Wrocławski żużel znalazł się w niebezpieczeństwie

We Wrocławiu żużlowcy ścigają się już ponad pół wieku, a sport wpisał się w tradycję miasta. Dziś Betard Sparta ma kłopoty finansowe, a klub mogą dobić nowe, fatalne przepisy wprowadzone w tej dyscyplinie. Czy profesjonalny żużel przetrwa we Wrocławiu?
Żużel to sport niszowy, popularny w małych miastach - Lesznie, Grudziądzu czy Gnieźnie. Wyjątkiem są Gdańsk i Wrocław, gdzie znany był już w połowie lat 50. Wówczas w naszym mieście działały nawet dwa kluby. Spójnia przemianowana na Spartę potrafiła sprawić, że w weekendy trybuny Stadionu Olimpijskiego zapełniało blisko 50 tysięcy fanów. To był ogromny kapitał, który już po zmianie ustrojowej potrafili wykorzystać lokalni biznesmeni. Najpierw pieniądze w speedway inwestowali Maciej Marcinkowski i Tomasz Jabłoński z korporacji ASPRO, a później związany z rodzącą się Telewizją Polsat Andrzej Rusko.

To był czas żużlowej prosperity. We wrocławskim klubie ścigały się zagraniczne gwiazdy, trybuny zapełniały się kibicami, a Sparta seryjnie zdobywała tytuły mistrza Polski. Teraz sytuacja jest zła.

We Wrocławiu żużel przegrywa rywalizację z piłką nożną. Nie chodzi tylko o stopień popularności wśród kibiców, bardziej o inwestycje w infrastrukturę i plany na przyszłość. Śląsk wkrótce przeniesie się na nowoczesny stadion na Maślicach, a drużyna ma europejskie aspiracje. Żużlowy Betard Sparta wciąż jeździ na Stadionie Olimpijskim, przypominającym zabytkowy skansen - plastikowe siedzenia pokrywa tam stary kurz, a z trybun często nie widać toru, bo zasłania go niefunkcjonalna siatka.

Jesienią dojdzie kolejny "konkurent" - reaktywację planuje koszykarski Śląsk. Walka o wybrednego wrocławskiego kibica będzie coraz trudniejsza. Takich problemów nie ma choćby w Lesznie. Tam liczy się tylko klub żużlowy, a konkurencji innych dyscyplin nie ma. Przekłada się to na dotacje miejskie. W Zielonej Górze czy Gorzowie radni przeznaczają miliony na żużel, bo to jedyna forma promocji miasta.

We Wrocławiu klub dostawał kiedyś zaledwie kilkadziesiąt tysięcy na organizację najbardziej prestiżowego w świecie żużlowym turnieju Grand Prix. Dopiero w ubiegłym roku miasto przeznaczyło 1,2 mln zł na rekonstrukcję toru na stadionie i chcąc ratować drużynę, dołożyło milion złotych. Ale pozwoliło to tylko na spłacenie starych długów.

Przed pięcioma laty wrocławska ekipa zdobyła ostatnie mistrzostwo Polski, mając 5 mln zł budżetu. Teraz żeby skutecznie walczyć o złoto, potrzeba dwa razy więcej - bo kontrakty zagranicznych gwiazd są potężne. Wrocławskie Towarzystwo Sportowe, właściciel klubu żużlowego, sam nie zdobędzie takich pieniędzy. Czeka go trudna walka o przetrwanie.

W nowym sezonie - który ruszy w kwietniu - wiele zależeć będzie od frekwencji na meczach. Jeśli wrocławianie będą kupować bilety na mecze i zaczną utożsamiać się z nową, ale dużo słabszą niż w minionym roku drużyną (odszedł m.in. trzykrotny mistrz świata Jason Crump), wtedy klub jakoś przetrwa. Jeśli jednak na trybunach pojawi się niewielu widzów, klub nie zarobi, a zagraniczne gwiazdy nie zechcą czekać na zaległe wynagrodzenia i będą bojkotować mecze. Taki scenariusz już przerabialiśmy.

Betard Sparta przekonuje co prawda, że klub ma najtańsze bilety w lidze, ale wycieczka czteroosobowej rodziny na Stadion Olimpijski to wydatek minimum 100 złotych. W dobie multipleksów, innych weekendowych atrakcji, które oferuje Wrocław, nie jest to mało. Zwłaszcza że osłabiona kadrowo drużyna może często doznawać porażek.

Całkowicie klub może jednak dobić fatalny nowy przepis o tłumikach, które wyciszą żużlowe silniki. Ryk motorów, od zawsze wpisany w tę dyscyplinę, teraz zostanie ograniczony. Kibice mogą też nie doczekać się walki na torze. Według żużlowców nowy tłumik osłabia moc silnika i sterowność motocykla. W efekcie zawodnicy, obawiając się ciężkich kontuzji, mogą unikać walki. Jeśli w nowej wersji żużel okaże się nudną, pozbawioną dramaturgii imprezą, kibice uciekną ze stadionów.

Wrocławski żużel czeka więc jeden z najtrudniejszych sezonów. Ostatni raz w tak złej sytuacji był w połowie lat 80. Klubowi groził upadek. Działacze poszli wówczas na skargę do komitetu wojewódzkiego PZPR i zagrozili, że zawodnicy wystartują z krzyżem na plastronach, a ich sponsorem będzie wrocławska kuria. Wtedy pieniądze szybko się znalazły. Dziś klub może liczyć wyłącznie na kibiców i prywatne pieniądze właścicieli. Ale czy wystarczy ich, by żużel we Wrocławiu przetrwał?

Czy należy ratować wrocławski żużel?