Od amatorskiej zabawy do krajowej dominacji: Giganci jajowatej piłki

Zaczynali bez sprzętu, na peryferyjnej górce, bo tam nikt ich nie wyganiał. Teraz Giants Wrocław są krajową potęgą w futbolu amerykańskim i w niedzielę na Stadionie Narodowym zagrają o mistrzostwo Polski.
Górka Szczepińska i skrawek dawnego boiska baseballowego w okolicach Stadionu Olimpijskiego to dla futbolu amerykańskiego we Wrocławiu miejsca kultowe.

Tu tworzyła się pierwsza drużyna w mieście i jedna z pierwszych w kraju - Angels Wrocław.

Amatorskie początki

Później została przekształcona na The Crew, a od dwóch sezonów występuje jako Giants. Na boisku na Górce Szczepińskiej, sąsiadującej z torami kolejowymi, ogródkami działkowymi i Odrą, zbierało się początkowo kilku zapaleńców. Łączyła ich wspólna pasja do jajowatej piłki.

- To było jedyne miejsce we Wrocławiu, gdzie nikomu nie przeszkadzaliśmy i z którego nikt nas nie wyganiał - wspomina Marcin Wyszkowski, jeden z założycieli drużyny.

Teren miał też atuty logistyczne. W pobliżu można było schować opony, worki z piaskiem i słomą, dowożone taczkami. Wszystko to potrzebne było podczas treningów. Na początku powalali się na ziemię bez specjalnych ochraniaczy na ramiona i tzw. żółwi, które chronią tułów i sprawiają, że futboliści wyglądają jak gladiatorzy. Kasków oczywiście też nie mieli.

Skrzykiwali się przez internet. Znaleźli kontakt do Jacka Walluscha, jednego z trenerów futbolu amerykańskiego. Wallusch na treningi przyjeżdżał do nich z Poznania. We Wrocławiu trzeba było zapewnić mu nocleg i zwrócić koszty podróży.

Na pierwszy mecz - bez sprzętu - pojechali 17 września 2005 roku do Suchego Lasu pod Poznaniem. Rywalem był 1. KFA Wielkopolska. Ze statystyk wynika, że był to drugi bądź trzeci mecz futbolu amerykańskiego rozegrany w Polsce. Futbolowy pojedynek uświetniał wówczas festyn dzielnicowy. Wrocławianie pojechali w dziesięciu. Przegrali 0:50.

- Ze względu na zdrowie to nie było rozsądne, co zrobiliśmy. Do dzisiaj pamiętam zderzenie z potężnym, ważącym ze 150 kilogramów rywalem. Ale chodziło nam o promocję futbolu - zaznacza Wyszkowski.

W pociągu, w drodze powrotnej do Wrocławia, powstała nazwa i logo zespołu. Drużynę ochrzczono jako Angels Wrocław, a jej logo to litera A ze skrzydłami. Kilka miesięcy później "Aniołom" udało się skompletować sprzęt do grania. Zawodnicy zrobili zrzutkę, a część pieniędzy dołożył jeden z amerykańskich przedsiębiorców mieszkających we Wrocławiu. Mieli 15 tys. zł. Po ochraniacze i kaski trzeba było jechać aż do Holandii, bezpośrednio do producenta. Wypożyczyli przyczepkę, żeby zmieściło się 20 kompletów. Kupili zestawy juniorskie, bo były tańsze.

- Po sprzęt w środę pojechało dwóch zawodników. W niedzielę mieliśmy zagrać spotkanie z Liberec Highlanders. O mało co, a mecz by się nie odbył, bo w drodze powrotnej przyczepka pękła i oderwała się od samochodu. Sprzęt dostaliśmy na kilka godzin przed meczem - śmieje się Wyszkowski.

American dream

Chłopacy z Górki Szczepińskiej w ekspresowym tempie zawojowali krajowe boiska. W 2006 roku zmienili nazwę na The Crew, czyli "Załoga" - na boisku, jak i poza nim wszyscy trzymali się razem. Byli nie tylko kolegami z drużyny, ale także przyjaciółmi, wspólnie chodzili na imprezy. W efekcie jeden za drugiego poszedłby w ogień.

Już w drugim sezonie występów w PLFA The Crew zdobyło mistrzostwo Polski. Później trzykrotnie grało w finale. Trofeum wznieśli jeszcze raz, w 2011 roku, pokonując odwiecznego rywala zza miedzy - Devils Wrocław. Finałowy pojedynek w Bielawie po raz pierwszy transmitowała telewizja.

The Crew także jako pierwsze reprezentowało nasz kraj w europejskich pucharach - w EFAF Cup w 2008 roku. Jako pierwszy polski zespół sięgnęło również po gracza z Ameryki. Szlaki we Wrocławiu przecierał George Abele. Furory jednak nie zrobił. Rok później The Crew jako pierwsi w kraju zakontraktowali gracza, który otarł się o najsilniejszą ligę świata - NFL. Mowa o Akim Jonesie, który w 2005 roku był zawodnikiem Washington Redskins. Bez graczy zza oceanu nie byłoby sukcesów. To oni robili różnicę, odgrywali główne role na boisku i wcielali się w trenerów.

Ściągali kolejnych Amerykanów. W 2009 roku Aki Jones namówił na grę we Wrocławiu swojego kolegę z Northwestern University - Marka Philmore'a, a w kolejnym sezonie ten pomagał w transferze Deante Beattle'a i jego brata Khiriego. Jamala Schultersa, obecną gwiazdę zespołu i ligi, szefostwo klubu wypatrzyło w portalu Europlayers, w którym amerykańscy gracze szukający klubu w Europie zakładają swoje konta.

- Obcokrajowcy zarabiają u nas po tysiąc euro, czyli tyle, ile płaci się w całej Europie. Do tego musimy im zapewnić mieszkania. Czasami pomagamy w znalezieniu dodatkowej pracy - tłumaczy prezes wrocławskiego klubu Jakub Głogowski.

Aki Jones po nieudanej przygodzie z NFL pracował w USA jako ochroniarz w sklepie. We Wrocławiu grę w The Crew łączył z pracą native speakera w jednej ze szkół językowych. A Mark Philmore wystąpił niedawno u boku Mike'a Tysona w reklamie napoju energetycznego Black. Teraz w składzie wrocławian jest czterech Amerykanów: bracia Deante i Khiry Battle, Mark Philmore i Jamal Schulters. Ten ostatni jest gwiazdą ligi, w tym sezonie zdobył ponad połowę punktów dla swojej drużyny.

To niejedyna namiastka Ameryki w tej bijącej rekordy popularności za oceanem dyscyplinie sportu. Podczas meczów Giants, oglądanych średnio przez około tysiąca widzów, organizatorzy wprowadzają element show. Są roztańczone cheerleaderki, rozbrzmiewająca z głośników muzyka oraz efektowne wjazdy hummerami.

Transfery gwiazd

We wrocławskiej drużynie epizody zaliczyli dwaj świetni sportowcy - legenda koszykówki Maciej Zieliński i zapaśnik Damian Janikowski. Ten pierwszy był w kadrze zespołu, który w 2007 roku zdobył mistrzostwo Polski. Jego udział w sukcesie miał wymiar symboliczny. Legendarny koszykarz Śląska zaliczył krótki epizod w meczu z Warsaw Eagles. Nad Stadionem Olimpijskim przeszła wówczas burza. "Zielony" nie miał na sobie specjalnych korków, gdyż klub miał problem ze znalezieniem odpowiednich butów w jego rozmiarze - 49. Dlatego zagrał w butach koszykarskich, w których sunął po murawie niczym panczenista po lodzie. Dzięki występowi przeciwko Eagles do ośmiu złotych medali wywalczonych ze Śląskiem dołożył jeszcze jeden, w futbolu amerykańskim.

Jeśli w tym roku po tytuł sięgną "Giganci", to swój medalowy dorobek powiększy brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich z Londynu w zapasach - Damian Janikowski. Zapaśnik WKS-u ma na swoim koncie kilka treningów, na których aż palił się do gry. Żeby niepotrzebnie nie narażać go na kontuzje, na początek przewidziano dla niego rolę kopacza. To wykop Janikowskiego otworzył mecz Warsaw Eagles z Giants na Stadionie Olimpijskim.

