Stara Gwardia bezwzględnie wyrwana z korzeniami

Pomysł, aby wrocławskie siatkarki grały jedynie pod nazwą Impel, a już bez historycznej Gwardii, nie przekonuje mnie. Budowanie sportowej marki nie powinno się odbywać za pomocą wyrwania klubu z jego korzeni
Od przyszłego sezonu drużyna z Wrocławia grająca w siatkarskiej PlusLidze Kobiet pozbędzie się z nazwy historycznego członu Gwardia, a zawodniczki swoimi występami sławić będą jedynie markę swojego obecnego właściciela firmę Impel oraz ewentualnie jakiegoś nowego sponsora tytularnego.

Do rozgrywek klub przystąpi też z nowym logo, które zastąpi tradycyjny herb. Ma to być najlepszy dowód, że siatkówka żeńska we Wrocławiu wchodzi w nową erę. Erę znaczoną komercyjnym i organizacyjnym sukcesem i zupełnie inną od tej, gdy klub wspierany był kiedyś przez słusznie zapomnianą już milicję.

Wielu kibicom takie działanie może wydawać się zupełnie naturalne. Jednak chcę zauważyć, że na sportowej mapie Wrocławia będzie stanowiło to raczej ewenement. Jeśli można wyznaczyć ostatnio jakiś wspólny punkt dla kilku naszych klubów, rywalizujących na najwyższym poziomie, to jest nim raczej zwracanie się ku dziedzictwu historycznemu niż jego całkowite wykreślanie.Właśnie z tego powodu żużlowi działacze po zmianie sponsora z Atlasu na Betard postanowili po latach dołączyć do nazwy klubu także historyczną Spartę i walczyli, aby na plastrony zawodników powrócił także legendarny znicz.

To właśnie dlatego w mieście między dwoma klubami toczy się bój o historyczną spuściznę po koszykarskim Śląsku, a wielu kibiców po prostu nie wyobraża sobie, by klub z Wrocławia grający w koszykarskiej elicie mógł się nazywać inaczej.

Nawet jeśli więc w przypadku Gwardii o tak silnej i znanej marce mówić nie można, to działanie przedstawicieli właścicieli klubu są kontrowersyjne. Nie przekonują mnie argumenty, że takie są czasy, a konotacje z milicyjną czy wojskową przeszłością są jakimś szczególnym biznesowym obciążeniem. Gdyby tak było, to w Polsce sponsorów i kibiców nie miałyby przecież drużyny piłkarskie - niegdyś wojskowa Legia Warszawa czy milicyjna Wisły Kraków. Jednak te kluby na brak pieniędzy ani fanów nie narzekają. Podobnie zresztą jak piłkarski Śląsk Wrocław, jeszcze do niedawna klub wojskowy.

Na szczęście po zupełnej samowolce lat 90. nawet w polskim futbolu działacze zrozumieli, że najlepszą promocją konkretnej marki są osiągane wyniki sportowe, a nie przemianowanie nazw klubów na przykładowe ITI Warszawa, Telefonika Kraków czy Polsat Wrocław. Do takich nazw nie sposób kibica przywiązać, można go tylko nimi zirytować.

Oczywiście równocześnie zdaję sobie sprawę, że w pozostałych dyscyplinach sportu w naszym kraju jest nieco inaczej niż w futbolu. Jednak generalnie historycznych nazw klubów już się raczej nie usuwa. Oczywiście znajdziemy wicemistrza Polski w siatkówce mężczyzn zwanego "Zaksą" Kędzierzyn [od Zakładów Azotowych SA przyp. red.], ale to raczej przypadek jednostkowy i dość specyficzny. Po prostu wcześniej wszyscy znali tę drużynę pod nazwą poprzedniego sponsora Mostostalu, a nie historycznego Chemika, więc działacze mogli sobie na to pozwolić.

Generalnie jednak klubowi sponsorzy z dziedzictwem historycznym obchodzą się znacznie delikatniej niż jeszcze niedawno, nawet gdyby miało to prowadzić do sytuacji groteskowych. Za taką uważam nazwanie najlepszej siatkarskiej kobiecej drużyny ostatnich lat Bankiem BPS Muszynianką Fakro Muszyna. Nazwa to długa, nieprzystępna, ale przynajmniej skonstruowana według zasady: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.

Szkoda, że we Wrocławiu przedstawiciele Impelu nie chcieli pójść tym tropem. Oni tworzenie profesjonalnego i dobrze zorganizowanego klubu zaczęli od rzeczy najłatwiejszej, czyli zmiany nazwy. To dziwne, bo czego jak czego, ale 67 lat historii to akurat rywale mogą żeńskiej Gwardii pozazdrościć. Sukcesów już niekoniecznie.

Oskarżeni, czy ofiary? Piłkarska mafia "Fryjzera" przed sądem Kliknij, by obejrzeć galerię