Siatkarskie mistrzostwa świata: Dziś we Wrocławiu mecz Polska - Australia

Polscy siatkarze muszą dziś we Wrocławiu podtrzymać magię ze Stadionu Narodowego. Nawet jeśli Hala Stulecia nie jest tak magiczna jak stadion
Z Serbią drużyna Stephane'a Antigi zagrała fantastycznie. Najsilniejszych rywali w grupie Polska rozbiła bez straty seta, nie dając im ani razu wywalczyć choćby 20 punktów.

Sami Polacy obawiają się, czy dziś z Australią będą w stanie swoją dyspozycję powtórzyć. W końcu w Warszawie do nadzwyczajnej dyspozycji poniosło ich 60 tys. kibiców. We Wrocławiu będzie ich wiele razy mniej. Hala Stulecia jest najmniejsza na mistrzostwach, pomieści nieco ponad 6,5 tys. osób. Na meczu będzie komplet widzów.

- Jeśli chodzi o doznania, to wolę grać na Stadionie Narodowym, bo taki mecz jest absolutnie niesamowity. Jeśli chodzi o kwestie sportowe, to zdecydowanie łatwiej grać w hali. Znamy ten obiekt, niewiadomych jest znacznie mniej niż przed pierwszym meczem - podkreśla drugi trener kadry Philippe Blain.

Blain wraz ze Stephanem Antigą był w Hali Stulecia już w niedzielę. Choć trenerzy poruszali się w sportowych bluzach, kibice od razu ich rozpoznali. Szkoleniowcy cierpliwie rozdawali autografy i pozowali do zdjęć.

Francuzi robili to wówczas, kiedy nie oglądali meczu reprezentacji Australii z Kamerunem, wygranego przez popularne "Kangury" 3:0. To nie było wielkie widowisko, o formie Australijczyków powiedziało niewiele. No może poza tym, co wszyscy wiedzieli. Gra naszych dzisiejszych rywali opiera się na Thomasie Edgarze - 25-letnim atakującym o wzroście 212 centymetrów i wadze 106 kilogramów. W swojej reprezentacji Edgar ma przydomek, który można przetłumaczyć jako "Pudełkowy". Dlaczego? Bo według kolegów ma dłonie wielkości pudełka od pizzy. Stopy zaś tak wielkie, że musi zamawiać sobie buty. W sklepach takiego rozmiaru nie dostanie.

Edgara Polacy powinni pamiętać z igrzysk olimpijskich w Londynie. Wówczas w meczu z biało-czerwonymi zdobył aż 26 punktów i przyczynił się do sensacyjnego zwycięstwa Australii 3:1. Po nim w ćwierćfinale biało-czerwoni musieli zmierzyć się z Rosją - późniejszym złotym medalistą.

Odpadli, a porażka z ekipą "Kangurów" stała się tak naprawdę początkiem końca kadry prowadzonej przez Andreę Anastasiego. Po niej nastał duet Antiga - Blain.

- Czy da się zatrzymać Edgara? Każdego można powstrzymać. Ten chłopak będzie dostawał dużo piłek, ale zawsze jest przecież atak czy obrona - podkreśla Blain.

Ostatni trening przed meczem z Australią sztab naszej reprezentacji częściowo otworzył. Zobaczyliśmy więc dogrania do siatki po ataku przeciwnika oraz po przepychaniu się na siatce. Zmiany w porównaniu do meczu z Serbią? Raczej ich nie będzie, choć przez pewien moment do podstawowej szóstki w tym fragmencie zajęć desygnowany był rozgrywający Fabian Drzyzga zamiast Pawła Zagumnego. Później doszli do niej także środkowi Andrzej Wrona i Marcin Możdżonek.

Gdyby Polacy przegrali dziś z Australijczykami, to ich sukces z Serbią momentalnie zupełnie by zmalał. Właściwie biało-czerwoni spadliby z nieba i roztrzaskaliby się o ziemię. Tak jak na igrzyskach olimpijskich w Atenach w 2004 roku, gdzie po pobiciu ówczesnej Serbii i Czarnogóry niespodziewanie ulegli gospodarzom. Tak jak na igrzyskach w Londynie w roku 2012, gdzie po pokonaniu Włochów przyszła porażka z Bułgarią.

Początek meczu Polska - Australia o godz. 20.15.

Poza meczem Polska - Australia we Wrocławiu odbędą się również dwa inne pojedynki grupy A. O godz. 16.30 Wenezuela zagra z Kamerunem, a wcześniej o godz. 13 w bardzo ciekawym pojedynku Argentyna zagra z Serbią.

- Wiemy, że Serbowie są podrażnieni przegraną z Polakami. W swojej drużynie mają przecież wielkie osobowości, ludzi charakternych. Myślę, że przeciw nam zaprezentują się lepiej. Kluczem do sukcesu będzie powtórzenie dobrej zagrywki. Polacy pokazali, że dzięki temu naszych rywali można pokonać - mówi trener Argentyńczyków, legendarny Julio Velasco.