Sport.pl

Mistrz świata Paweł Fajdek apeluje: Niech młodzież wstanie od Facebooka

- Młotem zaczynałem rzucać w klatce postawionej z kilku starych, zepsutych latarni, wokół których rozpięto metalową siatkę ogrodzeniową - opowiada Paweł Fajdek, najmłodszy w historii mistrz świata w rzucie młotem.
Paweł Fajdek to m.in. były młodzieżowy mistrz Europy (2011 r.) i dwukrotny złoty medalista Uniwersjady (2011 i 2013 r.). W minionym roku w Moskwie wywalczył tytuł mistrza świata seniorów. Miał wówczas 24 lata i został najmłodszym mistrzem świata w historii tej dyscypliny.

Artur Brzozowski: Jak się zostaje mistrzem świata, jeśli pochodzi się z małego Żarowa?

Paweł Fajdek: Wbrew pozorom to atut. Dzieci ze wsi czy małych miejscowości nie są rozpieszczane, mają charakter do sportu. Gdybym miał wszystko podane, gotowe, to nie wiem, czy zostałbym mistrzem świata. Trudne warunki hartują. Kiedy zaczynałem trenować w Żarowie, mieliśmy dwa młoty na siedem osób, ale jakoś dawaliśmy radę. Kulomiot Tomek Majewski czy dyskobol Piotrek Małachowski to też chłopy ze wsi. I sięgnęli po wielkie sukcesy.

Kto pana namówił do rzucania młotem?

- Trenerka Jolanta Kumor. Jedyna kobieta w Polsce, która szkoli młociarzy i ma świetne wyniki, mimo że nigdy nie uprawiała tej dyscypliny. Kiedy próbowaliśmy ją namówić do oddania rzutu, odmawiała, mówiąc: "Łatwiej mi tłumaczyć, jak trzeba rzucać, niż samej to zrobić". Pani Jola uczyła wuefu w gimnazjum i namawiała mnie, abym przyszedł na trening. Miałem 12 lat. Początki nie były łatwe. W Żarowie na Dolnym Śląsku w klubie ULKS Zielony Dąb brakowało pieniędzy. Więc klatkę do rzutu młotem zbudowano z kilku starych, zepsutych latarni ulicznych, a wokół nich rozpięto metalową siatkę ogrodzeniową. Na ziemi wylano trochę betonu i można było rzucać.

Skąd w malutkim Żarowie zainteresowanie rzutem młotem?

- Kiedyś na zgrupowaniu w niedalekiej Szklarskiej Porębie przebywali Kamila Skolimowska oraz Szymon Ziółkowski. Przyjechali do nas na spotkanie i tak się zaczęło. Niedawno Szymon śmiał się, że w ten sposób sam zrobił sobie problem i wychował groźnego rywala.

Teraz młodzież w wielu małych miejscowościach ma zdecydowanie lepsze warunki startowe, gdyż realizując program "Dolny Śląsk dla Królowej Sportu", Urząd Marszałkowski buduje i modernizuje stadiony z infrastrukturą lekkoatletyczną.

- Naprawdę to świetny pomysł i bardzo jestem zadowolony, że na moim Dolnym Śląsku realizowana jest ta inicjatywa. Byłem na otwarciu dwóch czy trzech takich obiektów. Jeden powstał w Żarowie.

W ciągu trzech lat w regionie powstanie ponad 50 boisk lekkoatletycznych. Coś by pan doradził inwestorom?

- Kiedy zaczęto budować orliki piłkarskie, sugerowałem, że takie obiekty powinny mieć też bieżnie, aby można było nie tylko grać w piłkę, ale również biegać. Wyszłoby taniej, a służyłoby młodzieży do uprawiania wielu dyscyplin sportu. Teraz, kiedy powstają boiska do lekkiej atletyki, zwracam uwagę, aby przy każdym obiekcie zatrudniano trenera osiedlowego, który będzie szkolił dzieci. Nie są to wielkie koszty.

Kiedy można się spodziewać seniorskich sukcesów młodzieży trenującej na lekkoatletycznych orlikach Dolnego Śląska? A może w tej inicjatywie nie trofea i medale są najważniejsze, tylko to, że polska młodzież się rusza, a nie tylko siedzi przed komputerem.

- Ten drugi element jest chyba ważniejszy. Młodzież ma szansę zdrowo spędzać czas, a nie tylko siedzieć na Facebooku albo rozmawiać ze sobą przez kamerki wideo.

Rzut młotem jest dyscypliną niszową. Ilu profesjonalnych sportowców uprawiających tę dyscyplinę jest w Polsce?

- Zaledwie sześciu. Trzy kobiety i trzech mężczyzn. Podkreślam jednak, że trzeba trenować co najmniej dziesięć lat, aby przygotować organizm do profesjonalnego uprawiania tej konkurencji. Ale są kraje, gdzie rzut młotem jest bardzo popularny. Na Ukrainie i Białorusi w sumie rywalizuje 100-120 młociarzy.

Kulomiot Tomasz Majewski krytycznie wypowiada się o polskich piłkarzach, podkreślając, że grają słabo, a zarabiają świetnie. Pan sprawia wrażenie człowieka szczęśliwego, który nie zazdrości piłkarzom zarobków.

- Stawiając zarzuty, krytykując, nic się nie zyska. Wszyscy wiemy, że piłkarze zarabiają znacznie więcej niż Tomek Majewski, dwukrotny złoty medalista olimpijski, który dla nas jest wzorem, idolem. Ja jestem sportowym egoistą, nie nadaję się do dyscyplin drużynowych. Gram amatorsko w koszykówkę, jednak na boisku denerwuję się na kolegów z drużyny, krzyczę. Nie nadaję się do tego. W młocie pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Przeciętni piłkarze w ekstraklasie zarabiają ponad 30 tys. zł miesięcznie, czyli około 350 tys. zł rocznie. Jak na ich tle finansowo wypada mistrz świata w rzucie młotem?

- Nie ma żadnego porównania, otrzymuję zdecydowanie mniej. To zarobki na poziomie III ligi piłkarskiej, no może słabej II ligi. Ale im nie zazdroszczę. Nie rozumiem tylko fenomenu piłki nożnej w Polsce. Sam oglądam mecze reprezentacji, jednak jestem zaskoczony, że po serii porażek kibice ciągle wierzą w naszą drużynę narodową i w komplecie przychodzą na stadion na następny mecz. A jak już wygramy z jakimś San Marino, to mamy ogólnonarodową euforię. Piłka w Polsce ma świetny marketing i niewiele więcej.

Czy szansą na promocję rzutu młotem czy dyskiem są takie imprezy jak niedawna we Wrocławiu "Rzut przez Odrę", kiedy zawodnicy z ustawionej na rzece barki przerzucali Odrę?

- We Wrocławiu wpadli na świetny pomysł i zorganizowali niekonwencjonalną imprezę. Była rywalizacja, ale i trochę zabawy, bo czasami dyski, młoty wpadały do Odry i tonęły w rzece. Ważne, że kibice mogli być blisko nas. Oglądali zawody z bardzo bliskiej perspektywy, a po rzutach podchodzili, robili sobie z nami zdjęcia, brali autografy. Świetna sprawa i doskonała reklama naszej dyscypliny.

Więcej o: