Włoszczowska: Nie chciałam tego schrzanić

- Ani razu nie rozkojarzyłam się tym, że jestem druga. Nie pomyślałam sobie ?o kurczę, świetnie jadę, jestem wspaniała". Wręcz przeciwnie, myślałam sobie: ?jesteś druga, ale spokojnie, skoncentruj się, nie schrzań tego, wszystko się jeszcze może zdarzyć" - mówiła tuż po zdobyciu srebrnego medalu olimpijskiego Maja Włoszczowska
Magister inżynier Maja Włoszczowska

W styczniu została pani magistrem na kierunku matematyka finansowa. Czy dało się przed igrzyskami obliczyć, że zdobędzie pani medal?

Maja Włoszczowska: - Używając metod statystycznych nie, bo w ostatnich dwóch latach nie stawałam na podium najważniejszych imprez.

To co, straci pani teraz zaufanie do matematyki?

- Nie! Bo oprócz statystyki, jest jeszcze rachunek prawdopodobieństwa. Szansa na medal była niewielka, ale była. Według rachunku prawdopodobieństwa możliwe jest właściwie wszystko. To tylko kwestia wielkości mianownika w ułamku.

Jak duży był ten mianownik? Czy sportowo to spora niespodzianka?

- Widziałam, że jestem dobrze przygotowana. W 2004 i 2005 r. stawałam na podium MŚ, więc już wtedy należałam do światowej czołówki. Ale dwa ostatnie sezony miałam słabsze, zaliczyłam kilka bolesnych upadków, prześladowały mnie kontuzje. Dopiero niedawno na mistrzostwach świata w Val di Sole zajęłam 5. miejsce. Poczułam, że forma wraca. Wierzyłam przed igrzyskami, że medal jest w zasięgu. Wierzyłam w siebie.

Dużo pracy to panią kosztowało?

- Tak naprawdę to na ten medal pracuję od sześciu lat, czyli od kiedy współpracuję z trenerem Andrzejem Piątkiem. Dwa lata szykowaliśmy się do Aten, tam było szóste miejsce, jeszcze się nie udało. Potem cztery lata myśleliśmy już głównie o Pekinie.

Jaka była taktyka na wyścig?

- Chciałam zacząć w miarę spokojnie. Nie szarżować siłami na pierwszych rundach. Wyścig jest długi, to prawie dwie godziny na rowerze. W tym upale trzeba było oszczędzać na początku siły. Na zjazdach miałam się trzymać blisko czołówki i na pierwszym okrążeniu to się nie do końca udało, bo wyminęła mnie Kanadyjka i Rosjanka, a Spitz bardzo odskoczyła już od reszty. Ale potem przesunęłam się do przodu i już nie odpuściłam. Ważne było utrzymanie mocnego, równego tempa, ale z rezerwą na końcówkę. Trener Piątek zawsze powtarza, że ostatnie okrążenie trzeba pojechać "na 100 procent i jeszcze dorzucić dwa".

Cały czas wiedziała pani na trasie jaka jest sytuacja?

- Przejeżdżając przez metę zawsze patrzyłam jaką mam stratę do Spitz. Na trasie na bieżąco informacje wykrzykiwali mi też do ucha trener i polscy kibice, których było całkiem sporo. Trochę mniej wiedziałam, co się dzieje za moimi plecami, ale wyznaję zasadę, że za siebie się nie oglądam. Mimo wszystko, cały czas ścigałam Niemkę.

Jak ważna w takim wyścigu jest odporność psychiczna?

- Byłam cały czas skoncentrowana. Ani razu nie rozkojarzyłam się tym, że jestem druga. Nie pomyślałam sobie "o kurczę, świetnie jadę, jestem wspaniała". Wręcz przeciwnie, myślałam sobie: "jesteś druga, ale spokojnie, skoncentruj się, nie schrzań tego, wszystko się jeszcze może zdarzyć". Aż do ostatniego zjazdu nie myślałam o wyniku, tylko o tym, by dobrze jechać i nie przewrócić się.

Czy trasa przygotowana przez Chińczyków była bardzo trudna?

- W zeszłym roku byłam tu na przedolimpijskich testach. Trasa była wtedy znacznie łatwiejsza, z mniejszą ilością stromych zjazdów. Te niedawne zmiany mocno nas zaskoczyły. Było jasne, że Chińczycy robią to, by pomóc swoim zawodniczkom, które przygotowywały się na niej od miesięcy. Znały tu każdy kamień. Zresztą widziałam podczas wyścigu jak świetnie radziły sobie na zjazdach. Ale Chinki spuchły na trasie, nie miały siły w tym upale walczyć o medale. W sumie to nawet cieszę się, że trasa była trudniejsza. Lubię wysokie wymagania. Mistrzyni świata Hiszpanka Margarita Fullana zaliczyła upadek na zjeździe już na pierwszym okrążeniu.

Wyścig początkowo miał się odbyć w piątek, ale przeniesiono go na sobotę...

- W czwartek lało, trasa była więc trochę błotnista, śliska na zjazdach. Chińscy organizatorzy zdecydowali, że warunki są za trudne. Moim zdaniem spokojnie można było się ścigać. Widocznie znów coś nie pasowało gospodarzom, ale nie będę się tym teraz przejmować. Mam medal, mnie tam wszystko jedno. Strasznie się cieszę!

Jak pani zniosła ten piekarnik? W cieniu było ponad 40 stopni!

