Sport.pl

Karolina Cierluk z Piechowic i Mariusz Kozak z Gliwic zostali mistrzami Dolnego Śląska MTB.

Na rozegranych w niedzielę w Zieleńcu VII Mistrzostwach Dolnego Śląska MTB 60-kilometrową trasę zwycięzca Mariusz Kozak pokonał w 2,04 godz., a najlepsza z kobiet Karolina Cierluk w 2,29 godz. Oboje wystartowali w tych zawodach po raz pierwszy.
- Dla mnie było za łatwo, przydałoby się więcej solidnych podjazdów - uważa 22-latek z RMF Rockstar MTB. Student Politechniki Śląskiej trenuje codziennie po dwie godziny i wciąż "odchudza" swój rower, wymieniając kolejne części na karbonowe. Przyznaje, że rywalizacja nie jest dla niego najważniejsza. - To mnie tylko stresuje. Wolę traktować kolarstwo jako sposób na dobre spędzanie czasu - podkreśla Mariusz.

Karolina przeciwnie, lubi się ścigać i stale poprawia wyniki. Studentka biotechnologii Politechniki Wrocławskiej treningi odpuszcza sobie tylko w niedziele. - Jak na mój gust było trochę za płasko, ale generalnie trasa ciekawa - mówi 19-latka związana z SMKK Bioam z Legnicy.

Zawody przy torcie

Oprócz mistrzów na podium stanęli także najmłodsi zawodnicy, dwunastolatkowie Matylda Szczecińska i Wiktor Waraczewski.

- Jeżdżę z kilku powodów. Po pierwsze, trzeba uprawiać jakiś sport, a pływanie już mnie znudziło. Po drugie, chodzi o emocje, zwłaszcza na ostrych zjazdach - mówi Matylda. Zawsze towarzyszy jej tato, kolarz i były wicemistrz Polski w wyścigach psich zaprzęgów.

- Czasem na treningach energii dodaje nam jeszcze nasza Bora, mieszaniec husky i teriera, która jest niezmordowana - opowiada Wojciech Szczeciński. Najpierw zabierał na trasy Matyldę (pierwsze 60 km po górach przejechała w wieku siedmiu lat, podciągana na podjazdach na lince przez tatę), a teraz na jej rower wsiada już młodsza pięcioletnia córka, o mamie nie wspominając.

Szczecińscy jeżdżą w barwach Sport-Profit. To grupa prawie 40 wrocławian, od nastolatków po 60 plus. Nie są zawodowcami, spotykają się, żeby pościgać się i wspólnie spędzić czas. - Nie spinamy się zanadto, nie mamy przesadnych ambicji. Ważniejsze jest, żeby pobyć razem - mówią "profitowcy", którzy zdobyli kilka medali w różnych kategoriach i fetowali zawody przy okazałym torcie urodzinowym jednego ze swoich zawodników.

Przyjechali z Moskwy

- My w noc przed zawodami nie spaliśmy z wrażenia - opowiada Natalia Morosanova, trenerka rowerowej grupy Orienta Ski-O z Moskwy jeżdżącej na orientację. Kilkunastu Rosjan niedzielny start potraktowało jako uzupełnienie treningu w Zieleńcu, gdzie przez trzy tygodnie przygotowują się do sierpniowych Mistrzostw Świata w Rowerowej Jeździe na Orientację w Białymstoku. - Macie tu idealne warunki: świetny klimat, ciekawe góry, optymalna wysokość - uważa trenerka.

Zawodnicy startowali na wysokości 880 m, najwyżej ze wszystkich maratonów w Polsce. Mieli do wyboru dystans mega (60 km i 1200 m przewyższenia) oraz wariant mini (32 km i 600 m przewyższenia). Trasa, która biegnie przez Góry Orlickie i Bystrzyckie, została nieco zmieniona. - Ponieważ przez kilka dni padało, zdecydowaliśmy się wyłączyć dwa miejsca, gdzie w takich sytuacjach zawsze było błoto po łydki. W zamian dołożyliśmy kolejne kilometry szybkiej utwardzonej drogi w lesie - tłumaczy Tomasz Chudzikiewicz, współorganizator zawodów.

Zapewnia, że trasa jest na tyle jednolita i pozbawiona bardzo trudnych, technicznych odcinków, że każdy jest w stanie ją pokonać.

- Dla mnie tym razem była jak szyta na miarę, bez tego piekielnego błota, w którym zawsze wracałam - opowiada Teresa Maszczyńska, która pojawia się na starcie co roku, wraz z mężem. - Cenimy te zawody za świetną organizację i profesjonalne zabezpieczenie, które zapewnia Klub Kolarski Ziemi Kłodzkiej - dodaje Andrzej Maszczyński, 70 plus, najstarszy z zawodników. Oboje także biegają i jeżdżą na nartach. - Uciekamy przed starością na własnych nogach - śmieją się. - Ruch to najlepsze lekarstwo.

Nigdy nie jest za późno

- Na start nigdy nie jest za późno - potwierdza Barbara Kłoczyńska z Jednoosobowego Emerytowanego Klubu Sportowego "No, bujaj się Baśka".

Jest jedną z zaledwie 39 kobiet, które wystartowały (na 232 wszystkich zawodników).

- Odchowałam dzieci, napracowałam się. Teraz mam dekadę tylko dla siebie - mówi księgowa z Łodzi. Za dwa lata, w swoje 60. urodziny, zmierzy się z triathlonem. Na razie biega ultramaratony, ostatnio 55 km w Beskidach, i wspina się w Himalajach. Wiosną nabawiła się kontuzji biodra. Lekarz zalecił jej trochę spokoju, więc zabrała się za kolarstwo górskie. - Świetna sprawa, naprawiłam sobie ścięgna Achillesa i kolana przeciążone biegami - zachwyca się filigranowa blondynka w kasku z zamontowaną kamerą. - Mam siłę, ale brakuje mi techniki: pod górę wyprzedzałam kilkanaście osób, na zjazdach traciłam. Wolałabym więcej długich ostrych podjazdów.

Dla "Fisha"

Mistrzostwa w Zieleńcu są jednocześnie memoriałem, upamiętniają Artura Filipiaka "Fisha", informatyka i entuzjastę kolarstwa.

- Właśnie dla tej idei złamaliśmy własne zasady - mówi Leszek Jamiołkowski z klubu Laha, który tworzy czterech pięćdziesięciolatków z Warszawy. - Jeździmy od wielu lat, co roku mamy swój męski, święty tydzień rowerowy gdzieś w Polsce, ale nigdy się nie ścigamy. To nasz pierwszy start. Nie lubimy zawodów, ale Zieleniec mile nas zaskoczył. Ludzie na trasie pomagali sobie, jeden z nas został podholowany. Widzieliśmy takich, którzy jadąc, gawędzili, pożyczali sobie sprzęt. Kapitalna atmosfera i piękny region.

Zawody, które na stałe weszły do kalendarza rowerowych imprez, są częścią ogólnopolskiej akcji "Gazety Wyborczej" "Polska na rowery".