- Damian jest bardzo silny, ale i bardzo wygimnastykowany. Gdyby nie fakt, że uprawia inną dyscyplinę sportu i nie może narażać swojego zdrowia, toby u nas grał. Kto wie, może po zakończeniu zapaśniczej kariery uda nam się go namówić na grę w "Gigantach" - analizuje Głogowski.

Futbolowi żołnierze

Trzon zespołu stanowią zawodnicy związani z nim od lat. - U nas nie ma dużej rotacji. To nasza siła - przekonuje prezes Jakub Głogowski.

Najstarszym "Gigantem" jest "Ksiądz", czyli Jakub Niżewski, który ma 34 lata. Jeszcze klika lat temu do drużyny były organizowane regularne nabory. - Początkowo przychodziły do nas osoby, które nie miały wcześniej kontaktu ze sportem. Treningi futbolu amerykańskiego to nie miejsce, żeby leczyć kompleksy sportowe, dlatego takich, co nie potrafili zrobić nawet pompki, nie dopuszczaliśmy do zajęć. W mieście mówi się o naszej drużynie, że to my jesteśmy ci źli, niepokorni, elitarni - opowiada Wyszkowski.

Futboliści to często byli sportowcy. Wojciech Kosendiak był reprezentantem Polski w trzech dyscyplinach - bobslejach, podnoszeniu ciężarów oraz rugby siedmioosobowym. Bracia Tomasz i Bartosz Dziedzicowie trenowali piłkę ręczną w Śląsku Wrocław. Mający aż 205 cm wzrostu Babatunde Aiyegbusi grał w juniorach koszykarskiego Śląska. Z kolei bracia Kamil i Mateusz Ruta są zawodowymi żołnierzami. Na treningi i mecze często muszą starać się o przepustki. W wojsku koledzy patrzą na nich z podziwem, ale przełożonym nie zawsze to odpowiada. Futboliści ciągle są narażeni na kontuzje. Kamil w obu dłoniach miał połamane wszystkie palce, oprócz lewego kciuka. Do tego dwa razy wybił bark, miał skręcone kostki, połamane żebra i wstrząśnienie mózgu.

Z pierwszego składu, który zaczynał na Górce Szczepińskiej do dzisiaj pozostało czterech zawodników: Michał "Górnik" Górniak, Krzysztof "Słoń" Konieczny, Łukasz "Sutek" Sutkowski i Rafał "Łysy" Łysiak.

Dom Gigantów

Przed poprzednim sezonem udało im się pozyskać sponsora, firmę Mitutoyo, specjalizującą się w urządzeniach pomiarowych. Japończycy podpisali umowę na trzy lata, w 2013 roku przekazali na klub ok. 300 tys. zł. Budżet na cały rok to niespełna pół miliona złotych. W sumie w strukturach Giants jest ok. 100 zawodników. Połowa z nich stanowi kadrę pierwszego zespołu, reszta to zawodnicy drużyny rezerw i juniorzy. W sezonie zawodnicy płacą 50 zł składek miesięcznie. Mają z tego opłacaną siłownię oraz ubezpieczenie. - W naszej lidze wciąż są jednak drużyny, których zawodnicy muszą dopłacać do gry. Jeden z zawodników przyznał mi, że gra w Toplidze kosztowała go 2 tys. zł. - zaznacza Głogowski.

Niedługo Giants będą mieli swój nowy dom. "Giganci" wspólnie z miejscowymi drużynami lacrosse, rugby i ultimate frisbee zmodernizują boisko przy ul. Lotniczej, które zostanie dostosowane do ich potrzeb i będzie służyło za bazę treningową. Pół miliona złotych na ten cel z budżetu obywatelskiego przeznaczy miasto. Mieszkańcy Wrocławia w głosowaniu najwyżej ocenili ten projekt.

Giants Wrocław, futbol amerykański