- Zazwyczaj medale na mistrzostwach świata i Europy zdobywałam przy znacznie chłodniejszej pogodzie. Odpowiadało mi nawet ściganie się w deszczu i błocie. Upał to zresztą w ogóle nie jest dobra pogoda dla polskich sportowców. Ale z drugiej strony, pogoda była taka sama dla wszystkich. Trzeba się było tylko dobrze przygotować.

Co to znaczy?

- Najważniejsze było uzupełnianie płynów. Odwodnienie przy takim upale może zabić. W rowerowym slangu mówimy, że "odcina prąd". Wtedy z drugiego miejsca można szybciutko spaść na 12. Dlatego na trasie cały czas piłam mieszankę rozcieńczonego w wodzie żelu energetyzującego. Piłam właściwie bez przerwy, nawet jak czułam, że nie chce mi się już pić. Brałam bidon za bidonem, to było dobrych kilka litrów. I sił jakoś starczyło.

Była pani w Laoshan już rok temu, a jak przygotowywała się do startu w ostatnich dniach?

- Bardzo pomógł nam kolega z kadry Marek Galiński. Razem z nim i Olą Dawidowicz uczyłyśmy się pokonywać zjazdy, zakręt po zakręcie, kilometr po kilometrze. W kolarstwie górskim zjazdy są tak samo ważne jak podjazdy. Trzeba je pokonywać szybko i świetnie technicznie, żeby zyskiwać czas, ale jednocześnie umieć odpoczywać, łapać oddech.

Dobrze pani spała ostatniej nocy?

- Mało. Szczerze mówiąc byłam niewyspana, ale to już nie pierwszy raz mi tak dobrze poszło na niewyspaniu (śmiech). Nie zdążyłam się jeszcze do końca przestawić po przylocie i zmianie czasu. Poza tym, w piątek wyścig miał być o 15. W sobotę wyznaczono go na 10. To jednak spora różnica, bo wszyscy trenowali wcześniej po południu i chodzili spać o 23. W piątek trzeba było się położyć dużo wcześniej.

Co srebrna medalistka je na śniadanie przed tak ważnym startem?

- Duuuużo węglowodanów. Większość kolarzy je przed startem makaron, ale my dziewczyny, jakoś tak nie lubimy. Jadłyśmy z Olą płatki musli z odrobiną gorącej wody i jogurtu. Do tego kawałek białego pieczywa z bananem i odrobiną miodu. Można więc powiedzieć, że to był taki system Adama Małysza - bułka z bananem.

Podobno miała pani problemy z hamulcami?

- Od trzeciej pętli nie mogłam dobrze hamować na zjazdach, bo uciekała mi klamka [od hamulca]. Znów wszystko przez ten upał. Stosujemy hamulce hydrauliczne, więc jak jest tak gorąco, to płyn się bardzo nagrzewa i zwiększa objętość. Klamka "ucieka" wtedy z ręki tak bardzo, że z trudem mogę do niej sięgnąć. Bałam się, że za chwilę w ogóle nie będę mogła hamować. Przez trzy ostatnie rundy na zjazdach byłam już bardzo ostrożna. To jest tego typu usterka, której nie da się szybko naprawić w boksie technicznym na trasie.

Mimo tych kłopotów, rywalki nie mogły się do pani zbliżyć.

- Może przez to, że nie sięgałam do tego hamulca. Do mety niosła mnie siła rozpędu (śmiech).

Jakiś kryzysowy moment? Straciła pani równowagę?

- Poza hamulcami wszystko było w porządku. Ani razu nie było niebezpieczeństwa upadku. Na pierwszym okrążeniu musiałam tylko na moment zejść z roweru po upadku Fullany. To właśnie wtedy Niemka odskoczyła na kilkadziesiąt sekund. Już nikt nie zdołał jej dogonić. Kto wie, być może gdyby nie wywrotka Hiszpanki, dałoby się walczyć ze Spitz do końca. Ale bez przesady, srebro też jest super.

Pani magister matematyki zdobywa srebrny medal w kolarstwie górskim. To co będzie dalej - matematyka, czy jednak rowery?

- Studia skończyłam w styczniu. Nie miałam jeszcze czasu pomyśleć co z tym zrobię. Chyba nie zwiążę się na stałe z matematyką. Chciałabym dalej się kształcić, wybiorę pewnie coś związanego ze sportem na AWF. Ale na razie cały czas chce się też ścigać.

Złota medalistka Sabine Spitz ma 36 lat, pani dopiero w listopadzie skończy 25. Czy to znaczy, że o medale będzie pani walczyć jeszcze na dwóch olimpiadach?

- W kolarstwie górskim faktycznie najczęściej jest tak, że najlepsze wyniki osiąga się po trzydziestce. Teoretycznie powinnam być jeszcze silniejsza niż teraz. Teraz czuję się mocna i chcę to wykorzystać. Ale nie wiem, co będzie się działo w ciągu czterech lat do igrzysk w Londynie w 2012 r.

Teraz na zasłużony urlop?

- Trzy dni w samolocie. Przez Polskę lecimy prosto do Australii, bo przed nami jeszcze dwa starty w Pucharze Świata. Ale spokojnie, odpocznę sobie trochę w samolocie, a potem, jak już wrócimy z Antypodów.

Zawsze pani maluje paznokcie na biało-czerwono?

- Zawsze na imprezy mistrzowskie. Niby teraz miał być inny kolor, ale się w końcu rozmyśliłam. I dobrze!

Trener Włoszczowskiej: Czułem, że Majka jest w formie

Włoszczowska wywalczyła srebro w upale