś wyprzedzać.

- Moje mięśnie stawały się coraz słabsze, byłem zmęczony. Wiedziałem, że tylko, gdy będę skupiony, uda mi się odnieść sukces. Niestety, chwila nieuwagi i rozluźnienia spowodowały mały upadek. To był chyba 17. kilometr - wspomina.

Ale mimo wielu problemów pan Ireneusz zdołał pokonać trasę debiutanckiego wyścigu.

- Sam w to nie wierzę, ale to 26 kilometrów było nie tylko moim pierwszym startem w życiu, lecz także w ogóle pierwszą zimową wizytą na Polanie Jakuszyckiej. Startowałem z numerem 1344., więc teoretycznie ruszyłem jako 1344. zawodnik. Bieg ukończyłem na 772. miejscu, z czasem nieco powyżej 2,5 godz. Całkowicie mnie zadowala. Nie trzeba wygrać, żeby być zwycięzcą. Dla mnie najważniejsze było osiągnięcie mety. Teraz wiem, że kiedyś przebiegnę królewską "pięćdziesiątkę" - zapowiada.