Sport.pl

Piotr Baron po utrzymaniu: Pokazaliśmy, że mamy jaja

- Pokazaliśmy, że mamy jaja. Chłopcy są wielcy i bardzo im za to dziękuję. Idziemy na drinka, bo zasłużyliśmy na to - mówił po niedzielnym meczu menedżer Betardu Piotr Baron. Jego podopieczni pokonali Lechmę Start Gniezno 65:24 i przy porażce PGE Marmy Rzeszów zapewnili sobie pozostanie w Enea Ekstralidze.
Spartanie naprawdę mogą być z siebie dumni, bo przed sezonem wydawało się, że ich utrzymanie w żużlowej elicie jest niemal niemożliwe. Betard przy reformie rozgrywek i pomniejszeniu ekstraligi był wskazywany jako główny kandydat do spadku. W końcu klub miał najmniejszy budżet, a drużyna składała się głównie z zawodników niechcianych gdzie indziej. Jednak wrocławski klub przetrwał, obronił się i zanotował spektakularny sportowy sukces.

- Niby to tylko utrzymanie, ale dla tej drużyny to prawdziwy Mount Everest. Poza Wrocławiem niemal nikt w nich nie wierzył. Na Spartę chodzę już wiele lat, ale dla takich chwil warto żyć - mówił nam na meczu pan Stanisław.

Takich jak on wieloletnich sympatyków wrocławskiego żużla było na Stadionie Olimpijskim bardzo wielu. Gdy dowiedzieli się, że drużyna ostatecznie w lidze zostaje, niektórzy płakali jak małe dzieci. Gdy dokładnie o godz. 17.35 okazało się, że rywalizująca z wrocławianami o utrzymanie PGE Marma Rzeszów przegrała w Bydgoszczy, wrocławski stadion po prostu oszalał. Kibice padali sobie w ramiona, w parku maszyn żużlowcy tańczyli w kole. Ani zawodnicy, ani fani nie musieli wiedzieć, że wrocławska drużyna tak naprawdę była na krawędzi spadku.

PGE Marma przed ostatnim wyścigiem przygrywała z Polonią Bydgoszcz tylko dwoma punktami. Gdyby wygrała 5:1, wrocławianie spadliby z żużlowej elity. Co więcej, rzeszowianie nawet prowadzili po starcie 5:1, ale Grzegorz Walasek dał się wyprzedzić kolejno Hansowi Andersenowi i Krzysztofowi Buczkowskiemu. W wyścigu był więc remis, a cały mecz bogata PGE Marma przegrała dwoma punktami. Zdegradowana już wcześniej Polonia wykazała się więc supersportową postawą, a wrocławianie mieli dzięki temu wielki powód do radości.

W drużynie Piotra Barona najbardziej fetowany był Brytyjczyk Tai Woffinden. To on w tym sezonie okazał się absolutną gwiazdą zespołu, co mecz zapewniał mu kilkanaście punktów i walnie przyczynił się do sensacyjnego utrzymania. Popularny "Tajski" po spotkaniu wykonał rundę honorową na jednym kole, a oczy zalały mu się łzami. On, utrzymując Betard, zdobył już małe ligowe mistrzostwo świata. Teraz czas na wielkie i indywidualne. Na trzy turnieje przed końcem cyklu Grand Prix Woffinden jest przecież liderem i ma ogromne szanse na to, by zostać mistrzem globu.

- Bardzo mu tego życzę. Woffinden naprawdę jest wielki. Zresztą oni wszyscy dziś byli wspaniali - oceniał pan Stanisław.

Więcej o: